Posmakuj Biblii

Jeśli kiedyś spotkasz anioła, niewykluczone, że poczęstuje cię książką. Jak Jeremiasza, albo Jana Apostoła.

Jeśli spotkałeś Boga, to wiadomo – już Cię poczęstował.

Biblia to księga, w której zjada się książki. A także zwoje, przepiórki, szarańczę, ludzi, popiół i Pana Boga, chleb, pieczonego baranka i rodzynki. Całe zastępy rodzynek.

Smak to druga część cyklu, zaraz po węchu. Musiało tak być. Węch jest jak Stary Testament, smak jak Nowy. Węch jest ścieżką, smak domem. Węch jest nadzieją, a smak, cóż, smak jak pocałunek, jest miłością.

Miłość do smaku czuć na każdej stronie Pisma. Dlatego niezbędny będzie wybór.

O całym szeregu rzeczy nie bedzie tu napisane:

o dwu braciach i misce soczewicy,
o tym, co podaje się Trójcy Świętej, gdy przyjdzie w gości,
o tym, dlaczego nie należy jeść sów według Ksiąg Mojżeszowych,
o tym, jak smakuje wino stworzone ex nihilo,
o tym, jak smakują usta słodsze od wina z tej Pieśni, co ją Pan Bóg postawił ponad innymi pieśniami.

Nie będzie też o herbacie, wódce, chipsach, gumie, pistacjach, czekoladzie i kawie, bo takich szaleństw ludzie Księgi nie znali.

Ten wybór oznacza, że nie będzie tu stołów zastawionych jak w odpust na Jasnej Górze, czy jak w imieniny kardynała.

Raczej skromny posiłek, dla dwu osób z towarzyszącymi aniołami.

Będzie to jakby siąść o poranku przy stole, na którym okruszki możesz ułożyć palcem wzdłuż złotej linii światła. Śniadanie na starej plenanii, przy niedzielnych dzwonach, przy jasnym oknie i ptasich trelach, kulinarny pacierz z miodu, mleka, i świeżego chleba. W pewnym momencie może wskoczyć nam na stół świerszcz, bo w końcu jest Wielki Post i wypada przełamać słodycz. A jesli zmieścimy, to po świerszczu czeka jeszcze parę rodzynek.

Będą też jabłka. Drzemią w misie na środku stołu, czerwonożółte, przechowane od jesieni na plebanijnym strychu. Ich matka, potężna jabłoń za oknem, właśnie szykuje się do piewszych wiosennych uśmiechów. Pomiędzy nimi jest też owoc granatu, tu już nie czarujmy, po prostu kupiony w markecie. Oba te owoce swego czasu wieszali teolodzy i mistycy na słynnym drzewie z Księgi Rodzaju, bo ze smakiem związane jest od początku Księgi i życie, i śmierć, i upadek, i stworzenie.

Czas smaku w Biblii rozpoczyna owoc.

Wiadomo, że nie było to jabłko, ani granat, ani jakikolwiek owoc, lecz znak. Ale taki, a nie inny wybór znaku wiele mówi o mocy drzemiącej w podniebieniu.

Jedna z mądrzejszych nauk o Księdze Rodzaju, jakie w życiu słyszałem, to ta Ojca Pelanowskiego o tym, że Adam i Ewa mogli jeść owoce kiedy i jakie chcieli, że nie było harmonogramu. Że wola Boża ma na imię „cokolwiek dobrego chcesz”. Że Bóg pozwala, ba, chce, byś ty sam wytytczył Jego drogę i po swojemu doszedł do Niego.

Stąd te bogactwo owoców.

Te wszystkie granaty, jabłka, morele, grusze, figi, winogrona, i cała reszta, o której potem marzyli wędrowcy do Ziemi Obiecanej.

Smak to Królowa. W koronie z podniebienia, na tronie z języka, rządzi dyskretnie pozostałymi zmysłami.

Gdy skinie berłem, owoce uśmiechają sie do ciebie. Pięknie pachną i nawet ten cichy klik jest pyszny, gdy szypułka puszcza i dojrzałość spada na ziemię. Oby tylko się nie rozbił! Chwytasz równowagę na gałęzi, by samemu sięgnąć i rozbiciu zapobiec. Bierzesz i sprawdzasz w dłoni, bo w końcu owoc to także dotyk, miękkość. Meszek dojrzałej brzoskwini.

Tak, smak jest królową matką, jest zmysłem życiodajnym, a inne kornie mu służą. Biblia ostrzega, że ta potęga czyni smak groźnym. Jak podpożądkować Bogu władztwo smaku nad nami?

Ludzie zaludniający karty Pisma odczuwają na sobie tę władzę, która dotyka istoty życia. Od głodu do przejedzenia. Od grozy pustego brzucha, po grozę brzucha, który obwołał się bogiem, smak jest nieodzielny od życia, cokolwiek żyje, od niego zależy i żeby go nie znać, trzeba by nie mieć ciała.

Z tej konieczności ciągła tęsknota za równowagą, jak u Koheleta, gdy ogłasza, że jest czas na każdą rzecz, czas jedzenia i czas postu, a to, że człowiek je i pije, to dar Boży.

