rozważania

Czternasty lutego udał się Panu Bogu w Lublinie

Co za słonko! Gdy śpiewałem kolektę, nagle szyby w oknach piętnaście metrów nad posadzką zaświeciły na niebiesko błękitem godnym samej Trójcy Świętej, wszystkie zaś anioły u Ducha pokryły się złotem tak nowym, jakby to wczoraj pozłacano ich lipowe drewno, i to bez dotacji unijnych, nadto blask rozlał się po posadzce i po twarzach i było mi tak dobrze, i ludzie, słychać było, żywiej odpowiadali, jak to bywa w takie dni, gdy słowo przedwiośnie nabiera swej pełnej treści, pełnej chwały.

W taki dzień wyczuwam w sobie proroka:

Oto nadejdzie marzec, a z nim ciepłe wiatry!

Oto nadejdzie kwiecień, pośpiesznie rozkręcający zieleń!

A nade wszystko, nadejdzie maj. Nasza mała, zielona apokalipsa, wezwanie, do tego, co żyje, by dało życiu szansę i jak zawsze, zaczęło od nowa!

Maj! trzydziestodniowe święto życia, śpiewu i Najświętszej Maryi Panny, dzień prawdziwej, Zielonej Polskiej Wolności. Powietrze smakuje w nim jak Boże Królestwo, smakuje dziećmi na trawie, pierwszym niezimnym deszczem, smakuje lekko uśmiechniętą gębą zadowolonego ponuraka, czyli mnie.

Przy starej plebanii, gdzie niedawno mieszkałem, hiacynty rozłożą się ze swoim zapachowym straganem, a przy domu rodziców otworzy się sadzona rękami babci czerwień tulipanów. A stokrotni porzucą karmniki i przerzucą się ze smalcu na pyłek kwiatów i świeżutkie gąsienice.

Gdyby przyłożyć ucho do ziemi, już dziś byłoby słychać jak się przeciągają zmęczone korzenie, jak się rośliny szykują, by mieszać znów pragnienie i pamięć.

Za oknem szumi mały ul naszych ulic, dzieci harcują przy świetlicy, wiatr przynosi harce dorosłych przy polonezie, pewnie coś się dzieje na Krakowskim, albo na placu Litewskim, placu rozmigotanych fontann i zmoczonych nimi krzyków i śmiechów, fontann, które włączą pewnie niedługo, jeśli przedwiośnie utrzyma w Lublinie front i się nie wycofa.

Ile dobrego się da, trzeba wyciągnąć z ocieplenia klimatu, za które  przecież kiedyś przyjdzie nam zapłacić. I to inną monetą. Ale dzisiaj słonko jeszcze pogodnie się uśmiecha i brama krakowska odpowiada mu razem z kamienicami, jak na nieźle zrobionej akwareli.

Dobroć tej godziny wpłynęła nawet na mnie, miejsce w ulubionej mojej kawiarni, gdzie konstruuję swe traktaty, zostawiłem dziś wolne zakochanym.

Ale na spacer wyjdę.

Przez stare miasto na dziedziniec za klasztorem dominikanów. Pooglądam krzątaninę usłonecznionego życia, od stacji benzynowej, przez ogródki, przez po starą cegielnię na której dachu niedługo zazieleni się brzoza, aż po gmach seminarium, gdzie teraz dzień wchodzi cicho przez okna na puste korytarze, tak młodzieńczy i pewny siebie, że wykrzesze piękno nawet z ich wydeptanych, czarno-białych płytek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.