Hlond, czyli ultimatum Bożego Miłosierdzia

August Kardynał Hlond, prymas Polski, był wizjonerem. Widział to, o czym mówił, a mówił najczęściej o rzeczach, których nie można zobaczyć. Przyćmiony w dziejach narodu przez swych duchowych synów, Wyszyńskiego i Wojtyłę, zasługuje nie na banalną pamięć, lecz na zrozumienie.

Tutaj opowiem jak widzę tego prymasa czasów wojny jako kaznodzieję.

Nie będę pisał o tym, co mnie przerasta, jak sprawa jego stosunku do Żydów; zapewne wiele jeszcze o tym usłyszymy w dyskusjach wokół beatyfikacji.

Nie będę też oddawał Hlondowi czci jako patriocie ani roztrząsał, jak wspaniałym był pasterzem.

Nie będę też zajmował się nim jako politykiem.

Nie będzie o jego dobru, ani o mądrości, nawet nie o teologii, a tylko o pięknie.

Hlond był bowiem artystą, a spełniał się w dwu sztukach.

Powiem tu głównie o mniejszej z nich i tak się składa, najmniejszej ze sztuk w ogóle. Stoi ona w hierarchii artyzmu niżej nie tylko od muzyki, lecz także od nawlekania koralików i plecenia wianków, a imię jej: kaznodziejstwo, czyli głoszenie.

Czemu tak poniżam sztukę przemawiania?

Albowiem mówi Pismo, że przez głupstwo głoszenia słowa spodobało się Bogu zbawić wierzących i naprawdę, ktokolwiek wyciskał swe serce czy nawet rozum na ambonie, nie będzie z tym polemizował. To głupstwo, nic więcej. Każdy, kto mówi do rzeszy ludzkiej, z definicji robi z siebie widowisko dla aniołów, świata i ludzi. Stary Kaznodzieja (Kohelet), który załapał się na kanon biblijny swą przepiękną księgą gładzi brodę na znak potwierdzenia. Mówienie męczy, bo jest głupstwem, w dodatku, skoro z każdego słowa zostaniemy rozliczeni, głupstwem eschatologiczne ryzykownym.

U Hlonda niewiele było słów niepotrzebnych. Był mistrzem najmniejszej z ludzkich sztuk i dowiódł, że nawet w niej można być wielkim. A w sztuce pisarskiej, sensowniejszej i dostojniejszej, również radził sobie nieprzeciętnie i zostawił w niej swój ślad.

Jako kaznodzieję i jako pisarza stawiam go ponad Wojtyłą, i wyżej od Wyszyńskiego.

Wojtyła lepiej czuł moment homiletyczny i do końca go wyzyskiwał, co rozumie każdy, kto słyszał Go na Placu Zwycięstwa. Tak, był poetą, ale powstrzymywał się nieco, gdy przemawiał jako apostoł. Dowodem na to jest późne jego dzieło, Tryptyk Rzymski. Oto zbierało się w duszy Ojca Świętego w długie watykańskie wieczory natchnienie. Czy przelał je całe w kazania? Czy ośmielił się uwiecznić je w encyklikach? Nie, zbierał je oddzielnie i wydał jako tomik

Prymas Tysiąclecia natomiast, wielki Stefan Kardynał Wyszyński, był bardziej niż Hlond swojski, rodzinny, w pewnym sensie – materialny. Krzepił solidnością wywodu, był Sienkiewiczem ambony raczej, niż Słowackim; owszem, nie stronił od słowa bardziej lirycznego, a ilekroć piękno go zachwyciło, to się nim dzielił. Ale ostatecznie, czy to w homiliach, czy w zapiskach przypominał właśnie ojca, który rozpala piec, by ogrzać dom.

Hlonda zaś widzę jako anioła, który stoi nad światem z czarą pełną płomieni. Patrzy na Swego Pana, a Pan wie, że słudze nie zadrży ręka w kluczowym momencie.

Podkreślę, że chodzi mi jedynie o wyższość kaznodziejską i pisarską Hlonda. Co do teologii natomiast, to nie ma wątpliwości, że dwaj jego Następcy u steru polskiej duszy osiągnęli więcej.

