Czytaj Biblię, idź

To jest w tobie, choć wygląda jak żyjątko zaskoczone przez łódź podwodną.

Kanały, odnogi, rurki zakręcone jak dom winniczka, woreczki pełne kryształów.
Każdy szczegół tej anatomii ochrzcili pięknie artyści od leczenia ciała.

osseous labyrinth, błędnik,
crus ampullaris, odnoga bańkowa.

Z łatwością by się ukryły ich nazwy w łacińskiej litanii, gdzieś między turris davidica, a rosa mystica.

Canales semicirculares, orare pro nobis!
Kanały półkoliste, módlcie się za nami!

W takim wezwaniu jest trochę przesady, ale tylko trochę, bo bez canales nie byłoby mowy o klękaniu, ani chodzeniu do kościoła.

Osseus, crus, canales i jeszcze inne dziwy wspólnie rodzą ten zmysł ważki a ukryty. Dzieci kojarzą go najpóźniej, długo po tym, jak nauczy je chodzić. To narząd dyskretny jak dyplomacja Watykanu, i skuteczny jak ona, przynajmniej ta ze starych, dobrych czasów.

Rezyduje w stolicy ciała, po obu stronach głowy,  jak cheruby nachylone nad przebłagalnią na skrzyni z cedrowego drewna. Nieśli ją poważni, brodaci mężowie, z uwagą stawiając kroki, nieświadomi tego, że niosą ją ku zdumiewającemu objawieniu, że nie tylko oni sami, lecz nawet Filistyni rozbici obozem naprzeciwko są nieskończenie cenniejsi od tej bezcennej arki.

Zmysł równowagi jest jak dwie kolumny, na których wsparto swiatynię modlitwy, to on czuwał nad Panem Bogiem, gdy Ten po świecie chodził, gdy wspinał się na sykomory wokół Nazaretu, gdy biegł, jak go Matka zawołała, i potem gdy na jeziorze szukał struchlałych na łódce swych owieczek, i jeszcze później, gdy balansował belką nad żwirem Jerozolimy, a także wtedy, gdy prostował się nad kamiennym łożem po Swej Najdalszej Podróży.

Chodzenie to Boża sprawa.

Błogosławieni, którzy kroczą uważnie przez zgiełki i pośpiechy.

Oraz stoją uważnie.

Sutanna na mnie jeszcze świeża jak majowy bez, w głowie szumi teologia. Kartkuję grubego Orygenesa w księgarni Emaus. Kto by się tam spodziewał wojskowego na emeryturze? A jednak! Cóż, pewnie szukał czegoś na Komunię, ale znalazł mnie, źle stojącego kleryka. Niczego was w tym w seminarium nie uczą, nawet stać, chodzić też nie umiecie, rozpoczął swe nauczanie, a zanim machnął ręką, stwierdził jeszcze, że to niepowetowana szkoda, że się kleryków już nie koszaruje. Popatrzyłem wtedy na niego jak czytelnik Frondy na żywe dziedzictwo PRL. Ale dziś już nie pamiętam, o czym czytałem w książce, za to pytanie intryguje i wraca – jak stoję?

Co przedstawia to moje stanie?

To pytanie nabiera wagi przed ołtarzem.

Tam zadaje je już nie wojskowy, a psalm 43. Introibo ad altare Dei, przystąpię do ołtarza Bożego, przez kilkanaście wieków mówili sobie mężczyźni na moment przez ofiarą, której oddali dusze i ciała, i starali się nie tylko podejść, lecz właśnie przystąpić, wejść po trzech stopniach ku Bogu.

W modlitwie Bóg i człowiek są jak tancerze, w stanie dynamicznej równowagi.

Widać to w każdym jednym ze stu pięćdziesięciu psalmów. Psalmy to największa poezja na swiecie, bo jest w niej ruch. jest w nich równowaga, ale pełna napięcia

Pan psalmów idzie, kroczy, wywodzi, prowadzi, podnosi, dźwiga co dzień, wkłada koronę, dosiada cheruba, wstępuje na rydwan, uwalnia z sidła, ukazuje drogę, uczy chodzić ścieżkami, ocala, dźwiga spod bram śmierci i świat tak utwierdził, że panuje równowaga. Uśmiałby się psalmista z naszej maleńkiej kulki lecącej przez czerń na linach grawitacji, że tak pędzi to Boże utwierdzenie!

