Traktat o prymicjach Melchizedeka

Kolejny tekst o rzeczy w teologii przemilczanej z niemałą szkodą dla sprawy powołań, czyli o tym, że kapłaństwo katolickie nie jest zupełnie oddzielone od śmiechu.

Będzie to traktat o prymicjach Melchizedeka i o tym, co na nich opowiadano.

Prymicje te odbyły się wówczas, gdy Abraham miał jeszcze imię bez ha w środku, samo Abram, z czasów, nim zaczął spoglądać medytacyjnie w niebo nad pustynią, za to chętnie pędził przez nią na wielbłądzie, żywy i bojowy.

Takiego Abrama dopadł w chwili wielkiego zbrojnego sukcesu Melchizedek i płynnie przeprowadził go od rzezi, poprzez radość łupów, ku pobożnej ofierze.

Odprawił więc Melchizedek za Abrama mszę z chleba i wina, co było wówczas niespotykane, bo w tamtych czasach raczej nie odprawiano bez noża i zwierząt. Była to msza co prawda bez przeistoczenia, ale za to z czytelną aluzją do Mszy pełnowartościowej, Mszy Pana Jezusa i naszej.

Intencja tamtej mszy, według rekonstrukcji biblistów, brzmiała następująco: dziękczynno- błagalna z prośbą o dalsze Boże błogosławieństwo i potrzebne łaski dla Abrama z podziękowaniem za rozgromienie Amrafela, króla Sennaaru, Tadala, króla ludów, Ariocha, króla Pontu i Chodorlahomora, króla Elamitów. 

Abraham, mimo, że ciągle jeszcze miał na imię Abram i choć nie był aż tak całkowicie powołany, jak to potem nastąpiło, to był już pełen wiary, co widać po tym, że złożył Melchizedekowi godziwą ofiarę, o iście biblijnych proporcjach – dziesięcinę, w obecnych czasach zwątpienia tak niesłusznie zaniedbaną.

Było więc za co robić prymicje.

Słowo prymicje może być dla dzisiejszego człowieka równie zagadkowe, jak sam Melchizedech. Zwłaszcza, jeśli nie ma księdza w rodzie, nie tylko, że  bida może go bóść, ale i może nie wiedzieć, co to są prymicje.

Po kolei. Najpierw o tym, kim był tamten starożytny ksiądz bliskowschodni, a potem wyjaśnimy prymicje.

Nie da się podważyć wagi Melchizedeka dla teologii. Wagi takiej,  że ludzie, którzy rozmyślali o nim, ciążyli nieraz ku potężnym manowcom. W opowieściach Ojców Pustyni czytamy na przykład o starcu, co był zupełnie uświęcony przez swe modlitwy, lecz wpadł w błąd i głosił, że Melchizedek to Syn Boży. Trzeba było dopiero cudu, i to takiego na czterdziestu aniołów, by wyprostować mu myślenie.

Słowem, nie ma żartów z Melchizedekiem. Nie był to byle kto, lecz najpobożniejszy poganin Biblii, przynajmniej do czasów tej dzielnej załogi, za której sprawą prorok Jonasz przeżył swoje przygody na morzu. Całą prawdę o Melchizedeku mówi, niczego nie tając, przypis z Biblii Tysiąclecia: Tajemniczy ten pogański król Szalemu, zapewne późniejszej Jerozolimy, jest typem Chrystusa. Fajną melodią się to zdanie zaczyna, Tajemniczy ten pogański, trzeba przyznać, choć szybko poezja przechodzi w prozę – grunt, że teologicznie poprawną! Jest to przypis do Listu do Hebrajczyków, w którym Melchizedek, po długiej nieobecności na kartach Biblii, wraca we właściwym sobie, królewskim stylu.

Bo jest w Piśmie na początku, w środku i na końcu. W księdze Rodzaju, w Psalmie 110 i właśnie u Hebrajczyków. Z symbolicznego punktu widzenia to dokładnie tak, jak by był w niej wszędzie.

