Powąchaj Biblię

Zapraszam na Biblię rozpisaną na sześć zmysłów.

Zacznę od mojego ulubionego – węchu.

Pierwszym skojarzeniem, gdy uderzyłem słowem zapach o słowo Biblia, był pies Tobiasza. Ten jeden jedyny pies Starego i Nowego Przymierza, o którym wiemy tyle tylko, że jest. Towarzysz wędrówki po miłość. Po jednej stronie Tobiasza anioł, po drugiej on. Trzeba mu oddać, że, jak każdy pies, zna się na zapachach o tyle lepiej, o ile lepiej aniołowie znają się na niebie. Węch to zmysł bardziej psi, niż ludzki.

Ale też ludzie Biblii byli chyba bliżej niż my i psów, i aniołów, mieli nie tylko uszy do słuchania, oczy do patrzenia, ale i nosy do wąchania.

O jakich zapachach myślał człowiek, który kreślił pierwszy raz na papirusie zdanie, że Bóg przechadzał się po Ogrodzie w porze powiewu wiatru?

Być może, jak ja, myślał o macierzance i jaśminie. A może pustynia sprawiała, że marzył mu się bardziej od kwiatów sam zapach liści, trawy, cienia?

Dalej Księga Rodzaju. Zapach walczących braci. Potu, kurzu, krwi, ucieczki, potem zapach niepewnego domu. Zbrodnia i pokuta Kaina, gdy założył pierwsze miasto i poznał już nie tylko to, że jest nagi, ale także woń tłoczących się w murach ciał.

Kolejny fragment z Pierwszej Księgi. Bóg kładzie łuk na niebiosach. Tęcza. Jak ona pachnie? Dziś nie myślimy o tym, ale z czasów niekończącej się wędrówki po wypalonej sawannie zostało nam to, mówią naukowcy, że umiemy z daleka wyczuć wodę. Stąd lubimy powietrze po letnim deszczu. Tak pachnie najstarsza nadzieja.

Nie lubimy natomiast czuć smoły. Ona spajała najdumniejsze miasto potomków Kaina, Babel, gdzie nikt nikogo nie rozumiał, gdzie ludzie nie potrafili się wyczuć.

Ani wyczuć Boga.

Z każdą kolejną kartą Księgi, wbrew okresowym zamroczeniom nosa, zapachy rozchodzą się z niezmiernym rozmachem.

Patriarchowie to stos ofiarny, soczewica i wielbłądy. A także mleko i miód, i opowieści. Czy to był zapach siostry Abrahama, Sary?

Czasem słychać zmysł węchu. Weźmy nieufne węszenie nomadów, gdy na wychudzonych wielbłądach wjeżdżali do Egiptu, kraju setek świątyń i tysięcy pachnideł i milionów zapachów. A ponad nimi zapach Nilu. Znów woń życiodajnej wody, którą najłagodniejszy z  ludzi przypomniał sobie po latach, stojąc przed skałą, w którą uderzył.

Biblia to zapach manny i zapach przepiórek. To gorący wiatr i aromaty Obiecanej Ziemi.

Zapach palmy, pod którą siedzi Debora i zapach Jeftego Gileadczyka, jego zmęczenia i strachu, gdy wracał po bitwie do domu.

Zapach rudego Pastucha, znośniejszy, gdy już prorok wylał mu na głowę róg oleju. Potem aromat jego syna, wielkiego króla Salomona, a ponad to tysiąca jego żon, które stawały na głowie, by uwieść jego nos. Zapach domu z libańskich cedrów.

Psalmy, nie wiem czemu, skojarzyły mi się ze wonią zwierza. Z dzikiem, co pustoszy winnice. Z owcami idącymi ciemną doliną ku pastwiskom. Z roślinnością, lasem Libanu, obfitym i nadmorskim, pełnym tropów piżma w powietrzu.