Bo też styl Hlonda zobowiązywał go do prostoty, gdy jego fraza zaczynała swój bieg nie było szans, by zatrzymała się przeliczać szpilki na aniołów. Ale był to bieg rozkołysany myślą, którą ta fraza niosła, była to prostota nigdy mała czy uboga, nie taka od trzonka czy miarki, czy od głupiego człowieka, nie, to była prostota huczącego morza lub międzygwiezdnej przestrzeni, prostota wody, powierza, ziemi, a nade wszystko – ognia.

Myśli kołyszące jego frazę nie są zresztą, jak wspomniałem, liczne, ale liczy się to, że każda z nich przemyślana jest do końca.

To nadaje jego kazaniom siłę i rozmach. Wzmaga to jeszcze ważna cecha umysłu Hlonda. Kapłan ten mówił obrazami, bo obrazami myślał. Miał wyobraźnię wizualną o nieczęsto spotykanej żywości. Powiedzieć, że słowa miały dla niego kolory, to o niebo za mało. Raczej prawdą jest, że na każdy wyraz, jaki przychodził mu do głowy, padał od razu z góry snop światła zmiennego jak marcowy dzień. Nie była to ustalona barwa jak na dziecięcych klockach pomalowanych w litery, gdzie A jest zawsze zielone, natomiast B niezmiennie czerwone. U Hlonda słowa są obrazami, ale obrazami ruchomymi. Nie barwionego drewna są, lecz z życia i ze światła.

Weźmy takie jego wyrażenie: apokaliptyczny film św. Jana utrwala się jako dramatyczna rzeczywistość. Kto dziś u nas ma odwagę, by tak nowocześnie mówić i przy tym nie popaść w śmieszność? Ale to też sugeruje, jeśli chwilę nad tym podumać, że Hlond sam siebie rozumiał, że był artystą pewnym swych narzędzi, a nazywając Jana reżyserem kłania mu się, jak wizjoner wizjonerowi.

To, że ów jaskrawy wybuch wyobraźni był owocem miłości zawiadowcy i gospodyni domowej, daje do myślenia. Założę się, że zdażyło się panu Janowi, gdy przestawiał zwrotnice, puszczając pociąg pełen węgla, pomyśleć o Bogu przestawiającym zwrotnice dziejów, puszczając Polskę pełną wolności. Zdarzyło się też  pewno pani Marii Hlond z Imielów, gdy gotowała kluski, spojrzeć na płomień pod garem i wspomnieć na Ogień, co przepala duszę. W przypadku tej statecznej pary spod Mysłowic nie trzeba przedzierać się przez grubą skorupę, by przekonać się o temperaturze lawy. Paulina, młodsza siostra Augusta wspomina, że matka ich nie znosiła próżniactwa i przypominała gromadce swych dzieci o nieuchronnym sądzie Bożym, i rozliczeniu z każdej straconej minuty. Co do późniejszego prymasa, to nie powiedział chyba kazania bez wzmianki o tym Sądzie. Albo taki szczegół: w ogródku Hlondów stała figurka Matki Boskiej i co noc ojciec zapalał pod nią lampkę. Co to jest, jeśli nie mistyka w widzialnych znakach? Przy czym, raz jeszcze podkreślę, oboje Państwo Hlondowie byli ludźmi surowymi. Ośmieliłbym się rzec, że to także u prymasa słychać. Wdał się w nich i by twardym człowiekiem, i chyba padli jego dobrzy rodzice ofiarą tej właśnie czci dla obowiązku, którą sami mu wpoili. Płakali, jak wspomina siostra, że syn kapłan ich zaniedbuje i nie odwiedza. Ale pomyślmy tylko o pani Marii, o tej katoliczce zmęczonej śląską harówką, która wydała na świat dwunastkę dzieci, jak otwiera kopertę i czyta:

Droga Mamo!
Ojciec św. raczył mnie w łaskawości swojej zamianować Kardynałem św. Rzymskiego Kościoła. W głębokim wzruszeniu zwracam się w tej chwili sercem i myślą ku Tobie…

Dalej, całkiem trzeźwo, pisze Hlond, że to tak, jakby wyniósł papież do godności kardynalskiej cały ich dom śląski. Ale zbytnio odbiegam tu od tematu.

