Traktat o Bożym Ciele

Po Bożym Ciele nie ma księdza w kościele, mówi przysłowie całkiem na wyrost, bo, po pierwsze, w letnie miesiące ktoś musi śluby błogosławić, po drugie, ksiądz w kościele i tak cały czas jest.Wcale nie chodzi o przypadek jak tego kanonika, co przez zatrzaśnięcie drzwi zafundował sobie dwudziestogodzinną adorację, ale ksiądz nawet w lecie w kościele jest, gdyż to Pan Jezus jest Księdzem, a traktat o Bożym Ciele, co jasne, najlepiej zacząć właśnie od Niego!

Ktoś może oponować. Przecież Pan Jezus księdzem nie jest! Nie chodził, na przykład, po Ziemi Świętej w sutannie. Ani pod koloratką, ani nawet w granatowym polarze po górkach Galilei między dwunastoma innymi polarami. Nie składał w urzędzie PIT-19, nie jeździł na odpusty, nie zbierał na kostkę, nie pozyskiwał unijnych funduszów. Nie pił kawy między mszami w niedzielę, a po sursum corda nie wskakiwał do forda. Ale też nie chodzi o to, czy się ubierał, czy o bogactwo form życia klerykalnego w Polsce.

Ważne, że Pan nasz jest Kapłanem i dlatego nawet po Bożym Ciele Ksiądz w Kościele jest, i to jaki!

Ktoś powie, że to nie najlepsze słowo, ksiądz. Ktoś powie, różnie się kojarzy. A poza tym, czy słowo to nie pochodzi od dawnego określenia władcy? Przecież istnieje w polskim bliźniaczy wyraz książę! Do dziś w niejednym technikum przyszłe fryzjerki i mechanicy, a w liceum przyszli doktorzy nauk wszelakich mówią księciu, wyjdźmy na dwór, księciu, czy będę miała piątkę, bo mi brakuje do średniej, księciu, a ile jest guzików, księciu, a dlaczego wy nie możecie (odpowiadam, że mogę, co ucina temat), księciu, albo księżu, czy w Boże Ciało starczy być na procesji? Nie, grzmię wtedy, trzeba być także na mszy, księżniczko!

Żarty młodzieży z księcia w sutannie są jednak nieco chybione. W dumnych szeregach duchowieństwa niewielu Badenich i Bocheńskich, Sapiehów i Starowieyskich, czy innej szlachy, a wielu za to Lisów, Tarachów, Wróblów, Niewiadomskich, Lnów, Gzików, Rzeźników, Polaków, bo chłopskie my synki przeważnie, jak to celnie rzucił człowiek krwi błękitnej nad zdjęciem episkopatu, że się chłopstwo cudnie poprzebierało! Ale jak raz do Pana Jezusa ten związek pasuje, bo On naprawdę jest nie tylko Kapłanem, ale i Księciem! Księciem Pokoju, gałązką z martwego zdawało się rodu Dawidów, jest nawet Królem, jak przyznał na przesłuchaniu, ale wiemy, że wtedy, dwa tysiące lat temu, oznaczało to ledwie ród królów zagrodowych, bo przepadło bogactwo salomonowe, a z wyjątkiem mądrości nie mieli nic, ani Józef, ani Matka, ani On. Więc Król, ale chłopski. Żydowski Piast, biedny niczym wikary bez katechezy na Zachodnim Pomorzu.

To, że Pan Jezus to ksiądz uznaję więc za dowiedzione i nie będę już wspominał ani o woreczku, ani o tym, głosił kazania, ani, że polegał na zapobiegliwości pobożnych kobiet.

Wyraz ksiądz należy przy tym nie tylko do tej samej rodziny, co książę, ale i co księżyc! A właśnie bez księżyca nie byłoby Bożego Ciała!

Jak to? Otóż Julianna z Liege przez którą nastało Boże Ciało, była kobietą święcie zakochaną, w dodatku światłą i ustosunkowaną, sama z siebie rozumiała potrzebę uczczenia Pana Jezusa obecnego pod postacią chleba. W niebie dobrze rozumiano jednak wagę znaków, stąd dano jej także, prócz jej własnego rozeznania, także objawienie, bardzo wymowne i proste, istny średniowieczny mem!