Nie wiemy, czy ofiara, jaką złożył Bogu w dniu zwycięstwa Abrama była jego pierwszą ofiarą. Niewykluczone, że nie, bo wyobraźmy tylko sobie tę scenę: czy drżą Melchizedekowi ręce, gdy modli się za wojownika, jeszcze czerwonego od krwi? Nie. Widać, że czyni swą rzecz pewnie, spokojnie, z opanowaniem i bez nadęcia właściwego młodości. Mówiąc współczesnym językiem, bierze raczej Drugą Modlitwę Eucharystyczną, a nie Kanon Rzymski, ale przy tym śpiewa prefację, czyli jest nie za długo, a pobożnie.

Ale przecież kiedyś musiał mieć prymicje. Mógł nawet nie mieć rodziców, jak sugeruje Biblia, ale dla każdego księdza jest kiedyś pierwszy raz przy ołtarzu.

Tak dochodzimy do definicji prymicji – to pierwsza Msza księdza, a mówiąc w uproszczeniu, także to, co po niej, czyli coś a la wesele.

Czym się prymicje różnią od wesela, pojąłem na pierwszych, na których się zjawiłem. Bal był po mszy, którą słodko zaśpiewał ksiądz gabarytów Goliata, który, jak to bywa z takimi synkami, miał serce dobre niczym przypowieść o Synu Marnotrawnym. Gdy już  posiedziałem, pojadłem, gdy bezlitośnie podciąłem skrzydła tuzinowi wspaniałych kobiet, bo twardo trzymałem się zasad i broniłem się przed tańcem, gdy znów pojadłem i trochę pogadałem, to uznałem że czas złapać trolejbus do seminarium, by wreszcie w spokoju się pomodlić. Nie mam teraz dla siebie wyrozumiałości za to, ani za taniec, ale to był pierwszy rok! Przy wyjściu dopadła mnie mama prymicjanta. Tą kobietą, dla odmiany, kierowała raczej gościnność, niż fascynacja i uległem jej, i musiałem czekać, aż napełniła pudło o wymiarach Arki Mojżeszowej dziesięciną z każdego ciasta, a kiedy już miałem tej słodkiej arki dotknąć, pochwycił mnie ojciec i poprowadził ku pokojowi, dyskretnie. Spojrzałem i przyznam, że ani wcześniej, ani później nie widziałem na raz tyle rozlanego w kieliszki alkoholu, głównie nalewek, bimbru, wódki, ale też – szczypta subtelności – białego wina w dwunastu wielkich lampkach. Ojciec był dumny z tego stołu pełnego szklanych zastępów i ze swojego pomysłu, dzięki któremu można było sprawnie zadbać o trawienie i spełnić godziwy toast, bez jakiegokolwiek zgorszenia.

Nie będę nawet pisał, co się zdarzyło. Czy pisałem już, że nie mam dla siebie wyrozumiałości teraz, gdy to wspominam?

Jak doskonała to była metafora kapłańskiego życia, ten tajny pokój, to zrozumiałem dopiero po latach.

Jak wiemy, takich pokojów nie potrzeba na przeciętnym polskim weselu i to jest właśnie różnica.

Wracając do prymicji Melchizedeka, to nie są one zbyt wyraźnie poświadczone przez Biblię, ale za to mocno przemawia za nimi tradycja.

Prymicje te były jedną z pierwszych kościelnych spraw, o których nie dowiedziałem się z książek, bo w książkach o nich nie ma.

Pamiętam, jak dziś.

Siedzę na seminarium magisterskim, rozważam wpływ relatywistycznego pluralizmu na duszpasterstwo kolejarzy, a tu nagle wykładowca przerwa wywód, zaczyna opowiadać kawał w śpiewnym narzeczu znad kanału Gliwickiego, opowiada śmiele i szybko, tak, że nie zdołałem nawet przestawić zwrotnic z teologii na normalne myślenie i nic nie złapałem. Śmiech wystrzelił wokół mnie jak wiosna wokoło marmurowej płyty. Po salwie zaś rozpogodzony Mistrz spuentował: no, ale ten miał długą brodę już na prymicjach Melchizedeka!

