dziennik z wyprawy do Szkocji

Szkocka saga – Krew Celtów

Ale tytuł, jak książki fantasty do czytania na plaży, by słońca nie przepłoszyć zbytnim myśleniem! Ale tytuł prawdziwy, podobnie jak moje spóźnienie z publikacją postu, nie wyszła mi znów 12:00, ani w szkockiej, ani w polskiej strefie.

Powodem spóźnienia była wizyta w szpitalu z olejami. Jadąc tam, pytałem z niepokojem kierowcę, przemiłego pana z parafii st. Stevens, czy mnie tam w ogóle wpuszczą w sutannie, na co posłał mi takie spojrzenie, jakby najpierw piekło zmarzło, lub ludzie w Glasgow przestali się uśmiechać, nim by mnie, księdza katolickiego, miano nie wpuścić do szpitala w Coatbridge.

W roku Pańskim 2019 witają tam ludzie księdza niczym w polskim pasie biblijnym, od Krakowa poprzez Tarnów po Kraśnik. Po drodze przez korytarze uzbierałem mnóstwo uśmiechów tak od lekarzy, jak od pielęgniarek i od chorych, nie licząc sympatycznych pozdrowień, tak, że gdy doszedłem do pokoju Margaret, czułem się jak w środku katolickiego kraju.

Co prawda, nikt nie klękał przed Najświętszym Sakramentem, który niosłem, ale tak samo jest w Polsce, odkąd, z różnych przyczyn, zrezygnowaliśmy ze świecy i dzwonka.

Margaret jest dość poważnie chora i czeka na kluczowy zabieg. Słowa, które czytałem z granatowej księgi modlitw za chorych wydawały mi się kojące i odpowiednie. Trochę zajęło, zanim zlokalizowałem w kościele jej wytarty, granatowy grzbiet, ale wszyscy, rodzina chorej, jak i kierowca, byli ponad miarę cierpliwi.

Katolicyzm Coatbridge, którego stężenie jest najwyższe w całej Szkocji, daje się wytłumaczyć handlem żywym towarem, rządzą panowania nad morzem, oraz kartoflami.

Tak mi tłumaczono w drodze powrotnej na plebanię, a ja sobie wyobrażałem.

Irlandzcy piraci porywają ludzi z wybrzeży, a jeden z nich ma na imię Patryk. Pogańska wyspa, niczym smok, nieświadomie pochłania w swej ofierze niewidzialną łaskę.

Potem wszystko się zaczyna, wiekami trwające rzeźbienie celtyckiego krzyża, może najpiękniejszego w Europie.

Wojny i inwazje między wyspami, oraz głody, po dziś żarty sobie robimy z tego, ze leje na Wyspach, ale w środku XIX wieku w Irlandii nawet śmiech się skończył, gdy zgniły wszystkie kartofle, a z nimi nadzieja.

Ludzie ratowali się do Ameryki, ale także bliżej, do Szkocji, gdzie nad brzegami głębokiej Clyde rękami swych poddanych, królowa rozciągała swe panowanie nad falami budując kutry, łodzie, promy, korabie, barki, okręty, statki, a obok, w Coatbridge, wydobywano węgiel i żelazo, by je rzucić na wodę, by płynęły pod banderami, żaglami i dymem kominów ku większej chwale brytyjskiej monarchii.

W połowie XIX wieku ludność tutejsza pomnożyła się, dzięki Irlandczykom, kilkakrotnie.

Były to też czasy, gdy po latach znów mogłeś po Wyspach chodzić w sutannie, a nawet postawić kościół, choć o pokornej wieży, bez szpicy, by nie drażnić protestantów.

Śmiać mi się chce, że nikt już nie łapie niewolników, pod dostatkiem mamy kartofli, a nawet słońce zachodzi nad dawnym Imperium bez podziwu dla potęgi królowej, a tylko katolicy, ci celtyccy katolicy ciągle robią swoje i cieszą się, gdy widzą faceta w długim, czarnym stroju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.