Teologia rudych małp

Gdy nasz dumny naród wręczał Matce Europie bukiet swoich polityków w wyborczej urnie, ja odpoczywałem po Białym Tygodniu. Zapowiadało się miłe popołudnie z „listami episkopatu 1945-2000” wydawnictwa Michalineum, ale w połowie drugiego tomu mój anioł stróż przestraszył się, że całkiem wsiąknę w teologię i polecił mi przez dziesięć minut oglądać filmy w internecie.

Zły na przerwanie lektury, kliknąłem pierwszy z brzegu link i od razu odkryłem żyłę złota!

Złota rudego, żywego, genetycznie w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach zgodnego z człowiekiem. Pozostałe trzy procent zaś już po kwadransie zaczęły budzić we mnie zazdrość.

Orangutany!

Gdy później chciałem wrócić do listów pasterskich, nie potrafiłem znaleźć strony, za to, ilekroć przymykałem oczy, widziałem ryże maluchy wiezione na taczce do lasu, do szkoły, w której dobrzy ludzie oddają się swojej odwiecznej pracy — naprawianiu, podnoszeniu, wspieraniu i łataniu po ludziach złych.

Patrząc na lekarzy i nauczycieli przygotowujących małpich malców do bycia dobrymi obywatelami puszczy, uświadomiłem sobie, że jestem zwolennikiem Orangutanów.

Ze wszystkich wielkich małp cenię je najwyżej.

Nie chcę być źle zrozumiany — szanuję wszystkie gałązki drzewa życia, lecz orangutany się wybijają. Dlaczego? Weźmy szympansy. Kiedy mają gorszy dzień, ich grupa zachowuje się jak uczestnicy starć z policją. Zwłaszcza młode samce potrafią bujać się po lesie w stylu ludzi, którzy znaczą swój teren na osiedlu disco puszczanym ze starego opla o trzeciej nad ranem.

Z kolei ich krewniacy, szympansy bonobo, to hippisi, czyli nie tylko pacyfizm, ale i relatywizm moralny, co budzi moją rezerwę.

Z kolei goryle, przy całej chwale mglistego poranku w masywie Wirunga, wyglądają jak rodzina wielodzietna, której tak spodobało się na grzybach, że zamieszkała w lesie, a której srebrnogrzbiety tata, choć poczciwy, to nie zapomina, do czego służy pasek, a przy tym waży ćwierć tony.

Otóż Orangutany to jedyne wielkie małpy, którym nie przydarzają się walki uliczne, piramidy finansowe, mordy i dzieciobójstwa.

Gibbony, choć także łagodne i do tego wierne w związkach do śmierci, są poza tym najwybitniejszymi sportowcami wśród naczelnych i żywię do nich dystans jak do wszelkich wyczynowców.

Wiem, że pominąłem jeden gatunek, lecz z nim zbyt dużo mnie łączy, bym obiektywnie ocenił.

Wszystko wyżej to są uogólnienia, a nawet uprzedzenia. Przepraszam skrzywdzone nimi szympansy, bonobo, goryle i dumne plemię gibbonów, skaczące dalej, niż jestem w stanie pokropić, nawet gdy kropidło mi wypadnie i całą nawę przeleci.

Fakt jednak pozostaje. Orangutany są wolne od powyższych wad.

Na przykład, gdy gibbony przelatują nad głową leśnego człowieka, on spokojnie je swoją owocową sałatkę i, jak sądzę, myśli sobie to samo, co ja, gdy na leśnej ścieżce widzę dzieciaka na komunijnym quadzie. Ani ja, ani orang, nie przepadamy za zbędnym ruchem i zbędnym hałasem. Co więcej, orangutany to indywidualiści i filozofowie, czego im zazdroszczę. Nie narzucają się ze swoją obecnością. Nie są dzikusami, gdy spotkają się na leśnych ścieżkach, zachowują się grzecznie i z szacunkiem, niemal nie spotyka się wśród nich przemocy poza niezbędną samoobroną, ale też nie są natrętne i nie przedłużają nad miarę rozmów o pogodzie czy polityce. Są troskliwymi matkami i znośnymi ojcami. Dbają o higienę i lekki styl. Pan Bóg nie musiał im przypominać, by troszczyły się o tu i teraz, wiedzą same z siebie, że dość ma dzień dzisiejszy swojej biedy. Pierwszym, co uderza obserwatora tych stworzeń, jest ich pogodna koncentracja na tym, co robią. Jeśli już gromadzą się z jakiegoś powodu w większej liczbie, nigdy nie wygląda to na wiec lub dożynki, raczej przyjacielskie garden-party.

