rozważania

Siedmiu na drodze do Jerycha

Siedmiu zwykłych ludzi. Pierwszy leży pod owczymi skórami, głowa mu tylko wystaje. Widać, że mocno dostał. Kolejni trzej wyglądają jak zbójcy z bajki, z tym że ich brody są szare, a oni sami chudzi i żałośnie ubrani, z jednego tylko zwisa nieco lepsze, lecz za duże ubranie. Czwarty to inna bajka ma czystą szatę, a nawet sandały. Ale widać, jak patrzy z zazdrością na piątego. Miękkie szaty, namaszczona twarz, powaga, z jaką się rozgląda. Nawet tu, gdzie stoję, czuć pachnidła, jakimi jest oblany ten piąty. Idźmy dalej. Nieco dalej mamy dwu mężczyzn. Szósty, w białej szacie i czerwonej czapce. Siódmy niższy i łysawy pilnuje sakiewki i badawczo spogląda na pozostałych. Nie każdemu z nich wynająłby pokój w swej gospodzie, ba, tych włóczęgów nie wypuściłby nawet do stajni. Nikt z siódemki nie widzi nas, choć my ich od wieków oglądamy. To obsada przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. Stoję obok jej Reżysera i widzę uśmiech zadowolenia. Nie dziwię się, historia działa z mocą od pokoleń.

Pewien człowiek szedł z Jeruzalem do Jerycha, jakiś cel, o którym nic nie wiemy. Może tylko tyle, że nie była to turystyka czy bieganie. Skąd wiadomo? No, bo zbójcy czyhali, a o ich celu wiemy więcej, choć nie do końca znamy ich motywację. Możliwe, że był nią głód. Wiemy, że po fakcie wzbogacili się o ubrania, a także, że potrafili bić, choć z jakiegoś powodu, z niedbalstwa lub litości, kamień wypadł z ręki przed kończącym ciosem i pewien człowiek co, szedł z Jeruzalem do Jerycha, przeżył. Nie wiemy, czy był przytomny i widział, jak mijają go lewita i kapłan, nie wiemy też, co przeszło im wtedy przez myśli, czy mijali go z lekkim, czy pełnym wątpliwości sercem. Jedyne z całej historii uczucie, o którym Opowiadacz nam mówi, jest wzruszenie. Jest głębokie i z dostrzegających bliźniego oczu rozlewa się na całą przypowieść, a z niej na Ewangelię, potem dalej, na ilustracje średniowiecznych kronik i barokowe płótna, na kolorowanki dzieci i na klisze Hollywood. To uczucie błyszczy ciepłym blaskiem złota, jak dwie monety, jakie Samarytanin daje karczmarzowi.

Ładnie poustawiałem wszystkich bohaterów, ale ten koń mi się przypomniał, którego chłop krzyczy w fury wyngiel przywiozłem, na co słyszy od dyszla pytanie, tyś przywiózł? Dlatego obok siedmiu bohaterów tej przypowieści niech stanie dzielny osiołek, który pomógł dostarczyć człowieka do gospody. Ach, ta przypowieść. Raczej nie do wykorzystania na święcenia kapłańskie, Pan Jezus nie omieszkał dać nią pstryczka w nos dobremu samopoczuciu duchownych wszystkich czasów. Pstryczek podobny dostaje też miłość własnego plemienia, bo pomaga ten obcy i zły, Samarytanin, my powiedzielibyśmy Rusek, niemiec (tak się niedawno pisywało!), albo Żyd. Przez wieki ludzie w Europie czytali tę przypowieść myśląc, o Jezu, jacy obojętni ci Żydzi. Ale czasem też ktoś się orientował, że to lustro i że to o nas wszystkich. Mam ochotę wziąć w obronę duchownych, lewitę i kapłana, bo mi się przypomniało diecezjalne nasze przysłowie, że jak ci drugi ksiądz nie zaszkodził, to już ci dużo pomógł, no i faktycznie, w pewnym sensie mogło być gorzej, nie dobili i chłop przy drodze doczekał pomocy. Nie będę cytował, co kiedyś słyszałem, jak mi kaznodzieja jeden sugerował, co i gdzie dobrego ten kapłan zrobi, jak już minie. Zdaje się, że mi się wypsnęło ku uciesze kolegów, że pewnie na rekolekcje dla przedsiębiorców się śpieszy, albo nalot idzie robić na fundację. Ale nie, spokojnie.

