rozważania

#tomniezmieniło. Objawienia na słabym połączeniu

Opowiem, jak mnie zmieniła światowa sieć, a będzie to historia z dawnych czasów, z epoki śpiewających modemów.

To wtedy do Nieba docierać zaczęły nieznane wcześniej modlitwy. Po wiekach próśb o wolność, o powrót ojca lub zelżenie głodu, aniołowie ze zdumieniem słuchali, jak dzieci polskie proszą o Internet.

Modem pukał do bram Internetu, a ja modliłem się, by mu się udało i udało mu się, zostałem wysłuchany, a sieć wycisneła na mnie niezmywalne piętno.

Nie dziwcie się, że słałem modły o połączenie.

Internet dopiero trafił u nas pod strzechy. Jeśli dziś śmiejemy się z transferu liczonego wiaderkami, to tamten mieścić się musiał w jednym dziurawym naparstku królewny krasnali o drobnych paluszkach.

Dane kapały tak, że ładowanie stron przypominało chińską torturę kropli wody, a połączenie było chwiejne niczym marcowa pogoda.

W dodatku, działo się to na wiosce. Modem się psuł, po każdej burzy brakowało prądu, a pewnej zimy nornice zeżarły kable. Chłopiec, którym byłem, patrzył przez okno na niedowierzających fachowców z telekomunikacji i myślał sobie, Ach, lublelskie, jakie cudne! oraz dlaczego nie urodziłem się w Kalifornii?

Internet to było święto,to lepiej, niż gdyby kupić wszystkie odpustowe stragany tak z Antoniego, jak i z Zielnej. Internet to było zwycięstwo nad nieujarzmioną przyrodą, kruchością techniki i nad rodzicami, którzy ograniczali mi go, bo chcieli, bym jeszcze w życiu zobaczył i nie oślepł od ekranu.

Dlatego się modliłem.

A jednak, głupio mi było szturmować Niebo w takiej sprawie. Dusza piekła mnie z powodu próśb, na których spełnieniu tylko ja korzystałem. Na przykład o uzdrowienie psa, o uwolnienie od szkoły przez dar choroby, lub właśnie o internet modliłem się goręcej, niż o pokój światowy czy deszcz dla Afryki. Czułem, że to nie tak, ale bardzo chciałem, by modem wypiszczał do końca swoją piosenkę i by otworzyło mi się to okno na świat.

Surfowanie po sieci zaczynałem więc z wyrzutami sumienia. By je uciszyć, postanowiłem znaleźć tam coś religijnego. Tak oto Internet okazał się zmyślną pułapką na duszę chłopca, a ja przeżyłem swoje pierwsze nawrócenie.

Jak to, to w końcu pułapka, czy nawrócenie?

Wyjaśnię.

Moim zwykłym celem w sieci była literatura. Wiersze, opowiadania, czasem nawet jakaś książka w formacie txt. Preferowałem science fiction, lecz nie gardziłem innym łupem, a żeby pokazać Panu Bogu, że nie przeznaczam czasu tylko na głupoty, szukałem także czegoś bardziej budującego.

Tak odkryłem bogaty świat objawień prywatnych.

Ku mojemu zdumieniu, okazał się bardziej wciągający niż wyprawy za orbitę Jowisza. Z przejęciem czytałem „Piaseczniki” nieznanego wtedy jeszcze Martina, ale to wizje Katarzyny Emmerich rodziły prawdziwe dreszcze.

Wiara, którą znałem jako uczucie ciepłe, ale bardzo spokojne, by nie powiedzieć senne, szumiała w tych objawieniach jak ogień.

Było ich mnóstwo i najczęściej szybko się ładowały. Czytałem tak uznane przez Kościół, jak i nieuznane, ale też niezabronione. Było w nich więcej odpowiedzi niż pytań, które mogłem zadać.

Jak wyglądał wąż w rajskim ogrodzie i dlaczego tak, jak łasica?
Co miał na czole św. Michał, gdy jechał z Faustyną pociągiem?
Co się dokładnie działo w Ogrójcu? Co diabeł, a co anioł pokazał tam Panu Jezusowi?
O czym opowiedział pewnej zakonnicy Bóg Ojciec?