Nawet gdy Pan w psalmach tylko stoi, to nigdy z założonymi rękami.

Jego ruchliwości w każdym wersie próbuje dorównać modlitwa człowieka, jak w przypadku pięciolatków ganiających się wokół stołu, pytanie kto kogo goni staje się filozoficzną zagadką, na którą uśmiech jest najściślejszą odpowiedzią.

Człowiek psalmów, ten niemodlący, bardzo wiele rozrabia. Potrząsa głową, drży, krąży, śledzi, poluje, obchodzi, miesza się i ucieka, chwieje się i pada, choć sam do siebie się modlił, mówiąc „nie zachwieję się w najdalszych pokoleniach”. Bo ci, którzy czyhają i polują na siostrę i brata, dopadną jedynie własny upadek.

Człowiek psalmów, ten modlący, on w końcu powstaje, jak jego Bóg. Gdy psalm wniknie w jego serce, staje się stabilniejszy od gór.

Przypomina mi się ulubiony werset. Dziś tylu biega do muzyki, ja od dziecka biegałem do trzydziestego czwartego wersetu osiemnastego Psalmu:

Pan dał moim nogom rączość łani i umieścił mnie na wzgórzach.

Tu znów Pan zesłał emerytowanego wojskowego w roli katalizatora reakcji między moim ciałem, a Słowem Bożym.

Zdarzył się ten cud na smutnych skądinąd koloniach z Caritasem, w ośrodku, gdzie rządził stary komandos. Gonił nas po lasach i wzgórzach i dwunogi ośmioletnie jęczły i umierały po prostu, a on przykładał sobie palec do głowy z determinacją, jakby to była lufa i jakby sam siebie wziął na zakładnika i wykrzykiwał, że to tylko w twojej głowie jest ta blokada, możecie przebiec całe te góry! Całe! Ten chudy i bojący się chłopiec, jakim byłem, uwierzył jakoś w ten coaching i skojarzył to z rączością i umieszczeniem na wzgórzach i w sekrecie przed wszystkimi, także przed gitarowym księdzem, modliłem się, biegając. Zmęczenie zachwiało się jakoś i upadło, a ja przebiegłem jeden dzień i następny i nie miałem dość.

Pamiętam ten smak w duszy, przekonanie dziecięco naiwne, że nie ma zła, przed którym nie można uciec. Obława, Tyranozaur, kosmici, diabeł, czy śmierć? Pan dał rączość, umieścił mnie na wzgórzach!

Cudowne było to bieganie! Swojemu dziecku nigdy bym na to nie pozwolił, bo za stromo, za wąsko, bo kamienie i korzenie, i krzyczałbym jako opiekun – wolniej! Cóż, gdy kroki moje trafiały pomyślnie, a stopy były tak szczęśliwe!

Nie tylko, że Dobra Nowina jest życiem, ale i życie bywa czasem Dobrą Nowiną.

W psalmie przystąpienia do ołtarza jest wers ad Deum, qui laetificat iuventutem meam. Do Boga, który rozwesela moją młodość. Czas, gdy serce i wnętrze człowieka nie było zupełnie podobne do przepaści, gdy w duszy nie trzeba było nosić bezgwiezdnej nocy. Ale cóż to jest, młodość?

Nadejdą dni, w których nie będziesz miał upodobania i mogą nadejść jeszcze wiosną.

Gdy będę przechodził mrocznym korytarzem, uciekał niskim kanałem, przechodził ciemną doliną, gdy własna dusza będzie uwierać i źle ją będzie nosić.

Weźmy Dawida w jego najgorszy dzień.

Król od psalmów, który cieszył Pana swą harfą, chodzi po pustej izbie. Czeka na posłańców, którzy oznajmią mu jego klęskę, albo jego klęskę. Po jednej stronie są wojska króla Jerozolimy, po drugiej wojska buntownika, Absaloma, który jednocześnie jest jego synkiem. Po wszystkim król ogarnie się i stojąc na wieży, pokaże się powracającym zastępom, bez kropli życia w twarzy. Dwadzieścia osiem pokoleń później jego Następca streści nam owo chodzenie w bólu, to szukanie równowagi nad przepaścią.

Jego Znak, z dwoma rozpostartymi ramionami, ma w sobie coś z wagi.

Coś z odnalezienia na dnie zimnego oceanu przez niespodziewane Światło.

2 thoughts on “Czytaj Biblię, idź

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.