Hlond nie tylko zderzył się wcześnie w życiu nie z mistyką Kościoła, ale musiał też mieć styczność z mistyką polskiej literatury romantycznej. Nie spotkałem u niego wielu cytatów z Mickiewicza, czy z innych wieszczów, ale swoją mową, swoim pisarstwem, czynił on im komplement większy niż cytat. Wciąż myślał tak jak oni i patrzył na to, co oni śledzili – stąd moc u niego ducha, zmagania, zbawienia, walki, wskrzeszenia, zwycięstwa, narodu, duszy i raz jeszcze ducha, Królestwa Bożego i Polski.

Hlond czasem – co trzeba mu wybaczyć, był w końcu kaznodzieją – moralizował i namawiał twarde serca do dobrego, co zwykle nie służy sztuce i co zawsze przypomina nieco szlachetny trud zaganiania gęsi. Ale to moralizatorstwo nie zabija jego tekstów. Nie zabijało  też dusz słuchaczy, bo ponad słowa o powinnościach wznosiło się nieziemsko wręcz optymistyczne proroctwo dla ojczyzny i świata. Hlond widział zbawienie i nawet, jeśli ktoś nie miał takiej, jak on wyobraźni, i nie widział tej wielkiej walki w tak gwałtownych przemianach światła, to jednak nie mógł mieć wątpliwości, że ten, który przemawia, patrzy na to własną duszą.

By uczynić aluzję do tego grzechu polskich ambon, jaką jest kościelna nowomowa – Hlond nie ubogacał nikogo słowem. Raczej wybuchał, oświetlał, ukazywał, prześwietlał, kładł przed oczy prawdę, uwielbiał, smakował słowo, ratował z odmętów i wskrzeszał bez wysiłku wytarte frazy, On ze spokojem i pewnością wysadzał w powietrze i uczył polszczyznę latać, i podpalał kosmos, żeby się od niego dusze zajęły.

Jego przepowiadanie, powiedzmy to raz jeszcze, jest obrazowe jak Apokalipsa. Taki język rozbraja wszelką z nim polemikę. Jak słusznie zauważył Zygmunt Kubiak, gdy Jan widzi, że gwiazdy upadają z nieba niczym dojrzałe owoce z figowca, co możesz na to powiedzieć? Że nie widzi? Obraz jest zbyt konkretny, zbyt krwisty, bo to założyć. Tak jest też u Hlonda.

Te błyski, o których tu piszę nie sprzeciwiają się temu, że najczęściej fraza Hlonda płynie i kołysze się po ludowemu, co czasem trochę nuży i byłoby oznaką napuszenia, gdyby nie te błyskawice.

Jakie? Popatrzcie:

Czerpiąc niepokonane energie z bogactwa darów złożonych w duszy polskiej, dowiedliście wśród lawiny ognia i walących się gmachów, że Warszawę tylko sercem zdobyć można.

Nie pokona tej stolicy gwałt. Ona roztwiera się jedynie sercu, które się bez zdrady do niej przytuli i zdatne jest odczuć godność jej dumy.

Ludy nie ożywione Królestwem Bożym zamieniają się w trupy.

Tak w 1946 o dziele odbudowy Stolicy. A tak w radiowym przemówieniu wigilijnym:

Bo o żłóbek Chrystusowy toczy się spór, wielki spór o jego treść, dziejowy spór o bóstwo i prawa tej Dzieciny. Ludy spętane kłamstwem, trwogą dławione, męczące się na dnie duchowej niedoli zatracają widnokręgi objawienia i w żłóbku widzą już tylko zjawy i symbole. Ducha Polski atoli nie omglił ani ból, ani czad fałszu, ani opętanie doczesnością. Dziś więcej aniżeli kiedykolwiek dla Polski żłóbek to świt, a to Dziecię to wódz, a Chrystus to Król, to Bóg, to droga i zbawienie.

Widnokręgi objawienia, czad fałszu, opętanie doczesnością, żłóbek to świt, a Dziecię to wódz, a Chrystus to Król, to Bóg! Słyszycie, jak jedzie w tym zdaniu pociąg? Jedzie z węglem wolności, złotym jak poranek, z polskiego Śląska, by ogrzać serca ludów Ziemi!

