rozważania

Przyłóż ucho do Biblii

Gdy skończyło się kazanie, a mnisi płakali i rwali szaty, jak to mieli w zwyczaju, gdy nagle ktoś przeraźliwie zagwizdał.

Uwłaczający powadze świątyni dźwięk dobywał się z tyłu, z niszy przy kolumnie ostatniej po lewej, gdzie wymalowany w czerwieni i złocie Rafał podawał zamyślonemu Tobiaszowi świętą rybę. Strach padł na mnichów, bo Abba gwizdał jak stary poganiacz wielbłądów i myśleli, że to kolejny napad i że ich klasztor raz jeszcze wróci do zupełnego ubóstwa. Gdy zobaczyli, że to gwiżdżą suche kości i płonące oczy odziane w habit, czyli stary abba Eliasz, przestraszyli się jeszcze mocniej. Że działa w nim duch proroczy i że był uczniem abby Ezechiela co Przenosił Góry, o tym cała pustynia wiedziała i mawiano, że tylko z pokory nie wskrzeszał i nie rozkazywał wodom Nilu płynąć do prosto nieba.

To, co potem nastąpiło, wyobrazi sobie każdy, kto widział, jak spada na stado wróbli sokół wędrowny.

Po czasie rozrzucania kamieni przyszedł jednak czas zbierania.

Miło się nam słuchało kaznodziei, myślały mnisze wróble i powtarzały na ucho, osądzaliśmy głosicieli i z ambony uczyniliśmy hipodrom, z rydwanami i końmi na wyścigi, a zamiast cesarza wieńce z purpury wręczał nam demon z ósmego piekła, z czterema gardzielami pychy.

Byliśmy jak gwiżdżace na wietrze posągi Memnona, mówili inni.

Starcy skrzeczeli, że dobrze wam tak, przekuł swym gwizdem abba Eliasz, godny swego imienia, waszą nowomodną pychę, wielbiciele białego chleba i koneserzy sera, co ścieżki kobiet ścinających trzciny znacie lepiej, niż psalm pięćdziesiąty! Wy nadęte baranie pęcherze, wy wzdęte kozy duchowe!

Wieczorem, w porze piątej modlitwy, trzy najodważniejsze, lub najmniej spokojne wróble stanęły przed jaskinią sokoła.

Prawo gościnności zwyciężyło nad gniewem abby Eliasza.

Zarówno obmycie rąk, jak i łamanie suchara obyło się, jak gdyby nigdy nic, jakby cały klasztor św. Nila nie oczekiwał na wynik tej rozmowy, jakby Eliasz nie zagwizdał ze swego miejsca przy archaniele, jakby ot tak, zwyczajnie, przed dniem targowym młodzi poszli do abby wyłącznie z troski o to, by między ludźmi świata nie zbrakło im oliwy mądrości.

Gdy skończyli śpiewać dwunasty psalm, siedli, a gospodarz wziął z rękę swą trzcinę. Każda mysz klasztorna aż po drugą kataraktę wiedziała, że abba Eliasz, uczeń elizeuszowy, daje w ten sposób znak, że wysłucha pytań.

Pierwszy odezwał się najstarszy mnich, Damazy.

W słowach wyliczonych niczym kamyki modlitewne potępił rozpasanie kaznodziejów i obłędną miłość do języka, co jest płomieniem rozpalającym krąg nieprawości i ogniem pochłaniającym słabych, bo nad paplaniną panować jest równie łatwo jak orać w bezksiężycową noc hipopotamem, a choć wszelkie pismo od Boga pochodzi i natchnione jest, to jednak mówi ono jasno, że litera zabija, a tylko Duch ożywia i to Ducha właśnie mnichom zabrakło. Tenże Duch przez abba Eliasza gwizdnął – chwała Trójcy Świętej! – na opamiętanie dla mnichów.

Damazy dotknął czołem ziemi i dodał, że wszyscy prawi mnisi przyjmują to pouczenie o pokorze, jaka winna zdobić głosicieli, by nie uwodzili znakami, jak Żydzi, ani Mądrością, jak Grecy, lecz kreślili każdym swym słowem życiodajny znak Krzyża.

Pod koniec kazanie Damazego stało się niespokojne i jak wąż wypełzło z niego błaganie, bo był on spośród tych, co lubili ambonę.

Prosił Eliasza, by ten swą powagą ocalił konieczną przecież posługę, bo czyż nie jest powiedziane, że dzieło rąk Jego ogłaszają niebiosa, a słowo ich rozchodzi aż po krańce świata? Bez tego, o Abba, nikt u nas nie ośmieli się już nic wygłosić, dodał Damazy, zanim Eliasz przestał kreślić linie na piasku.

Po chwili odchrząknął kierownik chóru, abba Kilian, a gospodarz zacisnął palce na rylcu.

Kierownik chóru oświadczył, ze kłania się nisko przed mądrością abby Damazego, ale upada na twarz przed abbą Eliaszem, a wobec dźwięków Bożej chwały pozwala ulecieć swej duszy na Wysokości.

