dziennik z wyprawy do Szkocji

Szkocka saga księdza (początek trzytygodniowej relacji :)

Radują się ruiny opactwa na Holy Ionie, św. Kolumban parsknął śmiechem na całe Niebo, a potwór z Loch Ness rozważa konwersję!

🙂

Jadę na trzy tygodnie do Szkocji, pod Glasgow, pracować na szkockiej parafii.

Zawsze bardzo przeżywam każdy wyjazd dalszy, niż w promieniu dwudziestu pięciu kilometrów od rodzinnego Jaszczowa, więc uczucie ekscytacji spróbuję przekuć we wpisy, codziennie jeden na tym blogu, aż do momentu, gdy znów ucałuję polską ziemię.

Stereotyp mówi, że na Zachodzie nie ma już ksiądz Polski czego szukać, no, chyba, że Polaków, bo tamtejsze narody zostały wycięte w pień, a kościoły zamienione bądź w meczety, bądź w sale spotkań LBGT.

Według tej wizji, jeśli gdzieś za linią Odry jacyś katolicy się uchowali, to tacy ledwie wierzący, co czytają Biblię wyłącznie w Dzień Judaizmu, a poza tym z ambony głoszony wyłącznie Mały Książę, a składki idą nie na Caritas, kostkę na cmentarzu lub na poświęcenie dzwonów, lecz tylko na edukację seksualną wielorybów i inne podobne cele.

Oczywiście, nikt w to do końca nie wierzy, może poza niektórymi kanałami telewziji, ale czasem cień takiej wątpliwości zostaje. Rano przy śniadaniu szef przestrzegał mnie, bym nie przywiózł stamtąd żadnych dziwnych nowinek.

Wygląda jednak na to, że jest zupełnie inaczej i Kościół Katolicki ma się dobrze w Szkocji. Ojciec Colin, który mnie zaprosił, napisał, że na lotnisku będą się rozlgladać za koloratką, więc ostatnie godziny przed wyruszeniem spędziłem na poszukiwaniu wszystkich białych znaczków celibatu, jakie porozchodziły mi się po mieszkaniu.

Ogólnie pakowanie to dla mnie trauma. Długo chodzę nad otwartą walizką i biję się z myślami, sam nie wiem o co.

W końcu spakowałem:

Buty zamszowe, buty lekkie (na wypadek słońca), piżamę, koszule koloratwowe, sweter koszulę zieloną do kamuflażu, perfumy o zapachu podlubleskiej łąki (jestem sentymentalny), spodnie koszule incogito, książkę elektroniczną z wszelkimi mszalami i brewiarzami, papierowy notes, ołówek, laptop, krople do nosa, wywary z ziół i resztę naturalnej apteki, latarkę napędzaną machaniem, no i coś tam jeszcze.

Aha!

Najważniejsze, czyli tłumacz prądu ze szkockiego na nasz.

Nie było go łatwo kupić, odbyłem miłą i długą rozmowę zanim okazało się, że nazywa się to przejściówką do kontaktu. Pan w markecie ogrodniczym był bardzo miły, okazuje się, że sam był na Wyspach, a miał nawet tatuaże przywodzące na myśl górskie klany, niewykluczone więc, że pracował przy wznoszeniu słynnego Wału Hadriana, więc miły ten pan wytatuowany pokazał mi, gdzie wiszą tłumacze, ale szeptem dodał, że za funta albo dwa kupię lepsze na miejscu, ale wolałem nie ryzykować, bo mój sprzęt jest stary i ciągnie prąd jak chińska fabryka uchwytów.

Jeśli okaże się, że samolot zachowa chlubną tradycję niespadania nad Morzem Północnym, jutro wystukam już coś ze Szkocji. Deus Vult!

8 Replies to “Szkocka saga księdza (początek trzytygodniowej relacji :)”

  1. Warto zawsze wkładać pasek do spodni, bo na wybrzeżu może być większa niż w Polsce siła wiatru.
    Wiatr wprawdzie uczy nasze nogi przyczepności do gruntu, ale sylwetkę przygina.
    Będzie dobrze!

  2. Ja najdalej zajechałam do Liverpoolu, ale w 60 latach ojciec był na stypendium w Aberdeen. Rok. Przywiózł przepis na banany w szynce, od hinduskiego stypendysty, absolutny zakaz prasowania- wiesza się równo i wystarczy, nawet jak to koszula do smokingu, oraz opowieść o szacunku dla psów; korek się zrobił długi na drodze, wszystkie auta stały, bo na środku pies spał. I czekali. Mama do niego pojechechała na wakacje, pilnie się wcześniej uczyła angielskiego, w nocy przyjechała, rano się budzi, okna otwarte, bo czerwiec, a za oknem całkiem obca mowa. Nic z angielskim, ale to nic, nie mająca wspólnego. Przeraziła się, biedaczka, nie na żarty, potem przywykła. Slajdy widzałam, mama w płaszcu zamszowym na plaży; komentarz rodzicielski mówił, że było 14 stopni, Szkoci sapali „co za upał” i kąpali się w morzu, tata, już po kilku miesiącach, rozpinał guziki koszuli i podwijał rękawy, a mama – no w płaszczu…. A Szanownemu Księdzu życze dobrej podróży i niech się praca uda:) i zazdroszczę, bo chyba ładnie tam jest:)

    1. Słuszna uwaga. J. Angielski w wykonaniu Szkotów mocno się różni od tego, czego jesteśmy uczeni w szkołach – na to trzeba uważać.
      Pozdrawiam.

      1. Tak, ale płynnie przechodzą na angielski, gdy tłumaczę, że nie rozumiem. Pozdrawiam również 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.