rozważania

O dziewczynce, która zapomniała, jak ma na imię

Gdy dziewczynka umierała ósmego lutego, toczył się zwykły dzień w klasztorze, siostra w zakrystii przygotowała biały ornat, myśląc, że ksiądz sam wybierze, czy odprawić w nim o Janie z Mathy, co ratował niewolników, czy o Najświętszej Maryi Pannie, bo właśnie była sobota, dzień Maryi, dzień krótkiej chwili zimowego słońca, bo suszą się pieluszki dla Dzieciątka, i to był zawsze ulubiony dzień siostry Józefiny, siostry od mioteł i garów, i od blizn, świętej brązowej siostry od serdecznego uśmiechu.

Sobota, dobry dzień na jej śmierć.

Sobota okazała się dobra na śmierć, bo pozwoliła jej wrócić do celi, do łóżka, do którego była przykuta przez chorobę, pozwoliła jej wrócić do Włoch 1947 roku, do własnego klasztoru, gdzie przeżyła dorosłość i starość. Jej siostry bardzo chciały, by wróciła, dlatego powtarzały jej, Józefino, sobota, dziś sobota, twój ulubiony dzień! Lecz długo w ogóle ich nie słyszała, mimo że na co dzień była dobra, posłuszna i słuchająca. Nie słyszała jednak, bo nie mogła, bo jej tam nie było. Znów była w miejscu, gdzie małe dziewczynki zapominają własne imiona. Jakie to miejsce, nikt nie pojmie, kto nie walczył tam o życie i kto tam nie zapomniał, jak ma na imię. Do tego miejsca i czasu wróciła przed śmiercią kobieta, którą nazywano Józefiną, a która umierając, wierzyła, że tam właśnie jest, że znów ma kilka lat, łańcuch, miejsce na słomie i niewysoką cenę, według tego, ile płacili wtedy za taki okaz na sudańskim bazarze.

To, co z nią robiono, zanim ulitował się nad nią pewien Włoch i kupił ją, a potem oddał do klasztoru, sprawia, że w moim wygodnym, bezpiecznym pokoju, gdzie to piszę, zrobiło się ciemniej. Umierała siostra Józefina, znów będąc tą małą, zagłodzoną dziewczynką na łańcuchu. Konała, wspominając tamto miejsce zapomnienia. Lecz to źle powiedziane, ona nic nie wspominała, ona tam była.

Wiedzą o tym ci z nas, którym nie tylko przed zmartwychwstaniem, ale jeszcze przed właściwą śmiercią dane było zstąpić do piekła.

Gdy oddech siostry Józefiny czołgał się przez ostatni odcinek jej drogi, w Europie 1947 roku, tysiące dzieci wracało do życia po obozach.

Gdzieś nad Wisłą w tamten lutowy dzień 1947 roku pewna dziewczynka podziwiała kwiaty, jakie na szybie namalował dla niej mróz. Wodziła palcem po ich zimnych kształtach i starała się nie pamiętać poprzednich zim, i nie patrzeć na numer. Wiem, co miała w oczach. Zobaczyłem to siedemdziesiąt lat później, gdy zapytałem, jak to się ksiądz pyta, gdy pierwszy raz odwiedza babcię w pierwszy piątek, jak się pani czuje?, a ona podciągnęła rękaw i pokazała numer.

To za każdym razem jest dla mnie zaskoczeniem, gdy ubrany w sutannę słucham ludzi, i słyszę, że na starość trzeba jeszcze raz wrócić i znów leżeć w dole pod ostrzałem, znów podjąć decyzję i nacisnąć spust, znów być bitą i gwałconą, znów głodować i znów bać się snów. Pół biedy, gdy wraca się w nocy, podczas niespokojnego snu, który przecina ranek. Najgorzej, gdy ciało już się dopala i umysł osuwa się w gorączkę, gdy znów tam jesteś, prawie że na stałe, w czasie poza czasem.

Nie tylko od nagłej i niespodziewanej śmierci, zachowaj nas Panie. Umierający nauczyli mnie, że także od umierania znów w tamtym miejscu, w którym kiedyś się umarło, że o zachowanie od tego trzeba się modlić.