Albo jeszcze parę lat wcześniej, gdy czyniłem zadość Czechom za Dobrawę.

Było to apostolstwo Czechów na ulicach Ostrawy przez Legion Maryi. Dobré ráno, máte chvíli? Můžeme mluvit o Bohu?  Dowodził tamtą akcją ewangelizacyjną nie kto inny, jak słynny ksiądz Jan Klemens. To naprawdę wstyd, że, o ile wiem, Gość Niedzielny tylko raz dał mu całą okładkę, bo Klemens zapracował na sto, to człowiek niedzisiejszej miary, verus Izraelita, kapłan na wzór Melchizedeka. A kto wie, czy nie lepszy, niż wzór, bo gdyby to Klemens chwycił lecącego po bitwie Abrama, to zapewniam, męskie pielgrzymki do Matki Boskiej Piekarskiej raz, że trochę wcześniej by się zaczęły, dwa, że wychodziłyby z gromką pieśnią aż z Ziemi Obiecanej. Ale widocznie inaczej było pisane. Chwała jego jaśniała podczas tamtej ewangelizacji zwłaszcza w tym, że odrzucając zgniłe kompromisy z ponurym światem, Ksiądz ten bez końca nas rozśmieszał.

Na tomy z jego kawałami nie starczyłoby długich szybów pod świętą Śląską Ziemią!

Jeśli prosicie, bym któryś z jego żartów powtórzył, to tak, jakbyście prosili kogoś, kto był w filharmonii na Czarodziejskim flecie, by wam ten kawałek odegrał przy pomocy łyżki i własnej głowy. Nie ma o czym mówić. Ksiądz Klemens opowiadający – to było zjawisko! Żywe dziedzictwo kulturowe, kompromitująco pominięte przez UNESCO.

Ale ksiądz Klemens, gdy już niemal nas pozabijał, gdy już leżeliśmy w konwulsjach, żałując, że wcześniej nie dała nas rady zabić kukurydziana kaszka, cośmy ją codzienne jedli z misjonarskiej biedy, więc gdyśmy wypłakali już oczy ze śmiechu, wówczas zadowolony z siebie Klemens wymrukiwał, odejmując sobie nieco chwały, że z wszystkich tych witzów śmiała się już ciotka Melchizedeka. Gdzie? No, wiadomo gdzie, na prymicja!

Ktoś słusznie tu zauważy, że List do Hebrajczyków twierdzi, że Melchizedek nie ma rodowodu, więc raczej krucho u niego było z ciotkami.

Wątpliwości umysł mnoży zresztą jeszcze więcej, swoim zgubnym zwyczajem.

Bo sami powiedzcie – czy taka na przykład anegdota, że ksiądz wchodzi do tramwaju z Najświętszym Sakramentem (jest też ciekawsza wersja z kluczem od zakrystii) i jak to na Kresach Zachodnich, wszystko naraz pada na kolana, łącznie z psem, łącznie beznogim weteranem i, co niebagatelne, łącznie z motorniczym, tak, że nikt już nie widzi, co na torach, ani dokąd się toczy ów pojazd szynowy prawdziwie wielkiego zawierzenia. No więc, czy taka anegdota mogła bawić do łez nomadów w Syrii kilka tysięcy lat temu? No, chyba, żeby ją fest opowiedzieć. Dlatego nie chcę niczego tu rozstrzygać, pomny, że biblistyka jest nauką wielu tajemnic.

Każde z dwunastu polskich plemion zachowało te tradycje biblijne, widocznie przyniesione przez pierwszych misjonarzy, nie tylko oddani wierze Ślężanie, lecz i dzielny szczep Lędzian, śmiało patrzący znad koryt Wieprza i Świnki ku Czerwonej Rusi chełmskich górek.

