rozważania

Święto cudownych dłoni

Być może poeta ma rację i oczy to wrota duszy, ale dłonie są jak wrota całego Nieba.

Wczoraj było wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, światowy dzień chorych, mieliśmy mszę z sakramentem namaszczenia.

Święty Marek dał świadectwo, że każdy, kto dotknął ubrania Jezusa, został uzdrowiony. Wiedzieliśmy, że to się nie powtórzy w ten sposób. Ławki pełne były zasłuchanych i świadomych, że u nas, jak co roku, nie wszyscy odzyskają zdrowie., a zarazem pewnych, że nie dotkniemy co prawda uzdrawiających frędzli, ale czegoś więcej – samego Bożego Światła, Chrystusa po zmartwychwstaniu dotykalnego w sakramencie.

Serce Ludu Bożego pulsuje od wiary w cud do pogodzenia się z niezajściem cudu i zadziwiające jest, że jest to właśnie pulsowanie życia, nic z rzeczy wykluczających się czy zerojedynkowego „albo, albo”.

Wiara jest od tego wolna.

Jest  łagodnym kołysaniem duszy, jakby była ona dzieckiem, od nadziei do pogodzenia z tym, jak się rzeczy mają z nami i z tym światem, zanim nadejdzie koniec i Pan Bóg raz na zawsze wszystko naprawi, da wszystkim chorym i ułomnym Ostateczny Cud.

Osobiście byłbym bardzo zmieszany cudem uzdrowienia, tym mocniej, im bardziej byłby widowiskowy. Mięły czasy, gdy zachwycał mnie rozmach Tardiffa, który uzdrawiał nawet cieniem, jak apostołowie. Wspominam sprzed lat świadectwa kapłanów, którzy opowiadali o wskrzeszeniach i trochę się dziwię ówczesnemu swojemu niepokojowi, że mi się takie rzeczy nie zdarzają (jeden twierdził nawet, że podźwignął z łoża śmierci przez telefon). Nie wiem, może z czasem nagromadziło się we mnie na tyle doświadczenia, że współczuję Łazarzowi, że musiał dwa razy umierać. Mozolnie i gorzko zapracował na ten dla nas znak, nic dziwnego, że Pan Jezus poprosił o to swego Przyjaciela.

Tak oto jestem duszpasterzem, który zastanawia się nad użytecznością cudu w duszpasterstwie i ostatecznie uznaje ją za niewielką. Nie wiem, czy to dobrze, ale tak jest.

By wyjaśnić, o co mi chodzi, powołam się na świętą, która sprowadziła na ziemię tę nieustanną lawinę cudów, która schodzi od stu sześćdziesięciu lat w Pirenejach w okolicach Lourdes.

To, co poniżej zamieszczam, to najbardziej poruszający mnie tekst, napisany przez świętego czy świętą.

Myślę, że gdyby Matka Boża napisała Swoje dziękczynienie, brzmiałoby podobnie.

Mówi Bernadeta Soubirous:

Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci, Boże mój, za prokuratora i za komisarza, za żandarmów, za twarde słowa ks. Peyramale….

Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuję Ci Matko.

Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę dziękuję Ci.

Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała….

Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczułam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo”…dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię, i za chleb upokorzenia… dziękuję.

Za to, iż byłam taką, że matka Maria Teresa mogła o mnie powiedzieć: „Nigdy jej dość nie ustępujcie”…

Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

Dziękuję za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko…, tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być?” Bernadetą, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę.

Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakło…, dziękuję Ci Jezu.

Bernadeta nie wymienia ani jednego cudu.

Znam te jej słowa z najlepiej napisanej polskiej książki religijnej, jaką są „Rozważania o Wierze” ks. Dajczera. Jest w tych słowach majestat pogodzenia się z życiem, przyjęcia go takim, jakim było. Przyjęcia świata, jakim jest. Przyjęcia Boga w Jego Tajemnicy i Jego Milczeniu, wobec którego blakną cuda, wskrzeszenia, podzielone morze czy ogień spadający z nieba.

Poza tym, jak ta Kobieta jest świadoma siebie! A to przyjęcie siebie, taką, jaką jest, z jej historią i jej ograniczeniami, ileż daje jej mocy!

Bernadeta nie dziwiła by się, jak ja się dziwiłem, szorstkim dłoniom ludzi, które namaszczałem, udzielając sakramentu chorych. Życie jest twarde i podobne jest szorowaniu podłogi. To dziękczynienie powinno skłonić do zatrzymania w tym szorowaniu, by każdy w Kościele mógł stwierdzić, czy nie szoruje przypadkiem swoim bratem albo swoją siostrą. Bernadeta dziękuje za księży i za siostry, ale nikt nie powinien być zmuszony, by za to dziękować, że inni poili go pogardą. Nikt nie powinien być traktowany jak szmata.  Bo i bez tego dość jest cierpienia.

Gdy namaszczałem dłonie, myślałem o tym, że jest to podobne do wróżby, do tego, jak cyganka wodzi palcem po dłoni i udaje, że czyta. Tylko, że ona wymyśla, a tu wszystko jest jasno wyłożone. Krzyż jak na dłoni.

Sakrament chorych jest proroczy, jest to katolickie, ale w stu procentach sprawdzające się czytanie z ludzkiej dłoni, rozszyfrowanie linii życia, nieważne, jakiej byłaby długości.

Bo jedyna prawdziwa wróżba z dłoni to nakreślenie na jej środku krzyża: będziesz cierpiała, będziesz cierpiał. Będziesz kochała, będziesz kochał. Będziesz chwytała się nadziei, będziesz się jej chwytał, bo jesteś człowiekiem, a gdy nie będziesz już mógł zacisnąć palców, to nadzieja złapie cię za wyrzuconą w rozpaczy rękę.

Będziesz żył i umrzesz. Umrzesz i będziesz żył.

Będziesz szukał dłonią dłoni drugiego człowieka, bo jesteś człowiekiem i według wiary chrześcijańskiej tak, i tylko tak dotkniesz Bram Nieba.

 

4 Replies to “Święto cudownych dłoni”

  1. Nie wiem jak Ksiądz to robi, że nawet tekst o namaszczeniu chorych budzi we mnie poczucie głębi. Może dlatego, że o tym sakramencie mówi się tak niewiele? Może dlatego, że kojarzy się wielu z biletem w jedną stronę, bez prawa powrotu?
    Za te słowa dziękuję podwójnie: „Bernadeta dziękuje za księży i za siostry, ale nikt nie powinien być zmuszony, by za to dziękować, że inni poili go pogardą. Nikt nie powinien być traktowany jak szmata. Bo i bez tego dość jest cierpienia.”.
    Chylę czoła do samej podłogi, pozdrawiając z wietrznego Pomorza 😉 Magda

    1. Dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam z Lublina, tutaj raczej spokojnie, a mogłoby powiać na ten smog:)

  2. Kiedy Pan Jezus czyni kogoś z nas swoim zaufanym przyjacielem, niekiedy przez pogardę otoczenia daje mu pić z tego samego kielicha, z którego On sam był pojony za życia ziemskiego. Jest wtedy bliżej naszego serca niż moglibyśmy marzyć. To trudne doświadczenie.Jednak kiedy indziej daje nam też posmakować chwały Ojca Niebieskiego, którą jest otoczony, gdy dziś czyni spektakularne znaki, cudami zwane. Pan Jezus nie czuje zmieszania, gdy je czynił w Palestynie i nadal na świecie czyni. Toteż i my przyjmujmy cuda Boskie z dziecięcą radością i wdzięcznością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.