Widzi oto Julianna srebrzystobiały dysk z czarną plamą, wyobraźmy ją sobie, jak to opowiada spowiednikowi, który zgaduje, że to księżyc. Tak, ojcze, to księżyc, który świeci odbitym światłem, a więc sługa słońca, a więc mamy Kościół i Pana Boga, córko, rozumiem, ale skąd ta plama, jaki Kościół ma problem? Dlaczego, tu ksiądz mógł być nieco obruszony, przez plamę tę czarną zupełnie odbić blasku chwały nie może? Cóż to za plama, Julianno? Ta kobieta trzynastego stulecia zapewne tylko westchnęła i spojrzała ku Ukochanemu przy głównym ołtarzu, nie tak uczczonemu, jak trzeba. I już wiedział ksiądz, a niedługo potem cała Europa, że trzeba uczcić Najświętszy Sakrament osobnym świętem, właśnie Bożym Ciałem. Takie objawienie, proste, a treściwe, nie dziwi więc, że owoce. Rzeczywiście, cześć do białej Hostii wzrastała.

Spójrzmy na obrazek z Francji, po kilkudziesięciu latach od objawień. Ludzie klękają przed białym osiołkiem, na którym w monstrancji specjalnej Pan Jezus jedzie, a za nim niosą w lektyce papieża Jana XXII, który właśnie ustanowił, po medytacji w jakieś pogodne popołudnie w ogrodach Awinionu, święto Bożego Ciała. Nota bene, papież Jan też był niebłękitnej krwi, lecz mieszczańskim synkiem z genueńskich handlarzy, kto nie wierzy, niech po Parnickiego, po genialną „Tylko Beatrycze” sięgnie.

Napisałem, że Pan Jezus jechał na tym osiołku w monstrancji, ale tak naprawdę wtedy jeszcze nie było takich złotych słońc, jakie widzimy co roku w najpiękniejszy czwartek czerwca. Były raczej ozdobne naczynia o kształcie kielichów, zwane dziś u nas puszkami, czasem przeszklone, w których przechowywano Najświętszy Sakrament. Świętych tamtego okresu, jak na przykład Klarę, przyjaciółkę Franciszka z Asyżu, często przedstawia się jednak właśnie z monstrancją, co jest o tyle celne, że fascynacja światłem, twarzą i wpatrywaniem się w duchowości to właśnie tamte czasy. To było jednak ziarno. Początkowo, już po ustanowieniu święta, nie było w Boże Ciało procesji, a tylko msza, a dziś nie możemy sobie wyobrazić tego dnia bez monstrancji właśnie.

Na dziejach monstrancji można by uczyć, czym jest proces ewolucji, czyli dużej zmiany przez sumę mnóstwa zmian mniejszych, w czasie rozłożonych. Najpierw mamy więc kubek, lub pojemnik, w którym zaczynają chować Najświętsze Ciało, żeby móc je dać chorym i umierającym także poza mszą. Często chyba trzymali Pana Jezusa w pojemniku zrobionym z puszki nasiennej lotosu, którą po łacinie zwano cyborium. Stąd półkolisty kształt obecnych puszek, a także nazwa, bo czasem jeszcze starszy ksiądz powie wypuryfikuj cyborium, zamiast puszkę. Potem do takiego pojemnika o półkolistym kształcie doszła stopa i noga, cyboria zaczęły przypominać kielich, choć nie wywodziły się od niego, to się upodobniły w podobnym środowisku i funkcji (ewolucja konwergentna!).

Mijały kolejne stulecia, a proboszczowie coraz częściej jeździli na średniowieczne SacroExpo po puszki z przykryciem, często zwieńczonym krzyżem, a gdy było ich stać, wybierali srebrne i złote. Również miejsce, gdzie je trzymano, stawało się okazalsze i z boków świątyni coraz częściej przemieszczało się ku centrum, trafiając w końcu na główny ołtarz. Bo też lud chciał oglądać swego Pana, a że bogacił się i żył coraz tłumniej w miastach, to zaczęto dodawać niektórym puszkom szkiełka po bokach. Taka puszka z okienkiem to ogniwo pośrednie między naczyniem do przechowywania, a takim do oglądania, to juz nie babcia, a właściwie mama naszych monstrancji.

Z oglądaniem Pana wiąże się ta nieśmiertelna anegdota, dzięki której św. Jan Maria Vianney dostał się do katechizmu. Jego parafianin, który długo klęczał przy wejściu do kościoła w Ars, zapytany, jak się modli, odpowiedział, że ja patrzę na Niego, a On na mnie.