Jak to, groźny dar? Tak, groźny. Jak sama wolność.

I jak wolność słodki.

Jest w Biblii czas miodu, jednej z substancji niezbędnych do życia, jak zauważa Jezus ben Syrach. Substancji, którą nasz Pan Jezus, najważniejszy z Mężów o tym imieniu, zjadł ponoć po swoim zmartwychwstaniu.

Czasem teologia tłumaczy nam, że zrobił to po to, by zaznaczyć, że ma prawdziwe ciało, że ciało docenia. Jakoś bardziej ludzki zdaje mi się wariant, że zrobił to, bo miał na miód ochotę, bo cieszył się, że ma żywe Ciało. Bo wiedział, że dobry jest miód płynący z plastra, a Słowo Pana jest nawet słodsze, ale może najsłodziej uznać, że także miód na chlebie w wiosenny ranek jest Słowem i mówi nam coś ważnego o Bogu, że daje nam skosztować Tego, który jest nie do skosztowania. Może jedynie takie postawienie sprawy chroni od mdłości? Takie zrozumienie, że świat jest Boży.

To paradoksalne, prawda? Ten psalm, gdzie zachęca się człowieka, by pokosztował Boga. Oraz inne fragmenty Pisma, które przypominają, że ziemskie jedzenie ma w sobie, przy całej swej chwale, zawsze coś z rozczarowania i coś z obietnicy prawdziwego Pokarmu.

Nawet manna z nieba, mimo miodowej nuty, stała się w końcu rozczarowaniem. Zbierali ją, potem mówili „Obrzydł nam ten pokarm mizerny”, dalej ją jedli, jedli i w końcu pomarli. Nawet takie cuda są zniszczalne jak ludzkie ciało.

Jest w Biblii także czas chleba i to chleb ma być nośnikiem lepszej, duchowej Manny.

Cały czas to domena chleba, Msza Święta będzie odprawiana do skończenia się czasu. Święci marzyli o tym, co nastapi potem, o karmieniu się samym Światłem. Bóg jako Pokarm i Życie szczęśliwe i nieskończone. Jakby cokolwiek na ziemi ci smakowało, było ledwie obietnicą Ostatecznej Wieczerzy.

Chleb to także domena smaków prostych, lecz szczęściodajnych już tu i teraz. Być może, prócz dość oczywistego potępienia łakomstwa, mamy też w Piśmie subtelniejszą naukę. By jeść z dziękczynieniem, co zakłada jedzenie z uwagą. „Czyń to, co czynisz”, powie potem o tym św. Ignacy. Bo czy spożywanie z dziękczynieniem nie oznacza jedzenia na Boża chwałę?
Jedzenia uważnego i powolnego? To właśnie robi różnicę i wyklucza objadanie.

Tak oto Post może być czasem kulinarnej rozkoszy. Ale ta rozkosz zależy od umartwienia. Czy możesz się skupić na smaku chleba, mleka, miodu? bez jednoczesnego przeglądania tej skarbnicy ludzkiej głupoty i filmów o kotach, czyli naszego kochanego Internetu? Bez Netfliksa otwartego na kolejnym sezonie?

Kusi nas i łudzi, że to strata czasu, po prostu zjeść swój chleb.

Ludzie Biblii nie mieli wyjścia, musieli być uważni na to, co zjadali. Od tego zależało ich życie w czasach sprzed lodówek i sanepidu.

Bo gdy człowiek nie słucha kilku milionów kubków smakowych, gdy nie słyszy własnego jezyka, gdy pośpiesznie pożera co mu ręka do geby włoży – jak usłyszy Boga?

Albo, jak Go zasmakuje?

Smak Boa jest trudno uchwytny, a może być też nieznany. Jak smak szarańczy, jak ta, która teraz chodzi sobie po naszym chlebie. Jestem pewny, że jej nie zjemy. Niech żyje sobie biblijny świerszcz na starej plebanii. No, prawie pewny.

Bo w Biblii jest też czas na szarańczę.

Znasz kawał o pustelniku? Na początku wyciąga z zupy szarańczę z żywym obrzydzeniem. Lecz mijają lata na pustyni i potem już tylko jej pomaga, gdy świerszcz wyłazi, potem już nie pomaga, a potem strąca go łyżką z powrotem w odchłań soczewicy, cebuli i marchwi. Na koniec nie liczy na szczęście, tylko szuka jej i wrzuca do gara. Ten kawał to śmiech z wygłodniałych mnichów. A może to opowieść o człowieku, który przełknął uprzedzenia i otworzył się na nowy smak? Który dał się Panu Bogu zaskoczyć?

Z anegdoty wróćmy na twardy grunt Ewangelii. Oto wielki przewodnik po Wielkim Poście, Jan Chrzciciel, najsłynniejszy zjadacz szarańczy.