Albo to: By naród mocami bożymi uzdolnił się do pochodu ku przeznaczonej mu wielkości i na usługi pokoleń oddał bogate praenergie swej duszy. 

Bogate praenergie duszy! To prawie Wielka Lechia i turbosłowianizm, tylko bez głupoty.

A tutaj słychać jak echo rodziców:

W odniesieniu do dzisiejszej chwili La Salette brzmi jak ultimatum miłosierdzia Bożego, rozlega się po globie niby alarmujące echo groźby Zbawicielowej: Jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy zginiecie.

Ultimatum miłosierdzia Bożego! Ultimatum!

Może już niedługo, a Bóg upomni się o swe nieprzedawnione prawa. Druzgocącym uderzeniem osadzi rozszalałe siły piekielne. 

To przecież scena z filmu z niezaczętego jeszcze gatunku filmowych apokalips. Widać, jak diabły na ogonach siadają!

To kaznodzieja, który nie bierze jeńców:

Wielkanocne alleluja grzmi w kościołach jak triumfalne wezwanie Królestwa Bożego, jako zawołanie tych mocy duchowych, które z Chrystusem wyszły z grobu ujarzmienia na święty i bezkrwawy podbój dziejów.

Tak, Hlond nie rozumiałby naszego obecnego mówienia o Polsce jako o fortecy, w którą uderzają wraże siły. On nie uznawał walki zza murów, ze swą retoryczną armią był zawsze w polu, zawsze sposobił się do szarży :

Nadzieje wielkanocne nie popadną w zaginienie. Jest rzeczą oczywistą, że po ciemnej jutrzni nastąpi otwarcie grobu i rezurekcja. Z bezdroży grzechów pokolenia wracają do ośrodka dziejów, którym jest Chrystus. Idea chrześcijańskiej odnowy świata nie zamrze. Zło nie jest ani nieskończone ani wszechmocne. Nie ostoi się tajemnica bezbożności, choćby w uroki bożyszcza zaklęta. W jakiś poranek wielkanocny anioł dziejów odwali kamień z każdego grobu, w którym złożono do wiecznego snu żywego ducha ludów.

Ten Bożyszcz. Mówię tu o kaznodziei, trzeba powiedzieć, że, nie dotykając nawet oczywistej kwestii przesłania, Hlond przerastał na ambonie rzeszę bałwanków, miernych malarzy, niewyświęconych kleryków, którzy mamili tłumy cały przeszły wiek. On zaś nie był przesadzony, a chciał być zrozumiany. Wiedział, że jeśli chce mieć w słowach błyskawice, potrzebuje zdań sunących z napiętym spokojem, jak burzowa chmura.

Czasem zdaje się wręcz przesadzony, jakby wizja nie chciała się skończyć:

W spopielonych świątyniach gasną ciemno jutrzenne świece pokutnych psalmów.

W wiernych sercach zapalamy zwycięskiemu Królowi pokoju i braterstwa wonny paschał naszych ślubów i niezawodnych nadziei.

Albo jeszcze o Warszawie:  Iżby od niej, jako od dziejowej piastunki władzy, wiały na kraj twórcze tajemnice Boże, które męczeńskim sercem chłonęła, gdy wśród pożogi kontynentów dogorywała w purpurowej chwale własnej ofiary.

Pewnie jest to wbrew dzisiejszym gustom i dla wielu niestrawne. Ktoś powie patos i powie słusznie. Ale zapytam – czy to źle? Ten człowiek miał wizję i potrafił dać jej głos. Nie udawał nikogo i do nikogo się nie łasił. Niewielu dziś takich. Spośród biskupów, których słyszałem jeden Życiński miał równie własny głos i styl, choć, rzecz jasna, jego przepowiadanie i proza to oddzielna historia. Pewnie ją kiedyś opowiem, bo jestem mu to winien jako pierwszemu swojemu biskupowi, ale to już inny temat.

Ten tekst też nie miał być laurką dla Hlonda, i, mam spokojną ufność, niczego mi nie przyniesie. Chciałem po prostu sam sobie pokazać tego księdza. Zobaczyć, jakim był kaznodzieją, jak broni się słowo jego spisane i jeśli nawet poniosłem na tym polu klęskę, to myślę, że obroni się on spokojnie własnymi tekstami.