Pierwsze prawdziwe monstrancje nie przypominały naszych najpopularniejszych, kolistych i z promieniami. Były to raczej małe świątynie, do dziś się zresztą takie spotyka. Miały formę kościoła, z kolumienkami i wieżyczkami. Dopiero barok rozbił bank, dając monstrancji promienie, upodabniając ją do słońca i sprawiając, że pół żartem, pół serio, modlitwę adoracji da się porównać do duchowego opalania. Ten promienny kształt jest najpowszechniejszy i przyznajmy, przepięknie się rymuje ze słońcem w południe czerwcowe, gdy na zalane blaskiem ulice padają płatki kwiatów, gdy kto może, chroni się pod drzewami, a Pan Jezus ogląda, jak Jego ludzie mieszkają.

Są jeszcze monstrancje roślinne, kojarzące się z ogrodem Eden, mające liście i gałęzie, są także podobne do kwiatów, są i takie, które od złotego dysku na błękicie bardziej przypominają promienie przebijające grube chmury, czasem srebrne, a w Jerozolimie jest bursztynowa monstrancja o kształcie Matki Bożej, gdzie Hostia włożona jest w miejsce twarzy Dzieciątka. Widziałem kiedyś monstrancję na motywach Oka Opatrzności, a czego nie widziałem, a chętnie bym zobaczył, to taka witrażowa, z kolorowych szkiełek, można by zaczerpnąć kolory z fundamentów Bożego Miasta, jak je maluje św. Jan w Apokalipsie, co na serce kładę złotnikom.

Spotkałem też monstrancje kojarzące się z Ufo oraz takie kolczaste, które wyglądały jak kiepsko zaprojektowana maczuga z gry RPG. Teraz, gdy piszę te słowa, ktoś może wymyśla, albo już tworzy jakiś nowy model, opart na przykład na idei płonącego krzewu, albo arki, albo jeszcze innej. Dziecko, które w przyszłości zobaczy taką monstrancję na procesji, uzna, że to odwieczny kształt monstrancji, żartem mówiąc, że już św. Piotr taką ulicami Jeruzalem nosił, że zawsze i wszędzie przy takiej się chrześcijanie modlą . Tak trochę my wszyscy myślimy i dlatego kochamy tradycyjne procesje, a przecież każde drzewo, nawet najwspanialszy dąb, zaczynał od tego, co można było schować w dłoni.

Mając monstrancję, można ruszyć na procesję do czterech ołtarzy, czterech jak cztery są strony świata, cztery wiatry, cztery ramiona krzyża i cztery kierunki rozdroży, cztery żywioły i zwierzęta cztery, bo z jakiegoś powodu określa się tak nie tylko Orła, Wołu i Lwa, lecz także Stworzenie o ludzkiej twarzy i skrzydłach anioła, które św. Jan widział we wspomnianym Objawieniu. Przy każdym ołtarzu czyta się jedną z kanonicznych Ewangelii, modli się i śpiewa o zmiłowanie nad wioską lub miastem. Każdy ksiądz ma w obowiązku rezydować, czyli po prostu mieszkać na terenie swojej parafii i Pan Jezus na procesji pokazuje, że robi tak właśnie, że zamieszkał między nami.

Czasem lubianego powszechnie księdza (zdarzają się tacy) pytają o sekret duszpasterski, a on mówi to właśnie, z ludźmi trzeba być. Zdaje się, że Pan Jezus zna ten sekret i stosuje, jak w tej piosence, starczy, byś był.

Jeszcze niech dzieci kwiatami sypną, a jesteśmy kupieni. Śpiew, wspólny ruch ludzi jak rzeki, nagle widać nas wszystkich, jesteśmy blisko, nawet męcząco blisko tego, by być jednym Ciałem. Ale znosimy to, bo w Bożym Ciele nacisk jest na Niego, nie na nas. Dlatego to święto piękne, lekkie i przyjemne, bo przestajemy myśleć o sobie, analizować i rozliczać, na cztery dzielić każdy włos, co porasta nasze niewydarzone sumienia, a oddajemy się temu, co zbawienne, co nas poza nas samych prowadzi, oddajemy się czci.

Dlatego, jakkolwiek by było gorąco, Boże Ciało ma w sobie coś z głębokiego oddechu, coś z ulgi. Ponoć taki był zwyczaj, przybyły do nas z Francji, by głośno wzdychać, gdy ksiądz Pana Jezusa nad ołtarzem podnosił, stąd do dziś się mówi, że ochy i achy, bo ludzie ochali i achali, słusznie całkiem, wobec tego, że Pan Jezus jest z nimi i im błogosławi, i można na Niego popatrzeć i że, gdy On na nas patrzy, a patrzy z Monstrancji, to jest to czysty, święty i zbawienny Wzrok najlepszego Przyjaciela, bo przyznajmy, Pan Jezus to ludzki Ksiądz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.