Nie mieściło mi się w głowie, że tyle ciekawych rzeczy można dowiedzieć się o Bogu. Wczytywałem się w te wizje z pasją, z jaką kilka lat wcześniej kartkowałem „Dinozaury”.

Ale nie w wiedzy, ani nie w ciekawostkach tkwiła moc tych objawień, ale w wierze. Bywały źle napisane, bywały przesadzone i wątpliwe, obok tych naprawdę wartościowych. Ale wszystkie płonęły ogniem wiary i nic dziwnego, że mnie zapaliły.

Rzucały mi na duszę miły blask pewności. Lecz na swój sposób, były groźne. Stanowiły pułapkę.

Najpierw ambicja, by być jak oni – jak wizjonerki i mistycy, jak Pio, jak Franciszek i Katarzyna ze Sieny.

Potem to, co tak imponuje chłopcom – radykalizm. Tak, tak, nie, nie. Czerń i biel, bez cienia zrozumienia dla szarości.

Słowem, prócz gorliwości i modlitwy, gwarantowały mi ostry kryzys duchowy i na objawy nie musiałem długo czekać.

Ponieważ nie dorastałem do wizji, jaką znałem od wizjonerów, czułem niepokój. Wszystko to skumulowało się w kilka lat po internetowym nawróceniu. Chciałem pojechać na rekolekcje charyzmatyczne ze wspólnotą przyjaciela z klasy. Było to już w liceum i możecie sobie wyobrazić, że nie ucieszyłem się, gdy kumpel zdiagnozował, że jestem na to jeszcze niegotowy.

Cała pycha nastolatka zagotowała się we mnie i to w minutę.

Jak to bywa w takich razach z ludźmi niedoświadczonymi w rzeczach duchowych, gdy tylko pycha wyparowała, pozostała pustka, którą stopniowo pewność bycia odtrąconym przez Boga. Napełnił mnie smutek i mając kilknaście lat zastanawiałem się, jak zagospodaruję pozostały czas do śmierci i pewnego potępienia. Oczywiście, brzmi to śmiesznie i oczywiście, była w tym moja autorska głupota i niedojrzałe emocje, ale też była teologia prywatnych objawień, zwłaszcza tych gorszych, ale i tych lepszych i uznanych, lecz pochodzących od ludzi z innej kultury i o innej wrażliwości.Jakie by zresztą nie były, to przynajmniej jest pewne, że ich lektura utwierdzała mnie w beznadziei upadku.

Jak to jest w tym przysłowiu o zamknięciu drzwi i otwarciu okna?

Grunt, że dobry Bóg posła anioły.

Już nie przez sieć, a na żywo dwu jezuitów zajechało do mojej szkoły reklamować rekolekcje ignacjańskie. Bez nadziei na wyjście z duchowej nocy i z pewnym sceptycyzmem wobec dwu wyluzowanych zakonników, jednak się na nie zapisałem.

W drodze pierwszy i jedyny raz w życiu, w deszczowy wieczór widziałem na drodze ciało w czarnym worku obok strzaskanego auta i odczytałem to jako ostatnią pieczęć na mej chrześcijańskiej drodze.

Ignacy Loyola musiał się szeroko uśmiechać, gdy smutny czekałem na rozpoczęcie rekolekcji w kaplicy domu rekolekcyjnego w Garbowie. Ciekawiło go pewnie, co zrobię z jego regułami rozeznawania duchów, z medytacją, ze smakowaniem słowa i z całą koncepcją życia wewnętrznego. Jeśli liczył na to, że złapię bbacykla i że zacznie się dla mnie nowa era w duchowości, to się nie zawiódł, i ja też się nie zawiodłem.

Z następnych dni zapamiętałem, że były jasne i lekkie. Znów zaprzyjaźniłem się ze Światłem.

Nie to, że dziś odrzucam objawienia, wizje i proroctwa, w rodzaju „Dzienniczka”. Pozostają one częścią mojej drogi i mojego życia, ale, by użyć wyrażenia św. Pawła, już nie karmię się wyłącznie takim stymulującym uczucia mlekiem. Współczuję też ludziom, którzy za bardzo się nimi przyjmują.

Gdyby dziś przyszedł do mnie anioł z jakąś wizją, to byłbym szczerze rozczarowany, że nie będzie mi dane dłużej modlić się w ciszy.

2 Replies to “#tomniezmieniło. Objawienia na słabym połączeniu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.