Traktat o ogrzewaniu kościoła

Kluczowe dla księdza rzeczy, wszystkie pochodzą od mnichów: msze gregoriańskie, brewiarz, spowiedź uszna, celibat, ogrzewanie kościoła. Najtrudniejszej z nich, czyli ostatniej, zaniedbanej z jakiegoś powodu przez uczonych teologów, warto poświęcić osobny traktat.

No, może traktat to mnie przerasta, ale choć balladę?

Taką teologiczną pieśń lodu i ognia, rozważanie o ciepłu i zimnie, medytację nad poceniem się i chuchaniem!

Zacznę z perspektywy anielskiej. Gdy wziąć je w całości, jaka jest temperatura Bożego stworzenia? W jego przytłaczającej większości? 270,45 stopni. Poniżej zera, co jasne, w skali ochrzczonej nazwiskiem Celcjusza.

270 stopni to zimno, zimniej nawet, niż na adwentowych spowiedziach w Rogóźnie.

Te chłodne niebieskie przestrzenie, co je światło milionami lat przemierza bez ogrzewania niczego, bo nie ma tam czego ogrzewać, przeważnie, bo czasem się trafi jakiś pyłek, a to gwiazdka, a to jakaś ziemia, więc te przestrzenie to mróz nad mrozami generalnie, parafia sąsiednia do tej pod wezwaniem absolutnego zera, gdzie atomy już niemal nie drgają, uspokojone jak kanonicy na długim kazaniu. W tych zimnych przestrzeniach zresztą za wiele ich nie ma. W kupie za to jest atomom dużo raźniej, do tego stopnia, że gdyby to Boże materialne stworzenie brać na ilość, nie pod kątem przestrzeni, a pod kątem masy, to wyszłoby, że jego większość jest gorąca jak miłość z Pieśni nad Pieśniami. Że jego większość to kule niepojętego ognia, które olśnione ich chwałą oczy brały swego czasu za anioły, a najbliższą z gwiazd, Słonko, za bóstwo, lub, czasem nieco trzeźwiej, za najokazalszą z ikon Najwyższego.

To promieniowanie słońc, tych cudów radiacji, ogrzewa wprawdzie kosmos, lecz że jest on tak przepastny, to tylko okruchy kręcące się najbliżej słońc  zagrzeją się choć cokolwiek. Wszyscy to znamy.  To ta ławka skromnie oparta o ścianę, zaraz obok kaloryfera, a już metr dalej siąść, jaka różnica! Dziś obserwowałem z konfesonału, jak babcia się uśmiecha i robi tam miejsce drugiej babci. Na takiej ławeczce blisko grzejnika można słuchać rekolekcji adwentowych, lub postnych, jeśli Post wcześnie, w chłody przedwiośnia wypada.

Oto i jesteśmy my, lud Boży, z definicji ani zimni, ani gorący, a mimo to maleńkie oczka w głowie Pana Boga, dla których zapłonęły gwiazdy i dla których ogrzewane bywają planety.

Jesteśmy pomiędzy dwoma skrajnościami na skali ciepła.

Ze sto lat temu, gdy palono w zakrystiach drewnem w kozie, co jakiś czas kościelny wynosił popiół i sypał plebanowi na ogród, by malwy i cukinie lepiej rosły. Ten kościelny z szufelką nie myślał pewnie,( choć kto go wie, ludzie bywają niedoceniani!), że pewnego dnia ludzkość dowie się, że w pod metaforą siedmiu biblijnych dni stworzenia kryje się straszliwa rzeczywistość, że oto przez miliardy lat w sercach konających słońc rodziły się pierwiastki cięższe niż wodór i że on, to znaczy ten kościelny z szufelką, a także popiół na szufelce, ogródek, plebania, a nawet sam dobrodziej pleban, że wszyscy są z tego gwiezdnego popiołu. I że to, że popiół ten czasem w kosmosie ożyje, to także dzięki ogrzewaniu przez gwiazdy świecące.

Wow! Lub po polsku: jejku! U! Aaa! U! A przecież tak było i jest.

Słusznie aż dudnią psalmy od chwały stworzenia!

Cała ta gwiezdna dygresja, a tak naprawdę to nie dygresja, jest na początku mojej ballady po to, by oddać Bogu co Boskie w kwestii ogrzewania świątyń, zanim oddamy proboszczowi, co proboszczowskie

To pierwsza istotna statystyka dotycząca ogrzewania kościołów w naszym kraju.