Pieśni nad pieśniami komentować nie trzeba, i tak świat nie pomieściłby ksiąg, nie starczyłoby fiolek na wonne esencje. Pieśń nad Pieśniami to zapachowy epos. To dowód, że Pan Bóg także kocha wiosnę i lubi zakochanych, i wie, co z nami potrafią uczynić te maleńkie cząstki w powietrzu, wszystkie te kwietne, owocowe, miłosne zapachy.

Koheletowi zaś dajmy  zapach drzewa migdałowego, całego w kwiatach, w nagrodę za stęchliznę izby, gdzie pisał, i za gorycz głoszenia kazań.

Co damy Prorokom? Jak pachniały koła, które kręciły się przed oczami Ezechiela?

Wiemy za to, jak pachnie pierwszy rozdział Izajasza, gdzie grzechy są jak purpura.
Purpura, ten fioletowoczerwony barwnik, droższy od złota, pachniała nie przepychem, tylko zgniłą małżą, zdradzając swe morskie pochodzenie. Jeden grecki poeta mawiał, że jeśli ktoś jest naprawdę okrutny dla nosa swego bliźniego, to znaczy, że jest jak barania skóra dwa razy moczona w purpurze. Ilekroć słuchamy Izajasza, gdy prorokuje o grzechach czerwonych jak purpura, możemy przypomnieć sobie, że grzechy także pachną jak ten barwnik. Purpura jest jak pycha. Dobrze się nosi, błyszczy, wyróżnia się i zdobi, ale trudno wytrzymać w jednym pokoju z jej posiadaczem.

Jeremiasz, Jeremiasz… Woń jego księgi to zapach zagłady. Zapach żywcem pogrzebanego w głębokiej, otchłannej studni. Są jeszcze wśród nas ludzie, którzy poznali w dzieciństwie ten zapach, głodu i strachu, i miecza. Wiatr przywiewa go zresztą codziennie do nas z daleka, a także z całkiem bliska, ale mało kto go wyczuwa.

W sumie Biblia to księga arcypachnąca.

Tchnie na nas stadami, ofiarami, kadzidłami, a w końcu ludźmi pozbawionymi mydła, lodówek i toalet. Aż chce się zawołać: bądź błogosławiony Boże, który pozwoliłeś nam wyjść z trącącej rozkładem epoki bez pryszniców i bez mydła, i pozwoliłeś dojść do Ziemi pachnącej dezodorantami, wolnej od brudu i gnicia.

Choć nie zawsze łatwo powiedzieć to dziękczynienie, nie w każdym przedziale PKP, nie w każdym zimowym tramwaju.

Biblia pachnie, bo jej ludzie na tym się znali. Życie ich zmuszało, kładąc przed nimi dwie skrajności, zapach życia i zapach śmierci i ucząc, że je oba czyni znośnymi zapach modlitwy, kadzidło.

Ludzie Biblii kochali kadzidło i dlatego ofiarowali je Bogu. Ale zaraz, jak On wącha? Czy tak, jak jeden człowiek o nosie wszechczasów? Jak wszyscy ludzie jednocześnie? Jak ludzie i zwierzęta? Wszystkie wonie na raz, czy każdą z osobna? A może ma, jak to On, jakiś niepojęty dla nas sposób? a może Wszechmocy  trzeba jednak odmówić przywileju wąchania?  Ale to zdanie trąci herezją. Zresztą, ten problem, jak Bóg czuje zapachy, rozwiązany został w pewną wiosenną noc w Betlejem, gdy w małe chrapki uderzyła woń owiec, a nade wszytko zapach Mamy, jej ubrań, jej mleka, jej miłości.

Nowy Testament, krótszy od Starego, powąchajmy w kilku próbkach:

Pan Jezus i świeże drewno. Pot Józefa. Zapach winnic i zbóż, glinianych murów Nazaretu. Milion zapachów świątynnego dziedzińca.  Zapach biedy i zapach synagogalnych zwojów. Zapach kamieni i krwi, i znów drewna. Pieczonej ryby i wiatru znad jeziora, znad zielonych wzgórz Galilei.