To miłosierna przypowieść i miłosierne jej odczytanie.

Nawet tych zbójów tak odmalowałem, jakbym postulował rozwiązania systemowe dla nich, jakbym chciał ich zrozumieć, czego polowali po drogach na ludzi. Z kolei odwrotne skłonności mam przy Samarytaninie. Dostrzegam i doceniam jego dobroć, sam życzę sobie takiego człowieka w mój zły dzień, oby nie nastąpił zbyt szybko, ale widzę też, że jest tylko człowiekiem, daje, ile może, dwie monety, a nie nieskończenie wiele monet. Idzie swoją drogą, robi swoje interesy i nie obchodzi dróg Judei i Galilei tylko po to, by pomagać pokrzywdzonym. Nie takie są bowiem prawa tego świata. Najwięcej serca mam dla oberżysty. On też, niby że zarabia, robi to w swoim interesie, ale trzeba docenić, że dba o miejsce odpoczynku, że tworzy przestrzeń, gdzie można dojść do siebie. Nie jednorazowy poryw, a latami trwający wysiłek, by coś utrzymać, mimo tępych rzymskich urzędników, skąpych kupców, no, a zwłaszcza tych, co polują po drogach. Praca oberżysty. To nie jest łatwe, a bywa piękne. Do kawiarni, w której zwykle piszę, Między Słowami, wpada ostatnio dziewczyna, pierwszoroczna studentka, patrzy po wnętrzu i mówi, o, właśnie Lublin nabrał sensu. Nie dziwię się jej i nie dziwię się zaufaniu, jakie ma Samarytanin dla tego człowieka, orazoraz że potem tam wraca. Powrót taki to w pewnym sensie najlepszy komplement.

Miło by było powiedzieć, że wzruszenie ocaliło Samarytanina, ale swoje zrobiły też monety, swoje medycyna, choć przedszczepionkowa, no i profesjonalizm właściciela oberży. Ale to wielka prawda, trzeba być miłym i grzecznym dla pani w Biedronce, dla pana w Lidlu, dla obsługi domu weselnego Magnolia, dla DJ-a, co wychodzi z siebie, by się taka czy inna integracja nie przerodziła w orgię, dla stróża, policjanta, a nade wszystko dla tych, co robią swoją rzecz niezbędną nam nie tylko, że jak trzeba, ale jeszcze ze smakiem. Wyobraźcie sobie, jak się budzi pewien człowiek, co szedł do Jerycha i dostrzega, że ma jasny pokój, i posprzątane. O ileż lżej, o ileż.

Jeszcze chcę powiedzieć na koniec, że nieprzypadkowo nie wzywam do naśladowania Samarytanina. To zawsze jest cud, dziś nieco powszechniejszy, niż kiedyś (tak, bo przypowieść swoje zrobiła!), ale to nie nasz cud. Najczęściej bowiem bywamy zbójcami. Co, ja? Nigdy! Przecież nie to mówi Pismo, gdy nazywa mnie grzesznikiem! Nie byłby Pan Jezus tak niegrzeczny, żeby nie widzieć różnicy, prawda? Cóż. A jednak, jak mówię: złoczyńcami. Jesteśmy źli ludzie, nie, jak lubimy myśleć i mówić, dobrzy. Mamy swoje interesy, a ludzie nam służą do nich i choć nie zawsze zupełnie ich stłuczemy czy obedrzemy, ale wiadomo, że bywają rzeczy gorsze, to nie w mocy tkwi sekret chińskiej tortury spadającej kropli.

Na przykład teraz wielu ludzi szykuje się na wojnę kulturową i aż przebiera nóżkami, by w szlachetnym celu atakować innych, równie przekonanych o własnej słuszności. Być może część sekretu, i nadziei, jest dla nas w tym, że w pewnym momencie zorientujemy się, że ten drugi człowiek też jest człowiekiem. W końcu, jak pokazało ukrzyżowanie, czasem nawet bandytów, takich jak my, nachodzi refleksja.

4 Replies to “Siedmiu na drodze do Jerycha”

  1. Trzeba być Człowiekiem w każdej sytuacji a przynajmniej się stara jest napisane i Pań Jezus też powiedział. Nie czyn drógiemu co ci nie miłe ,ale czyn mu co byś chciał żeby tobie czyniono. Niech Pań Bóg bęndzie błogosławiona w Trójcy prawdziwie w owoce miłości całego Świata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.