Także nie jest tak, że wobec chwały koloratkowych kawalarzy z Pszczyny i z Katowic nasi tutejsi byliby zupełnie chwały pozbawieni. U nas także wiadomo jeszcze, czym jest dobra gawęda, czerpiąca z soków melchizedekowych prymicji.

Gawęda taka czasem jest bardzo bliska duchowi czasów biblijnych,  dzieląca ówczesne rozumienie praw zwierząt, ale też czerpiąca z jak najbardziej współczesnych zasad  psychologii behawioralnej.

Co mam na myśli?

Pewien proboszcz miał kota, który na drabinie bytów zajmował szczebel powyżej tego, co gospodyni i ze cztery, pięć szczebli wyżej tego, który zajmowali wikariusze. Na tym wysokim szczeblu kot ten sypiał, siedział i bardzo dobrze jadał, a z  góry opadała nań dłoń proboszcza, delikatnie głaszcząc. Wszystko to pięknie odgrywano przy posiłkach, podczas których każdy gest, słowo, subtelność wzroku kreśliły w duszach domowników jasną strukturę bytowej drabiny.

Aż proboszcz wyjechał do sanatorium.

Wówczas, przy pierwszym posiłku zwierzę, niczego nie przeczuwające, zajęło swe zwykłe miejsce przy szczycie stołu i zaczęło pożerać. Wikarzy zamknęli drzwi do kuchni i rozpoczęli od znaku krzyża, jak proboszcz, z tym, że po pierwszym znaku wykonali drugi, potem kolejne, a przy tym jeden z nich złapał kota i zaczął stosować na nim mściwą przemoc, a drugi nieustannie się żegnał i powtarzał w imię Ojca... Wszystko to były ćwiczenia przed dramatem, jaki się odegrał, gdy proboszcz wrócił z wód i chciał się pomodlić, a wówczas kocie światło jego oczu zaczęło się zachowywać jak tysiące cząsteczek gazu stłoczonych w bardzo nagrzanym, bardzo ciasnym naczyniu, albo, jakby opętał je legion diabłów, ten, co uczył gerazeńskie świnie najpierw latać, a potem pływać.

Niektóre z tych anegdot, jak widać, śmieszyły może ludzi na wiadomych prymicjach, ale dziś nieco już straciły, bo mi nie było do śmiechu i byłem szczerze oburzony na dwu księży, którzy chwalili się, że tak właśnie torturowali kota, bo czemu on był winny? Ale kolega, któremu przenikliwość psychologiczna lżej przychodziła, niż mi, trącił mnie łokciem i powiedział Co ty, zmyślają, tak o proboszczowskim kocie bajano już na prymicjach Melchizedecha!

Nie ginie też przy takim opowiadaniu duch zdrowej przekory. Gdy niedawno jeden ksiądz opowiadał dowcipy o wyższej hierarchii kościelnej, a jego brat, widocznie z wrodzonym kultem władzy, przerwał mu i wyrzekł coś o zgorszeniu, na co trzeci, najstarszy wikary dodał, otwórz dowolny portal, baranie, tam dopiero poczytasz o zgorszeniu! 

Nawet, gdy dowcipy ocierają się o sakramenty, nic to prawdziwej świętości nie szkodzi, o ile dowcipy są dobre. Jestem przekonany, że wielu młodych tylko dlatego poszło do bierzmowania, że katecheta opowiedział im stary kawał o chrzcie i bierzmowaniu kota. Był to bowiem namacalny dowód, że są w Kościele ludzie z poczuciem humoru, dowód, którego niekiedy nie dostarczyli młodym ani rodzice, ani duszpasterze. Dowód na to, że mury Kościoła są dostatecznie mocne, by wytrzymać śmiech.

Pewnie trzeba już lądować, licznik pokazuje 1863 znaki, powiem tylko tyle, że zostawiłem dość sporo na kolejne części traktatu, bo, jak mi to uświadomiono, gdy na magisterce brałem zbyt duży pokos, warto od początku zostawiać coś na habilitację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.