A nawet, gdy życie było znośne, jak trudne i gorzkie jest długie konanie!

Gdy umierała dziewczynka, na którą wołano w klasztorze siostro Józefino, obok zakonnic i księdza była jeszcze w celi stara Żydówka. Nikt jej nie zauważał, a pewnie tak samo było za jej życia, tak samo, jak i było z Józefiną, takie kobiety mało kogo obchodzą, są głupstwem tego świata, czasem, jak z ludzi wychodzi lepsze, mają do nich szacunek, a czasem, jak gorsze, czynią je ścierką całego domu.

Gdy w końcu do skrzyni stojącej na środku sudańskiego bazaru dotarło, że jest sobota, że to dzień Maryi, umierająca zaczęła z trudem mówić, nasza Pani, nasza Pani. Wtedy, na twarzy starej kobiety, której nikt w celi nie zauważył, pojawił się uśmiech, choć przez łzy, bo wolałaby być nazwana Matką, a nie Panią, przynajmniej nie tak powinna o niej mówić była niewolnica, to oczywiście żadna wina tej biednej dziewczynki, a już za chwilę wszystko będzie dobrze. Maryja po prostu pomyślała, że są słowa sprofanowane, jak Pan, albo to wielkie słowo z pasów niemieckich żołnierzy, to Wielkie Słowo, które jeszcze na długo przed Drugą Wojną Światową ludzie po milion razy zbezcześcili.

Ludzie ludzi okradli z imion i słów, i zatruli im sny, po milion milionów razy.

Lecz nie tamta dziewczynka. Ona nikogo nie okradła. Jak dobrze wiedziano w klasztorze, w miasteczku i w Niebie, ona nigdy nikogo nie skrzywdziła. Zło spadło na nią, prawie miażdżąc, ale nie zdołało obrócić jej w swoje gniazdo.

Była wolną kobietą. Szkoda, że nie wolną od cierpienia.

To pocieszenie, że w dzień jej śmierci była sobota.

Gdyby Józefinie powiedzieć, że będzie świętą, że świętym już za cztery lata ogłoszony będzie Sartro, ten miły biskup, który ją ochrzcił, że inny papież, Benedykt ze wzruszeniem pokaże ją całemu Kościołowi jako znak nadziei na dwudziesty pierwszy wiek, jakie by to miało znaczenie? Relikwie, wspomnienia, kościoły pod wezwaniem? Dziecko skute w skrzyni nie ma o tym pojęcia. Sobota zaś oznaczała dzień Maryi, dzień Matki i to się przedarło przez chmurę wspomnień i cierpienia.

Siostra Józefina, według wspomnień współsióstr, w dniu śmierci błagała o poluzowanie łańcucha, ale na moment przed skonaniem wróciła, usłyszała, że jest sobota, powiedziała, jestem tak szczęśliwa, i wspomniała Maryję.

Myślę, że krótko potem przypomniała sobie, jak wołała na nią mama. Myślę też, że ją zobaczyła.

***

Pisałem to 8 lutego. W starej liturgii wspominało się dziś Jana z Mathy, założyciela trynitarzy, zgromadzenia, które ratowało niewolników. W nowej liturgii, jeśli ktoś chce, może wspomnieć św. Józefinę Bakhitę ze zgromadzenia kanosjanek. Zacząłem pisanie w mieszkaniu przy kościele Świętego Ducha, a skończyłem w kawiarni na Starym Mieście, pełnej roześmianych młodych ludzi, siedząc stolik obok dziewczynki, która razem z tatą zajadała się wuzetką.

W Lublinie jest dziś pogodnie, dzień już niemal przedwiosenny.

Kilka dni temu papież wracał z Emiratów Arabskich i na pokładzie samolotu odpowiadał na pytania dziennikarzy o molestowanie sióstr zakonnych. Kilka miesięcy temu zaś ukazał się raport na temat molestowania dzieci przez księży na terenie stanu Filadelfia, a także podobne raporty z innych stanów.

Raport z Filadelfii liczył dziewięćset stron.

O tych rzeczach przestać myśleć nie potrafię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.