Rozpatrzmy orangutana jako sąsiada. Jeśli jest to pani, to wystarczy, że raz zamruga i pokaże swojego dzieciaka, by odebrać wszelką ochotę na sąsiedzkie dochodzenia, z jakiego powodu wychowuje go sama. Jeśli  zaś pan, to mamy gościa skłonnego do zadumy, grzecznego, dyskretnego, z wyrazistą twarzą, dbałego o higienę, zainteresowanego rękodziełem i zdolnego przeprowadzić w pamięci skomplikowane działania arytmetyczne i przekuć je w kilka minut w praktyczną inżynierię uroczego domku na drzewie.

Jedynym minusem jest to, że sąsiad taki kilka razy dziennie informuje z drzewa, że jest zainteresowany towarzysko okolicznymi paniami, ale każdy ma jakieś dziwactwa, a to jest mniej więcej takim, którego można się spodziewać po starym kawalerze.

Z plusów trzeba dodać, że nie zadymi przypalonym boczkiem w majowe popołudnie.

Powodem, dla którego leśny człowiek mógłby jednak wzbudzić u nas negatywne emocje są jego piękne, płowo-złote włosy.

O tym, że rudzi mają u nas czasem pod górkę, dowiedziałem się dopiero w seminarium. Było to jeszcze za śp. JE Józefa Życińskiego, gdy sporą wagę przykładano do oswajania kandydatów na księży z teorią ewolucji. Pewien wykładowca puścił nam film o australopitekach na safari w Afryce. Sala była ciepła i duszna, i niewątpliwie byśmy spali, bądź odmawiali po kryjomu nowenny, gdyby nie fakt, że jeden z kudłatych bohaterów miał dokładnie ten sam uroczy kolor owłosienia, co wykładowca. Długo potem wspomnienie wspólnego oglądania rodzinnych albumów budziło huragany śmiechu.

Ja jednak uważam za bzdury wszystkie te dowcipy o lisach oszukujących zajączki w karty, czy stereotypy, że ryży łeb fałszywy. Zwykła to dzicz, tak oceniać. Za to pozdrawiam z tego miejsca pannę Ewę o płomiennej czuprynie, której w pewnym przedszkolu miałem zaszczyt wykładać arkana Świętej Nauki — do dziś nie spotkałem wielu istot z choćby połową Twojego charakteru!

Ponieważ tekst ten ma tytuł „teologia rudych małp”, wypadałoby zahaczyć o duszę i o to, czy jest śmiertelna. Jednak Pisma i Tradycja milczą na ten temat. Znam wielu, którzy chcieliby spekulować, lecz przypominam, że Pan Jezus powiedział do Piotra „co ci do tego”, gdy ten zbytnio interesował się drogą apostoła Jana. Orangutany i Pan Bóg zapewne świetnie załatwią sprawy między sobą, natomiast ludzkich teologów winno interesować to, czy sami wyglądają na mających duszę.

Słowem, rude małpy, razem z resztą stworzeń, bez problemu ostoją się na Sądzie. Są za to inne istoty, które będą miały ciężej, zwłaszcza, gdy krzywdzą słabszych, o czym słyszeliśmy ostatnio w pasterskim liście.

Sam pożarłem w ciągu życia pewnie z pół tony oleju palmowego w rozmaitych szkodliwych skądinąd dla mnie łakociach. Kto zresztą o tym myśli? A plantacje palm oleistych to są miejsca strasznej klęski orangutanów. Pod palmą, zasadzoną przez nasz ludzki, a zarazem nieludzki system siedzi małe, płaczące stworzenie. Szarpie za ciało, którego rudych włosów trzymało się od urodzenia, ciało z jakiegoś powodu nieruchome i coraz zimniejsze.

1 thought on “Teologia rudych małp

  1. To jeden z najładniejszych tekstów jakie w życiu czytałam:) dzięki:) i jeszcze mądry do tego; drugie dzięki:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.