Szkocka saga – Zielone Anioły w Glasgow

Patrzą na mnie we trzy, jak Prządki Losu na niemowlaka. Z tym, że ja nie płaczę, ale uśmiecham się szeroko. W końcu jedna z Kaś orzeka, e, nasz Father nie wygląda na takiego, co by się zgubił, poradzi sobie, w razie czego zadzwoni do Stevena! Pożegnałem je, gdy Kasia gotująca zaczęła ukrywać w miseczce rybę pod warstwą ziemniaków, bym miał do czego wracać, a pozostałe sprzątały po herbacie.

U mnie babcia nazywała taką herbatę z jakiegoś powodu bawarką, zamiast angielką czy szkotką, ale piłem ją chętnie mimo nazwy.

Droga na stację na przemian rozrywa i goi mi serce.

Przechodzę koło szaryh domków, które wydają się rozmyślnie szare, by mogły na ich jednostajności rozbłysnąć rubiny koszyczków, błękity płatków, kanarki gron, no i trójwymiarowe palety róż, gdzie ktoś rozcieńczał ciepłe kolory zanużając pędzel w filiżance herbaty. Te ogródki, klomby, te krzewy i trawniki, te żywopłoty! Serce mi się rwało, gdy myślałem o mojej Babci Stefie, o jej ogródku, jej truskawkach, malwach, malinach i piwoniach, o tym, że nieraz wypiły przez tydzień więcej jej własnego potu, niż deszczu.

Babcia siadała po pracy na stołku z papierosem, patrzyła na ogród i bardziej żałowała roślin, niż swojej pracy. Nic biedny Bozia nie podlewa, mawiała bez wyrzutu, wyrażając ludzkimi słowami to, wokół czego teolodzy owijają bluszcz swych traktatów. Że porządek, że nie zawsze, że dlaczegoś. Miałą miłosierną wyobraźnię moja babcia. Umiała poczuć pragnienie żywych istot, to ją bolało bardziej, niż zgarbione plecy i starty na twardej ziemi wschodu metal jej ulubionej gracki.

Jej praca, jej słowa, jej wzrok na liściach, których nigdy nie byliśmy w stanie odpowiednio podlać, to była prośba o deszcz, który napoiłby ziemię, modlitwa, która robiła wrażenie.

Tylko, że ogród leżał pośrodku najbardziej słonecznego powiatu Rzeczpospolitej.

Zbieranie w beczki, podlewanie ze studni czy z sieci wystarczały na to, by ogród jakoś był, lecz nie, by pulsował zielenią i rozkwitał.

W Szkocji widać na każdym kroku, że to woda daje życie.

Siedzę w pociągu do Glasgow i przez dwadzieścia minut drogi przez zarośnięte zakamarki Lankanshire dojrzewa we mnie myśl, że pierwszego dnia w Glasgow pójdę do ogrodu botanicznego, wyobrażę sobie entuzjazm i szczęście Babci cieszącej się szczęściem kwiatów.

Popatrz, co by było, babciu, gdyby Twoje kwiaty mogły pić do oporu, gdy pić im się chciało!

Ogród leżał niedaleko stacji, kilka minut. Planowałem, a anioł śmiał się, razem z moim smartfonem, z tych planów.

Wszystko będzie inaczej, wszystko będzie dobrze, albo przynajmniej jakoś.

Najpierw śmiech telefonu, czyli nawigacji. W Glasgow jest mnóstwo parków i zdołałem jeden z nich wziąć za ogród. Że stoi w nim People’s Palace, to nie płakałem, tylko wszedłem, miejsce za darmo i nic już nie napiszę, bo za daleko odejdę od roślin ku ludziom.

Opowiem jeszcze innym razem, jak ludzie ludziom w tym pałacu Glasgow opowiadają.

Czyli okazało się, Ogród Botaniczny, pewnie królewski, leży czterdzieści minut drogi w przeciwnym kierunku. Można wsiąść do metra, albo autobusu. Z tym, że ja już nie chciałem. Miasto wbiło mi się w duszę jak haczyk w pyszczek, albo i szkrzela płotki nie mogącej się powstrzymać.

Gdy parę godzin później wracałem, w pociągu czułem, jakbym przeszedł całą pielgrzymkę. Chodziłem jak szalony, a jeszcze rozmawiałem, siedziałem, patrzyłem, oddychałem!

Byliśmy z aniołem stróżem zgodni, że przeżyłem w te popołudnie wiecej przygód, niż przez sześć lat w lubelskim seminarium.