Czym najczęściej grzejemy? Otóż, nie my, a Pan Bóg. Czym? Jak stoi wyżej -Słońcem.

To ta mała gwiazdka nasza powszednia nam te 270 stopni, z drobnymi wahaniami, najczęściej załatwia. A że grzeje cały rok, wiedzą to zwłaszcza bywalcy małych kaplic o dachach z blachy w sierpniowe Summy niedzielne.

Byłem kiedyś na Komunii w okazałym kościele, jaki musiał powstać w latach osiemdziesiątych razem z rozwijającym się miastem. Od drzwi do ołtarza ludzi całe morze, wiadomo, rodziny, a na środku dwa wielkie białe fale, jedna posypana wiankami, druga z czarnymi plamami spodni, a jeszcze wciąż tyle powietrza nad głowami, że by się jeszcze zmieściły ze dwa samoloty pod sufitem lub, gdyby im dać skrzydła, dwustu dziadków z aparatami. Słowem, widok był okazały, ale powietrze wyraźnie nie wyrabiało, przeciążone potem i oddechem kilku stężonych blokowisk. Po ucałowaniu ołtarza, gdy dzieci ryczały „Uroczysty Dzień Komunii”, lokalny proboszcz zaczepił mnie, bo chciał się pochwalić i trochę urosnąć: Co, większy niż u was? A pracowałem wtedy w małym kościółku z dumnych czasów sprzed „Ogniem i Mieczem”. Tak, ale u nas da się oddychać, odrzekłem, tradycyjnie zdradzony przez własną szczerość i nie rozmawialiśmy więcej na ten temat. Co zrobić, gdy u nas w małym podlubelskim renesansie, baroku, czy może rokokoku, naprawdę dało się oddychać. W lecie samo wejście było jak woda żywa. Zaś w tamtej miejskiej hali sakralnej, w uroczysty dzień Komunii nie tylko śpiewanie, ale też samo oddychanie było srogim mozołem, jakby wtaczać na górę Syzyfa siedzącego okrakiem na swoim głazie.

Tu dotykamy zresztą pierwszego problemu, jaki napotkało budownictwo sakralne, to był problem pustynnego skwaru. Ale o tym nie ma co pisać u nas w okolicach Gromnicznej.

Ważna uwaga antropologiczna: kiedyś, w czasach kościołów powszechnie ogrzewanych jedynie energią słoneczną zimowego dnia, przez mury i dach, ludzie cieszyli się, gdy w środku było ciasno i pełno. Sami parafianie zresztą na zimę brali sobie krówkę do izby i nie było kręcenia nosem, bo też nie była to błaha sprawa – przezimowanie!

Co my wiemy o tych czasach? Dziś, jeśli w kościele jest zimno, albo tłoczno, odpala się WV, OOOO lub Volvo i jedzie do parafii obok, a nawet z najdalszej wioski do miejskiej hali sakralnej.

Gdyby spróbowali nasi pradziadkowie takiego numeru z furmanką, to by nas nie było, w połowie drogi między kościołami cała rodzina by zamarzła, i konik.

Ale też dlatego dziś ogrzewanie Kościoła to taki problem, parafianie głosują nogami, czy raczej autami. Wystarczy, by były okolice zera, by nawet członkowie rady parafialnej zaczęli uprawiać churching, czyli poszli do nie swojego kościoła, o księgach bez ich nazwisk, o cmentarzu bez najmniejszych śladów ich DNA pod marmurami grobów.

Kto zostaje? Panie, których nie ma kto wozić, zmarznięte babcie niczyje, które czasem w swoich mieszkankach, kawalerkach, chałupkach mają niewiele cieplej. Odeszły ciała, co je dogrzewały, brakuje też pieniędzy.

Ale też księża to czują i chcą, by było cieplej. Nie tylko dlatego, że zmiana kościoła, nawet na kilka miesięcy, działa jak nagły kopniak w tacowy koszyk, gdy nie ma możliwości pozbierania rozsypanych monet.

Także proboszcz chce, by wino w ampułce nie było dziwnie gęste, by kielich nie całował palców złociutkim jak poranek mrozem.