Jan Chrzciciel, jeszcze sprzed tego, jak był dorosłym Janem, co ochrzcił Panu Bogu Syna. Ten Jan, co żył na pustyni zanim ukazał się przed Izraelem. Ten, co jadł szaranczę i miód leśny. Myślimy sobie, my, świnoiożerne pogany, my, objadacze biedronek i żabek, my pieski lubiące lub nielubiące, że Prorok ten cierpiał straszliwie pośród kamieni, skazany na słodzone robaki. A jeśli nie cierpiał? Jeśli w cieniu skały Jan medytował nad tym, jak Wszechmogący Poeta uczynił z pustynnego świerszcza i z pustynnego miodu zaprawdę cudny poemat. Pieśń dwu głosów. Granie wieczoru i wonń pustynnych kwiatów, gdy z góry spadło i zakwitło kilka kropel życia. Może Jan podnosił do ust szarańczę z drżeniem zachwytu, z nabożnym skupieniem maczał w płynnym złocie, a potem długo modlił się każdym kubkiem smakowym – jak dobrze Panie, żeś ciało mi uczynił i nakarmił je szarańczą i słodyczą!

A nie wiedział wtedy jeszcze, że Pan uczynił Ciało także Sobie.

Powoli, chwila – czyn Jan nie pokutował na pustyni za grzechy? No, na pewno nie za swoje, skoro odkąd fiknął w łonie Elżbiety witającej Maryję, ten problem między nim a Bogiem zosał uznany za wiecznie niebyły. Ale może za grzechy innych? Na przykład, za moje? Jeśli tak musiało być, to tym bardziej mam nadzieję, że miód i szarańcza mu smakowały.

Ale smakował Janowi także post. Głód ma swój czar, zwłaszcza, gdy pustynia robiła się nieznośna i pusta, gdy Bóg milczał w zastępach świerszczy i w pszczelich rojach, gdy swoim zwyczajem milczał w gwiazdach nasz Bóg niepojęty. Może wtedy Jan musiał walczyć sam ze sobą, by jeść? Może wtedt toczył ze swoją duszą walkę o to, by zachować przy życiu ciało, walkę znaną tym, którzy smak stracili lub go nie mają, oraz tym, których życie zaczęło mdlić.

Jan był przecież wielki. Pan Jezus mówił o nim tylko z podziwem. W Biblii z kartonu, którą czasem wycinamy sobie przez biedę wyobraźni, Jan wyglada jak statysta, jak człowiek przebrany za drzewo, lecz w Biblii prawdziwej, w Księdze z krwi, kości, miodu i szarańczy, był Jan kluczowy dla ludzi i dla Boga, i fascynujący dla Nich, był zdolny do smaku i postu, do wątpliwości i do wiary, do walki z Bogiem i do pokoju.

Słowem, był Jan z tego gatunku proroków, bez którego byłaby wśród nas jeno latanina mrówczego kopca.

Potrzeba Jana dzisiaj, w czasach nieograniczonych kulinarnych horyzontów. W czasach obfitujących w jedzenie, tak, że, gdyby Izajasz i Ezechiel zobaczyli, jak i co jemy, to by ogłosili, że Królestwo już nadeszło w swej Mocy.

Plama światła przesunęła się w międzyczasie po stole, przybyło okruchów i obierek, z którego trzeba będzie zetrzeć kilka kropel miodu i biały ślad po szkalnce mleka. Uratował się ucieczką świerszcz.

Może na koniec rodzynek?

Cóż, ja wezmę na pewno, tak się składa, że kocham rodzynki. Moja pierwsza biblijna medytacja, jaką pamiętam, to było rozważanie, jak mogły smakować placki z rodzynkami?

Rozważałem to z całą powagą. Chłopiec, którym wtedy byłem, nic nie wiedział o życiu, po angielsku potrafił tylko „hallo” i jeszcze jedno słowo, którym nie trzeba sie chwalić, a po polsku seplenił, i pisał z okrótnymi błędami. Smutno oceniał swe perspektywy patrząc na dyktando czerwone jak lipcowa wiśnia i smutno oceniała te perspektywy pani. Chłopiec ten przejmował się szkołą, bał się zasnąć, kiepsko grał w piłkę i, jak dziś stwierdzam, nie miał pojęcia o tym, jak kręci się ludzki świat.

A mimo to, ten chłopiec był mądry jak sam Jan Chrzciciel. Zazdroszczę mu tego. Bo wszystko, czego mu było trzeba, to była paczka rodzynek, czerwona, z dziewczynką na tle słońca. Były czarne od słodyczy. Medytacja nad nimi trwała godzinami i przedłużało się czyste zadowolenie z życia. Smakowanie każdego z osobna i pozwolenie, by chwila trwała. Marnowanie czasu, ale tak, że nie gnił on na pryźmie nudy. Raczej miło płonął.

Tak oto poznałem, co to słodycz i uczyniłem swą duszę gotową, by usłyszała ambony o ludziach, którzy osładzali sobie drogę przez niepojęty świat, ku jeszcze bardziej niepojętemu Bogu, dzięki plackom z rodzynkami.

2 thoughts on “Posmakuj Biblii

  1. „Bo gdy człowiek nie słucha kilku milionów kubków smakowych, gdy nie słyszy własnego jezyka, gdy pośpiesznie pożera co mu ręka do geby włoży – jak usłyszy Boga?” No właśnie… Chyba moje sumienie poczuło się dotknięte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.