Za kilkanaście stuleci ludzie powiedzą o takich: artysta.

Abba Killian mówił o muzyce stworzenia, co daje oddech zwojom.

Mumie nie śpiewają psalmów! W nas słowo ożywa, mówił, i w świecie!

Słuchamy, a nie słyszymy, mówił śpiewak,
jak Duch śpiewał nad szumami praoceanu,
jak Adam zaśmiał się ze szczęścia na widok Ewy
jak huczał Ogień, gdy przechodził między połówkami zwierząt,
jak lud cieszył się na pustyni, gdy słyszał trzepot przepiórek
jak grom trąb, grom murów i grom krzyku jednego dnia uderzyły nad Jerychem,
jak Gedeon zbił trzysta dzbanów, zadął w trzysta rogów i zgruchotał wszystkie zastępy Madianitów,
jak ryczał lew, gdy Dawid schylał się po kamień,
jak krzyczał kruk, co przynosił chleb Eliaszowi,
jak trzeszczały kości, na które zobaczył Ezechiel,
jak uderzył o mrok studni złamany kołowrót Koheleta,

bo Słuchamy Pisma, a go nie słyszymy,

a Dziewica słucha oddechu Słowa, ktore przy niej śpi,
a Pan zbija w warsztacie drewniane belki,
a tysiąc świń bębni racicami w zbocze,
a chrzęszczą palmowe liście pod kopytami osiołka,
a na Golgocie słychać przybijanie, głośniejsze od trąb na Syjonie,
a z hukiem anioł pokazuje świętą pustkę grobu,
a Paweł krzywi się, słysząc miedź brzęczącą i brzmiący cymbał, i myśli o miłości,
a ludzie śpiewają we żniwa bez słów, jak ptaki,
a nad wszystkim ten dźwięk Ducha, jakby uderzenie wiatru.

Odgłos niesłyszany od początku stworzenia!

Niech będą dźwięki Bogu, ogłaszał z mocą swe proroctwo abba Kilian, bowiem pełen był wiary, że Biblia zawiera się w świecie, a świat w Biblii, a dla obu starczy miejsca w Bogu, i jeszcze zostanie go dla licznego jak ziarnka ludu egipskiego i dla mnichów z pewnego błędnego klasztoru.

Wszystkim, a zwłaszcza tym, co słuchali z pewnej odległości od jaskini, wydawało się, że wobec takiej mocy słów abba Eliasz powie Kilianowi co najmniej niedaleko jesteś od Królestwa.

Ale serce abby nie chciało się ujawnić.

Teraz czas na pytanie Jana, tego młodzika, którego gorliwości bali się nie tylko diabli, ale nawet aniołowie. On zaś nic nie powiedział, kto jednak raz widział, jak ten młodzieniec się modlił, potrafił sobie wytłumaczyć owe milczenie

W nim wybrzmiało to, co Jan kochał. Tysiącusta cisza Objawienia.

Cisza oddzielenia światła od ciemności,
cisza manny opadającej na pustynię
cisza, gdy prorok wyszedł z groty po burzy i po trzęsieniu ziemi
cisza tego, o czym autor Pieśni wolał zamilczeć,
cisza, gdy odszedł od Niej Anioł,
cisza, gdy skończyło się Kazanie,
cisza, gdy Pan zwiesił głowę,
cisza, którą Piotr usłyszał w grobie.

Cisza na pół godziny w niebie, po tym, gdy na ziemię upadła złamana siódma pieczęć

Wszystkie cisze zmieściły się w milczeniu Jana i wydawało się, że pod jaskinię Eliasza przyszli go posłuchać nawet Ci, których nie widzimy, a którzy nigdy nie przestają śpiewać.

Powiedzieć, że Eliasz przerwał milczenie to skłamać. Przerywają je ludzie wszystkich czasów, my je codziennie przerywamy i odrzucamy za siebie.

On wziął je delikatnie w dłoń, jak nauczyciel glinianą tabliczkę.

Każdy co innego zrozumiał z jego przemowy, a tego, co pojęli aniołowie nie potrafię tu przytoczyć, powiem tylko, że w klasztorze św. Nila następnego dnia już w porze drugiej modlitwy każda mysz wiedziała, że Damazy, Kilian i Jan wyszli od Eliasza niosąc schowane pod habitami złote, świecące jak poranek słowo AMEN.

Czego myszy nie wiedziały było to, że AMEN pozwolił usłyszeć swej duszy także gospodarz, i gdy usłyszał, że mnisi poszli na krótki sen do swoich celi, wygrzebał z zakamarka suchy zwój i napełnił pustynną noc dźwiękiem Biblii, od którego złamią się trony, a narody zadrżą bezradne wobec huku i nawałnicy, co zrodzić się potrafi w ludzkiej duszy, dźwiękiem, od którego wielu padnie i bardzo wielu powstanie.

Tylko lampka wytrwale czuwała, gdy Eliasz skrzypiał swą trzciną na papirusie.

O, westchnij za jego duszę Ty, który czytasz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.