Szkocka saga – kot w szkocką kratę

Przez cały lot pan o twarzy czerwonej jak dumny lew z herbu Szkocji przemawiał i opowiadał, śmiał się i wracał do swoich wątków, nie mam pojęcia, jak oddychał, ale nie to mnie zdziwiło, ale pogodny spokój, z jakim jego towarzysze to znosili.Mnie przeprowadziłby w kilka minut od chrześcijaństwa do pogaństwa, ale Szkoci byli mili, uśmiechnięci, zadowoleni.

Wylądowaliśmy i szybko okazało się, że tak tu jest.

Piszę te słowa w przerwie herbatki z mlekiem, jaką piję z trzema szkockimi Kasiami. Tuczą mnie tostami i marmoladą. Od nowa każą definować słowo przeurocze.

Podobnie miły był Paul, który zabrał mnie z lotniska. Rozmawialiśmy o brexicie, Trumpie, uchodźcach i nasze odpowiedzi, szczere, polubiły się od razu. Paul był w Polsce kilka lat temu, łatwo domyśleć się dlaczego, zmieszał swą krew z krwią królewską piastowską, wygląda, że udanie i spokojnie.

Glasgow przez szybę auta, w którym co skrzyżowanie dostawałem dreszczy, bo wiadomo, jak w koszmarze, jedziesz nie tą stroną i bez kierownicy, otóż największe miasto Szkocji wyglądało przecudnie, ciemna barwa kamieni i złoty blask świateł, i niebo w barwie szkockiej flagi mimo dwudziestej trzeciej, bo nad tak północnym kawałkiem Imperium  prawie, że nie zachodzi słońce latem.

Na boczniejszych drogach przebiegł nam kot, przysiągłbym, że w szkocką kratę. Ale nie będę się upierał, nawet zdrowi miewają halucynacje, a co dopiero ja po tak wzniosłym przeżyciu lotu.

Chłonąłem zieleń drzew i pól. Co znaczy dobre podlewanie!

Paul zatrzymał auto przed kościołem św. Trójcy, ciemna, lecz kształtna bryła, jasne drzwi plebanii, powietrze pachnące górami i oddechem niezliczonych roślin, wtedy byłem już kupiony.

A jeszcze plebania, przemiły Steven, żartujący w sposób, który pozwala się śmiać nawet, jeśli nie zrozumiałeś żartu..

Mówi się u nas czasem, że jest tak miło, że aż przyjemnie, by podkreślić, jak nieznośnie się robi, gdy ludzie zbyt bardzo się starają o atmosferę. Ale to chyba wina pewnego wewnętrznego spięcia, którego tu nie ma więc i uśmiechy są lekkie, mogą za darmo być dane i za darmo przyjęte.

Nawet jak byłem w polskim sklepie, to udał się miły small talk i wychodząc powiedziałem hej, pierwszy raz w życiu, zamiast do widzenia.

Ale jeszcze moment, gdy wnosiłem walizki.

Plebania ojca Colina dobrze mówi o swoim gospodarzu. Jest wręcz delikatna, jakby krucha w swoim wystroju i smaku, może stąd się biorą nasze wizje upadku Zachodu? Zawsze, będąc za linią Odry, mam wrażenie, że rzeczy są jakoś subtelne, ładne i kruche. Tylko że kruchość może właśnie im służyć, nie tylko ich zbrojenie, chowanie za murem, albo grube ciosanie, tylko to, co przyucza nas do dbania o nie.

Siedziałem sam przy kolacji nad tostami i przegladałem prasę katolicką, na stole leżał The Tablet, we wstępniaku zachęta do dyskusji nad kapłaństwem kobiet. Ciekawe, czy mieli by wówczas powołania i czy ludzie chodzący do tutejszych kościołów by tak chcieli. Czytam rzecz z pewnym sceptycyzmem, o jaki możnaby podejrzewać polskiego ksiedza, ale podziwiam jasny styl dyskusji.

Niewykluczone, że nie grają tu tylko w zbijaka, dzielimy się na dwie grupy i rzucamy w ludzi, ale że się zastanawiają i rozmawiają.

Następnego dnia odbyłem pielgrzymkę do drugiego kościoła, miała być msza o dziesiątej i była, mimo, że minąłem się z kierowcą. Przyznam, że nie chcę być wożony na dystansie półtora kilometra.

Przed mszą miły zakrystinin obejrzał pismo od Jego Ekscelencji biskupa Mieczysława, ale, może, że go nie znał, to machnął ręką i powiedział z uśmiechem, że koloratka wystarczy.

Na najważniejsze pytanie polskiego duchownego odpowiem zwięźle – było dużo ludzi, dużo ludzi było, zwłaszcza, jak na dzień powszedni.

Po mszy rozbieram się z ornatu, podchodzi pan o czarnej skórze, jeden z nielicznych, którzy brali komunię do ust, nie na rękę i mówi, dzień dobry, czy ksiądz może jest z Polski, i to z krakowskim akcentem! Na co ja z akcentem, z jakim woda w Wieprzu szemrze, tak, a pan, czy też jest z Polski? na co on wybucha śmiechem, nie, nie, że tylko studiował medycynę dwadzieścia lat temu, pogadaliśmy, pokiwał głową, powiedział, cóż, tak to jest proszę księdza, nich się ksiądz trzyma, wszystkiego dobrego!

Gdy wszedł, Szkoci chwalili sobie jego sztukę.

Wracając ulicami Coatbridge pomyślałem, że pan doktor w istocie jest z Polski i że to dobrze. Jak Sienkiewicz nam wyłożył na marginesie Szkota Ketlinga, każdy może być Polakiem i tylko taka Polska, tylko taka.

Cóż, że nie od morza do morza, ani stąd, do wieczności, ale od człowieka do człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.