Płomień w katedrze [2]

Czy to był znak? Pewnie!

Znak tego, że kot Pietruszka, którego drapię za uszami w zastępstwie mojej Świętej Pamięci Babci, odejdzie pewnego dnia między swoich przodków, wydając wesołą ucztę dla robaczków, a ten pewien dzień może być długo po moim własnym pewnym dniu, jedynym zresztą pewnym. Znak tego, że upadnie w proch dom rodzinny, że zmieni bieg rzeka, z tysiąc razy, a nawet niewinne przypomnienie, że nawet słońcu w końcu nie stanie nuklearnego paliwa.

Jak śpiewał mistrz Schmaletz, „zasada entropii, na tym polega ta zasada…”

Czy to Pan  Bóg?

Nie, ale nie do końca nie. Bo kto taki świat stworzył?

Wszystko można o nim rzec, ale nie to, by był nudny.

Panie Boże, jak ja kocham gotyk! Odkąd zorientowałem się, że podobna architektura istnieje, gdy miałem siedem lat i z otwartą buzią kartkowałem komiks „Hugo” Bernarda Dumonta.

Potem „Kamień z katedry”, w którym Herbert tak uroczo sparafrazował mi pewnego francuskiego autora. Przeczytałem trzy razy w jedne wakacje.

Gdy przekroczyłem portal katedry w Lyonie, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, chciałem mieć jeszcze z kilka dodatkowych zmysłów, by w całości ją wchłonąć. A jeszcze by ta cała cisza została!

Nie powiem, bym był zupełnie wiernym trubadurem tej gotyckiej panny nad pannami, przytulałem się także do romańskich kolumn i śpiewałem w wydrążonych kaplicach Armenii. Parę całusów posłałem barokowym, sarmackim aniołom.

Ale jednak gotyk.

Pamiętam, jak pochłaniałem zdanie Chestertona, że gotyk to styl bojowy, to chrześcijaństwo zaraz po udanym podboju wszechświata.

Dwanaście razy, z pietyzmem, namalowałem labirynt z posadzki katedry w Chartres.

Natomiast wczoraj spłonęła katedra Notre Dame, a mi ciekły łzy, ale nie smutku, nawet nie wzruszenia z Ave śpiewanego na ulicach.

Płakałem sobie z radości i wdzięczności.

Chyba wrodzona przekora kazała mi się cieszyć, że takie miejsce istniało, zamiast lamentować, że już go nie ma. Chwała Panu za te wszystkie lata, za te śpiewy, msze

! Swoje przeobrażenie w ogniu świątynia odbyła w wielkim stylu, odrywając nas na chwilę całe ludzkie stado od rutyny przeżuwania.

Dziwi mnie i zawstydza ta radość w obliczu takiej katastrofy. Z prozaicznych rzeczy to cieszę się, że teraz sprawdzą w całej Francji alarmy przeciwpożarowe. Mam ochotę przed upadkiem mojej osobistej dwunożnej katedry zobaczyć, jak w Matki Bożej Zielnej słonko spaceruje w południe po labiryncie w Chartres i troska o istniejące jeszcze cuda gotyku czyni to bardziej prawdopodobnym.

Na koniec dwie jeszcze myśli: Pan Jezus przewidział katedry, zupełnie po prorocku. Powiedział bowiem: kamienie wołać będą!

Potem: cała ta sprawa pokazała, że oni byli młodzi, a my jesteśmy starzy. Oni, to znaczy ludzie z czasów katedr. Gdy im walił się kościół, w naturalnym rytmie zmieniali go na inny i mieli ambicję wznieść większy, lepszy, wspanialszy, pozostający w większej harmonii z Bogiem, człowiekiem, kosmosem. My jesteśmy inni, skromniejsi metafizycznie. Gdyby duch średniowiecznego paryskiego magistratu wstąpił w Macrona i gdyby zapowiedział on, że odnowimy Notre Dame i będzie jeszcze wspanialsza, niż wcześniej, mógłby się żegnać i to nie tylko z posadą.

Nasz dogmat brzmi: będziemy się starać, by była dokładnie taka, jak wcześniej.

Oni, młodzi sprzed wieków, byli rozumniejsi, wiedzieli, że odtworzenie jest niemożliwe i sztuczne. Pewnie z zachwyceniem wyczarowaliby nowe sklepienie z samych witraży, naszą technologię wykorzystaliby do granic własnej genialnej wyobraźni.

Co ja mówię – ich dynamizm, ich wiara, ich jedność, gdyby dać jej nasze technologie, stawiałaby, jeśli można tak powiedzieć, katedry większe od Francji orbitujące w atmosferze Jowisza, zawstydzając w rzeczywistości nasze najodważniejsze nasze animacje i filmy.

Czy to źle, że jesteśmy inni?

Nie, ale w głowie się miło kręci, gdy pomyśleć, jak wszystko się zmienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.