Tak oto zima to dla chrześcijaństwa problem, którego nie podejrzewali apostołowie, gdy ich Pan Jezus na cały świat posyłał. Pierwsi zakosztowali go pustelnicy z górskich szczytów, jak opactwo św. Katarzyny na Synaju. Potem Ci, których wiatr Ducha zagnał ze Słowem na tereny wielkiej diecezji obu Niedźwiedzic i Gwiazdy Północnej.

Najpierw pewnie ludzie stamtąd, czyli stąd, od nas, przybyli na południe Rzymu, by posmakować łagodności cieplejszego klimatu, choć łańcuchy handlarzy ludźmi musiały być mocnym wspomnieniem okowów zimy.

Sienkiewicz dał nam posłuchać takiego północnego niewolnika.

W „Quo vadis” Ursus, czyli ten dobry polski osiłek, co zabił ważącego dobrą tonę germańskiego tura, ratując polską szlachciankę, streszcza z prostotą właściwą dobrym osiłkom czuły stosunek narodu do Pana Jezusa i przemyca jeszcze dobrą radę dla Wszechmogącego:

Wiedział on lepiej ode mnie, gdzie Mu się trzeba narodzić, ale gdyby tak u nas, w puszczy, przyszedł na świat, pewnie byśmy Go nie umęczyli, ale hodowalibyśmy Dzieciątko i dbali, by Mu nigdy nie zbrakło ni zwierzyny, ni grzybów, ni skór bobrowych, ni bursztynu. A co byśmy na Swebach albo Markomanach złupili, to byśmy Mu oddali, by zaś miał dostatek i wygodę.

Cała w tym jest nasza kultura, więcej niżbyśmy chcieli, w tym hodowalibyśmy Dzieciątko! Swojskie to, pogodne, a jest i o biciu germańskich sąsiadów, więc jak to u Sienkiewicza, fragment niezwykle budujący, ale, przyznać trzeba, nie wytrzymuje to kontaktu z połową naszego roku.  Nie rzekł ten miś Ursus nic o polskiej zimie! Nie powiedział, że u-hu, ha!, nie zdradził, jaka ona jest, że bywa jak świeżo wylazły spod ziemi polski gangster, mordercza i na nic niezważająca.

Nigdy by małemu Panu Jezusowi nie zabrakło grzybów ni bursztynu, ale też szronów, sopli i błota pośniegowego. Na pewno też nie raz nie dwa by zmarzł. Panajezusowy nosek świeciłby się, zmarzły i czerwony. Skądinąd Sienkiewicz to geniusz, że tak nam streścił całe te uczucie co rok wkładane w kolędy: HODOWALIBYŚMY Dzieciątko i dbali. Prawdziwe to, jak już pisałem, rozczulające, a i niepokojące zarazem.

Ziemia Święta była chyba bezpieczniejszym wyborem.

No, tym razem to była prawdziwa dygresja, choć nie bez związku z tematem.

Wracamy do ballady, do grzania kościoła.

Zachwaliwszy bowiem mróz naszych zim, trzeba powiedzieć, że już się kończą. Nie dalej jak dziś na obiedzie opowiadał mi wiekowy kanonik o tym, jak trzeba byłow  śniegach wysokich jak mury Jerycha wiercić tunele. Równie dobrze mógłby mi opowiadać, że wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu cała Apokalipsa według Jana. A przecież jeszcze jak się rodziłem, to była, mama i tata zgodnie zaświadczają, taka właśnie PRAWDZIWA zima.

Teraz zaś mamy przez pół roku nakrapianą na biało, przechodzoną jesień.

Ocieplenie klimatu, co to go ponoć nie ma, a jednak chyba jest.

W kontekście opłat za gaz, węgiel, a zwłaszcza prąd (te stare piece, jak one ciągną!), ocieplenie klimatu to wręcz dar. Niektórzy się śmieją, że wymodlono je w gigantycznym, a zimnym kościele w Łopienniku. Takie właśnie mądry a przewrotny Car zezwalał wznosić w kraju nad Wisłą, by ludzie wydali najpierw fortunę na gigantyczną bazylikę pośrodku wioski, a potem marzli w niej. Swoją drogą, niemal gwarantował tym sobie, że lud tak doświadczony tym goręcej modlił się za niego i za jego panowanie nad Polską.

Ocieplenie klimatu, jak wszystkie odludzkie kłopoty, wydarzy się, nabroi, a w końcu przeminie.