Wracając na koniec na ziemię.

Ostatnio byłem świadkiem, jak do pewnego księdza, który umiejętnie zamachał na kazaniu rękami podeszła po Mszy kobieta, proponując, by założył kanał na youtubie, jak ojciec Szostak. Nie oglądam Szostaka, i dumałem chwilę, czy bym tego księdza machającego chciał zobaczyć, i przyznam, że nie wiem.

Natomiast, gdyby pojawił się nowy film na kanale Augusta Hlonda, to przerwałbym nawet pilne dzieło badania pism KEP.

6 thoughts on “Hlond, czyli ultimatum Bożego Miłosierdzia

  1. Dawno nie przeczytałam tak żarliwego tekstu, uwierzyłam, że Hlond był wizjonerem, bo widział to o czym mówił. To bardzo piękne określenie wiarygodności kaznodzieji.
    Dziekuję.
    ds

  2. Na marginesie(?) głównego nurtu tekstu:

    Bardzo chętnie przeczytałabym coś zatytułowanego „Szlachetny trud zaganiania gęsi”.
    Z akcentem na szlachetny.
    Bez mieszaniny efektów pirotechnicznych i psychologii podwórkowej.
    Chyba to zapomniana sztuka. Może dlatego, że współczesnych gęsi, z masowych hodowli, nie ma gdzie zaganiać… A nawet więcej – nie da się zaganiać stworzeń, które nie mają możliwości rozbiegnięcia się.
    I… nie żartuję. Naprawdę by mi dobrze zrobiło trochę wiedzy w tej dziedzinie.
    Nie takiej dla pasterzy stad pasących się u podnóża Alp… na fioletowych opakowaniach czekolady. Takiej dla Sierotki Marysi, mającej do pomocy głównie Krasnoludków.

    1. Dzięki za komentarz! Jak znajdziesz takie coś, to podeślij link. Gdybym ja się za to zabrał, byłaby pirotechnika i podwórko, nie ma co ukrywać. Pozdrawiam krasnoludków;)

  3. A jak wygląda odpowiedzialność kard.Hlonda za wybuch II WŚ w świetle objawień sł.b.Rozalii Celakówny?
    Zdaje się, że to ona usłyszała od Pana Jezusa, że jeśli ‚episkopat z rządem’ ogłoszą Jezusa Królem Polski, to do wojny nie dojdzie, ale ‚episkopat z rządem’ raczyły się nie ustosunkować (by nie napisać inaczej)…
    Ile w tym było udziału kard.Hlonda?

    1. Najkrócej mogę odpowiedzieć, że nie wiem, jaki miał stosunek Hlond do objawień Celakówny. Domyślam się, że taki, jaki mógł mieć ktoś o teologicznym wykształceniu, tj. podchodził z dystansem należnym wszelkim objawieniom prywatnym. Sama mechanika, przedstawiona w Twoim wpisie, że jeśli dokona się ogłoszenie Pana Jezusa Królem, to do wojny nie dojdzie, jest naiwna. Nie wiem, czy służebnica Boża tak stawiała tę sprawę. Na pewno w objawieniach Serca Bożego Marii Małgorzaty Alacoque było o tym, że brak propagowania tego kultu we Francji będzie miało zgubne konsekwencje. Było to sporo lat przed rewolucją i rzeczywiście, można sobie wyobrazić, że propagowanie pobożności kładącej nacisk na osobistą przyjaźń ze Zbawicielem mogłoby mieć wpływ na wielu ludzi i w konsekwencji na całe społeczeństwo, więc do rewolucji by nie doszło. Widać tu odpowiedzialność i wolność pojedynczego człowieka, a to od nich ostatecznie zależy, co się na świecie dzieje. Natomiast trudno mi to zobaczyć w takim postawieniu sprawy, że ogłoszenie Chrystusa Królem zapobiega wojnie. To tak nie działa i nawet, jeśli wizjoner tak stawia sprawę, to nie można powiedzieć, że jest to oficjalne stanowisko Trójcy Świętej. Mówił o tym kiedyś mądrze Ratzinger w kontekście Fatimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.