Bajką zapłaciłem za spodnie.

Byłem śledzony w komunistycznej księgarni.

Pokonałem barykady wzniesione przeciw szalonemu gołębiowi.

Nawiedziłem kościół głoszący pokój we wszystkich językach.

Spotkałem diabła chodzącego o kulach i Matkę Smoków (były drobne pieszczoty).

Przerwę litanię na tej Matce Smoków.

Ale byłem też trochę rozczarowany, że nie dotarłem do żadnego ogrodu, jak planowałem, i nie uczciłem Babci.

No właśnie.

Przygody polskiego duchownego na świeckim Zachodzie powinny zostać przyprawione odrobiną łaski.

Może nie od razu taki cud, jaki zdziałał w Glasgow swego czasu św. Mungo z rybką i pierścionkiem, ale może choć miły przypadek, otwarty na interpretacje?

Byłem już przy stacji High Street i miałem schodzić na pociąg.

Tylko, że ręka, ręka ludzka z metalu na ogrodzeniu, a obok niej, cała opowieść o katedralnych, średniowiecznych oazach ziół i ptaków, to ogród opiewał swje rodzinne tradycje. W środku miasta, ale z kwiatami i ważywami, coś a la działki, tylko mniejsze, bez pojedyńczych domków.

Przeszedłem dookoła, ale nikogo nie było w środku i wydawało się, że zamknięte.

Obchodziłem mury tego ogrodu, bo choć mniejszy, niż królewski i botaniczny, to czułem, i to dosłownie, bo kwiaty intensywnie namawiały pszczółki do przylotu, słowem czułem, że przeuroczy. Nie miałem jednak ani trąb przy obchodzeniu, ani ochoty, by powtarzać czynność siedem razy, ani intencji w końcu, by rozwalać te niskie mury.

Na szczęście, nie musiałem, w ostatnim momencie, gdy już miałem pocałować klamkę i pójść ku torom, pani przyszła przemiła i na moje, po polsku nieśmiałe, pytanie, odparła, oczywiście, to nasz ogród, to miejsce dla ludzi.

Community garden.

W środku spore skrzynki, niczym stoły, każdy ma swoją i w niej sadzi, poza tym łąka i kilkanaście beczek po wiskey drewinanych, czyniących pokutę po bujnej młodości zbierając wodę. Domki dla owadów i krzesła dla ludzi. Muszelki tańczące na wietrze i zdania z wierszy, to tu, to tam powywieszane.

No i opowieść Dale i Khalessi (to ta Matka Smoków). Mają tu swoją skrzynkę, którą od wczoraj dzielą z pewną myszką, która nie była łaskawa rozmawiać, ale myszka to problem mały, a developer duży, porozmawialiśmy i okazało się, że tak jak w Polsce, tak w Szkocji czasem, przy pewnym świetle, gdy patrzysz, to niejeden wznoszący budowle inwestor ma oczy czerwone płonące i róg czarny na czole.

Ale, tłumaczyła mi Dale, nie mogą protestować, bo gdy pozwolono im na ogród, wiedzieli, że przyjdzie dzień planów, koparek, fundamentów, cementu, potem szkła i kabli, a potem pieniędzy płynących niewidzialnymi, cyfrowymi kanałami w suchym powietrzu biur, które zapomniało, jak to jest nieść puch dmuchawca, zapach łopianu i przypudrowaną pyłkiem pszczołę.

Moja gospodyni rodem jest właśnie z Coatbridge, była też kiedyś w Polsce, w późnych latach siedemdziesiątych, gdy grała w orkiestrze i zapamiętała niezliczoną mnogość koncertów i wydarzeń w Krakowie, Łodzi, Warszawie. Gdy przedstawiała mi przemiłą Khalessi, ja pokazałem swoją koszulkę Nocnej Straży, ale, jako ludzie cywilizowani, nie wspomnieliśmy nawet o ostatnim sezonie.

Dale mówi, że jest problem z beczkami, bo pewnego słonecznego lata, był to rok 2014, gdy Glasgow gościło sportowców z całego byłego Imperium na Commonwealth Games, drewno zeschło się całkiem i nie trzyma odtąd wody tak, jak kiedyś.

Czuć było trochę koniec w tym ogrodzie, ale najmocniejszą nutą w powietrzu, nawet ponad mokre liście i zioła, była czułość, czułość dla owadów, ptaków, ludzi, słowem, Wspólnota.

Ogród, z którego moja Babcia byłaby zadowolona.

PS. Jutro będą zdjęcia z ogrodu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.