Nie było nas, była zima, nie będzie nas, znów ktoś będzie marzł. Ale to, co nas interesuje to ten czas pomiędzy, z jakością powietrza i wpływem klimatu na ekosystem. Bez histerii, która odstrasza od sprawy, trzeba na miarę możliwości brać poprawkę na to, że nie mamy zapasowych planet w okolicy.

Cóż, gdy nawet w te bezmroźne zimy trzeba palić?

Cóż, trzeba kończyć, Anioł Stróż przypomina mi o limicie znaków.

A można by jeszcze nastukać o tym, że pierwsze świątynie powstały po epoce lodowcowej.

O wyższości ogrzewania podłogowego nad nadmuchowym i promiennikowym.

O trzech rodzajach męczeństwa według św. Grzegorza i o czwartym rodzaju, białym męczeństwie zamarznięcia

O tym, że śnieg może być zielony, gdy na niebie tańczą zorze i wtedy, w taką północną noc, nawet w zimnym kościele dobrze się modli.

Zdradzę tylko na koniec, dlaczego ogrzewanie kościoła, jak brewiarz i celibat, to mnisi wynalazek. Wyobraźcie sobie tylko, że już w średniowieczu było w Europie kilka klasztorów, w których murach płynęła ciepła woda, spod ziemi, ogrzewana, wbrew temu, co wówczas mnisi podejrzewali, przez gorące serce matki ziemi.

5 thoughts on “Traktat o ogrzewaniu kościoła

  1. Mistrzowski wpis! Czytałam z uśmiechem, rozdartą japą i poczuciem, że temat jakże błahy, a zarazem mocny!

    „Co, większy niż u was? A pracowałem wtedy w małym kościółku z dumnych czasów sprzed „Ogniem i Mieczem”. Tak, ale u nas da się oddychać, odrzekłem, tradycyjnie zdradzony przez własną szczerość i nie rozmawialiśmy więcej na ten temat. Co zrobić, gdy u nas w małym podlubelskim renesansie, baroku, czy może rokokoku, naprawdę dało się oddychać.” W moim parafialnym neogotyku oddycha się super. Latem chłodek, zimą trzeba się ubrać bardziej adekwatnie do pogody – wszak to „mój” kościół i wolę zmarznięte dupsko niz churching 😉
    Pozdrawiam! Magda

    1. Dzięki, miło mi, że ktoś to czyta z nutką przyjemności:)

      Co do „własnego” kościoła. Tak, jest jeszcze ta zacna rasa parafian przywiązanych do Kościoła! Powienienem był wspomnieć, następnym razem na pewno!;)

      Pozdrawiam! Piotr

      1. Szanowny Księże Piotrze! to nie „nutka” przyjemności z czytania, a uczta duchowa!Księdza teksty to „codzienna porcja katechezy” w wersji „light” bez napięcia, z ogromną dawką poczucia humoru, wspomnień z młodości i obserwacji życia. „Unosi ” nas Ksiądz niczym rakieta zrobiona z ogórka:)

        Lubię kościoły stare,wspominam osoby modlące się tam przede mną, ale „moim” kościołem bywa łąka nad rzeką i samochód na 19:) serdeczne dzięki
        A.

  2. Wolę churching (to oczywiście przesada i trochę ironia) do kościoła Św. Ducha w Lublinie niż…, no właśnie, co jest takiego w moim słynnym kościele parafialnym, że przestaję być pokorna i „robię sobie dobrze” idąc w dzień powszedni na Mszę do kościoła Św. Ducha. Nie jestem jeszcze starą babcią i owszem nie ma kto mnie wozić, ale wcale bym tego nie chciała. I wiem, że jest kilku takich ludzi jak ja – chociaż nie liczą się oni dla proboszczów. Lubię chodzić i to daleko chodzić. Nie lubię rozbierać się w kościele. A w kościele Św. Ducha wcale nie jest aż tak bardzo zimno w zimie. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Natomiast bardzo mi będzie smutno, gdy zostanie przełożona stara posadzka w bocznych nawach, bo straci ona wtedy swój urok. Nieraz myślałam, że aby ona została byłabym w stanie codziennie ją sprzątać, pielęgnować, ale żeby została. Także dla świadomości i mojego szacunku dla tysięcy ludzi, którzy tu się modlili i szukali Boskiego pierwiastka w swojej naturze … Pozwalam sobie na taką uwagę, chociaż wiem, że to bardzo niepopularne poglądy. Wyczułam jednak, że i dla Księdza kwestia zimna nie jest bardziej istotna niż życie z Bogiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.