Piotr zamykający oczy na targu rybnym w Rzymie, by przypomnieć sobie świeżość poranku po połowie.

Paweł i jego praca przy wyrabianiu namiotów.

Jego grymas, gdy w jego nos przyzwyczajony do szczerej woni garbowanych skór, uderzały perfumy  wiernych z kościoła w Koryncie, który wówczas podbijał wszystkie porty nad Morzem Śródziemnym zapachem swoich irysów.

Paweł szybko nauczył się swoich pięknie pachnących owiec i doszedł z nimi do porozumienia. Pisał im, że dawanie świadectwa o Chrystusie jest jak roznoszenie woni, i to woni zwycięstwa. Gdy czynisz dobrze, to jakby Pan szedł przez Korynt w triumfalnej, pełnej kadzidła procesji.

Jesteśmy bowiem miłą Bogu wonnością Chrystusa zarówno dla tych, którzy dostępują zbawienia, jak i dla tych, którzy idą na zatracenie, pisze Paweł Koryntianom. Nie tylko, że nie stawia się światła pod korcem, ale i nie umieszcza się tam pachnideł.

Paweł, prawdziwy Teolog Zapachu, wyczuwa, że najważniejsze nie jest to, co w powietrzu, ale to, co w nosie. Albo lepiej, w głowie, która posługuje się węchem. Albowiem Jeden i ten sam zapach dla jednych jest śmiercionośny – na śmierć, dla drugich zapach ożywiający – na życie. Paweł pamiętał, że bożkom palono te same wonne żywice, co prawdziwemu Bogu.

Jeśli można ująć biblijne zapachy w kategorie perfum, to mielibyśmy nuty głowy, nuty serca i nuty głębi. Głowa to krew, dym, a zarazem zieleń i kadzidło.

Serce to tysiąc kwiatów Galilei, słuchających ośmiu błogosławieństw, niepokojąca nuta Łazarza, ale też cudna woń rozmnożonych chlebów.

Na koniec zostaje nuta głębi, nuta bazy. Rzeczy ostatecznych i podstawowych.

Pytanie: Czy panny roztropne kupiły oliwę z perfumem, by zapach lamp był bardziej znośny?

Jaka jest Apokalipsa? Wielki Babilon z jego przesadą, z wonią za ciężką, aż po mdłości.
Ale ponad to zapewne świeżość Żywej Wody, trzeźwych gróźb, drzew rodzących dwanaście owoców.

Pytanie o nutę głębi to pytanie o to, jak pachnie Światło.

Sąd zaś ostatecznie odbędzie się także nad królestwem woni.

Ile rzeczy okaże się wówczas innymi, niż się wydawały! Inaczej sąd zapachnie Łazarzowi, inaczej poczuje go Bogacz.

Weźmy na koniec tamten odległy dzień, z czasów cesarza Tyberiusza, gdy pewien człowiek nachylił się nad flakonem z alabastru, jeszcze chłodnym, przyniesionym przez kupca z zacienionego miejsca, gdzie ciemność chroniła jego oszałamiającą zawartość o cenie wora złotych monet. O cenie godnej pięknej kobiety. Wyobraźmy sobie jego zadowolenie, gdy podnosi do twarzy kroplę nardu wtartą w nadgarstek. A potem jego bezbrzeżne zaskoczenie w dzień Sądu, najpierw, że zmartwychwstał, a potem, na czyich nogach skończył tamten olejek.

Na koniec warto był by przytoczyć, co mówi św. Tomasz z Akwinu o zapachu nieba, by zachwycić się jego teologią i pamiętać, że będzie zupełnie inaczej. Niestety, akurat nie mam pod ręką Summy.

Niech starczy to, co zapamiętałem z Boskiej Komedii, nie tyle cytat, ile fakt, że Dante nie potrafił wymyślić lepszego mieszkania dla Trójcy Świętej, niż rozkwitła Róża.

3 thoughts on “Powąchaj Biblię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.