Szkocka saga – lot nad ukochaną babcią Europą

Każda jak ostatnia, każda jak pierwsza, życzą po święceniach młodemu księdzu, mając na myśli mszę, ale dla mnie jest coś jeszcze, to znaczy lot samolotem. Cieszę się jak chłopiec i drżę jak starzec czekający na diagnozę. Na nic statystyki, na nic, że sobie tłumaczę, że furmanka mniej bezpieczna.

Zarazem boję się latać i kocham loty.

Miałem taką huśtawkę przez całą drogę z Lublina na lotnisko w Modlinie.

Modlin jest skromny. Człowiek, który latał przez Heartrow, lotniska w Pekinie czy Los Angeles, czy Charlesa de Gaulle’a  w Paryżu, czy nawet przez Okęcie, musi prychnąć pogadliwie na modlińską wiatę. Ale niech pamięta, że na jego prychanie mogą prychać Aniołowie, świadomi, że są porty w galaktyce, przy których lotniska ziemi są jak automat z chrupkami!

Tak sobie myślałem, dodając sobie animuszu.

Lot był 40 minut opóźniony, więc trochę postałem. Wówczas przystapiła do mnie pokusa, by narzekać na trudy podróży. Już jej ulegałem, lecz poczułem na sobie wzrok:

dwu panów homo erectus, kładących kłodę na falach, by przepłynąć na niej cieśninę morską,

Abrahama wpisującego Ziemia Obiecana w nawigację,

chłopa, któremu kobyła okulała z drodze na jarmark w Łęcznej,

górali spod Nowego Targu jadących wozem przez niezmierzone prerie do Kalifornii,

mojego osobistego pradziadka, co _przyszedł_ na Białkę znad rzeki Amur po wojnie rosyjsko-japońskiej 1905 roku,  pewnej Nastolatki w ciąży, w podróży górskiej do krewnej swojej Elżbiety,

i niezliczonych innych podróżniczek i odkrywców wszystkich czasów.

Wzrok ludzi poczułem na sobie, którym nie było dane przemierzać tysięcy kilomerów w dwie godziny siedząc w fotelu, śpiąc, czytając, lub popijając piwem przepyszną lazanię Ryanair, w środku stalowego ptaka.

Boeing 737. Stoję na hali i patrzę, jak kołuje, ale to do Burgas, naszego jeszcze nie ma.

Ludzie posiadali na podłodze, ja mam ochotę postać, wejścia pilnują trzy dziewczyny, tak młode, że pewie niedawno jeszcze siedziały w technikum na religii i mówiły księciu, księciu, robiły balony i udawały, że zapisują w zeszycie temat katechezy . Każdego, kto pochyla się, czytając to, po wirtualny kamień, by rzucić nim i ratować mnie od wpatrywania się w młode stworzenia Boże infromuję, że nie było tam nic do roboty, siłą rzeczy patrzyłem i podziwiałem zwłaszcza ich obycie, rutynę, że podchodzą do tłumu i całej tej lotniczej afery ze spokojem, z jakim ich prababki krowy doiły i kapustę deptały.

Potem przyszli chłopacy, białe koszule, żółte krawaty, też wyluzowani, ale nie tak, by nie było wiadomo, kto tu rządzi, czyje to terytorium. Kto tam poszedł to załatwić? pyta niższy, Gośka z Gabrysiem, rzuca wysoki i uśmiecha się wymownie, obaj się uśmiechają, a ja myślę sobie, że dałbym wiele za taki serial komediowy, dziejący się wśród nich na Modlinie, jeszcze bym plebana w kaplicy tamtejszej na stałe zainstalował, żeby Polska była w komplecie.

Tylko, żeby taki serial był dobry, musiałby się zdarzyć cud.

Producenci musieliby uznać, że widzowie są u nas inteligentniejsi niż kanapa, z której patrzą w wizor, a do tego najpierw sami musieliby być niż rzeczona kanapa, itd, itp.

Serial na razie odpuszczam, bo w końcu puścili nas, a my, stado rzadko owłosionych (z wyjatkiem jednego pana) małp w kolorowych strojach ustawiamy się w kolejce do stalowego ptaka. Ze stoickim spokojem.

A tak niedawno byliśmy na etapie, gdy najmądrzejszy z całego drzewa brał niepewnie do ręki kamień, unosił go nad orzechem i słuchał, jak gadają mu za plecami, po co on cuduje, nikt tak nie robi, wymyśla, bo ma zęby słabe, to kombinuje, i tak dalej.

A teraz, proszę, proszę! Latamy! Latamy!

Wsiadamy. Panie są przemiłe, zachwyca mnie przed startem, jak zawsze, tradycyjny taniec stewardessy.

Dziewczyna stoi, rozkłada i składa ręce, obraca się, subtelnie macha dłońmi. Tylko tekst bym bardziej romantyczny pod to podłożył, no i miłą muzykę.

Był też chłopak co to robił, więc sądzę, że z czasem ewolucja kulturowa ich połączy i będą we dwoje wykonywac ten rytualny taniec z prośbą o szczęśliwy lot.

Gdy ptak zaczał człapać po lotnisku i nabierać pędu, zaśpiewałem spontanicznie w duszy kilkanaście pieśni maryjnych, do Serca Jezusowego i do Boga Ojca.

Uff! Udało się, lecimy!

Potem przyszła druga tego dnia pokusa, lazania i piwo za jedyne 12 euro. Tym razem poczułem na sobie wyłącznie wzrok portfela i on nadto wystarczył.

Czy wiecie, że na pokładzie sprzedawali nawet zdrapki? Opory rozumu próbują wyciszyć, podkreślając, że część zysków idzie na biedne dzieci.

Poza tym podziwianie, jak jak białe są chmury od środka.

Tak sobie pomyślałem gdzieś nad Danią, że Europa to kolonia kukułek. Że nie wiadomo, kto na czyim jajku siedzi. Chodziłoby moze o jaja kulturowe, ale nie dopytujcie proszę, co to znaczy, tak sobie wymyśliłem.

W tytule dałem jednak babcię, bo kukułek nie kocham, a tę ziemię, ten kontynent, tak.

Dziś mam poślizg ze sprawozdaniem, ale jutro spróbuję opublikować równo o 12:00, na Anioł Pański, o lądowaniu i pierwszym dniu w Szkocji. Będą wielkolechiccy Afrykanie i kapłaństwo kobiet, więc wypada zajrzeć;)

3 thoughts on “Szkocka saga – lot nad ukochaną babcią Europą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.