Szkocka Saga – kazanie o Trójjedynym Drzewie

Drzewo szumiało, jedli placki ze smakiem, a on patrzył i czekał. W pewnym momencie nie wytrzymał i zapytał, chyba nieźle Was ugościłem, albo nieźle przyjąłem Cię pod tym dębem, Panie Boże? Tak, słyszy w odpowiedzi od jednej z Trzech Osób, całkiem nieźle, nawet porównywalnie z tym, jak za cztery tysiące lat Szkoci z Coatbridge przyjmą Piotra Niewiadomskiego. Przepraszam, kogo? pyta Abraham, lecz Oni zmieniają temat, bo długa historia i pytają o Sarę.

Tak raczej nie zacznę, choć jakoś będę musiał się odnieść, gdyż ewidentnie czytania tej niedzieli są o gościnie. Goszczą mnie tutaj i ja się goszczę, a niedziela będzie okazją do okazania wdzięczności.

Więc siedzę i się przygotowuję, i myślę sobie, że czasem te ludzkie i przyziemne motywacje mocniej działają na mnie, niż niebieskie.

Abraham sadzający Trójcę Świętą pod zielonym dębem przypomina mi o popołudniu w Glasgow przedwczoraj, gdy po zwiedzaniu katedry siadłem pod drzewem na okalającym ją cmentarzu.

Czy wypada siadać na cmentarzu opartym plecami o drzewo? Cała Ziemia to cmentarz, jeśli  martwym wolno leżeć w ziemi, żywym wolno siedzieć.

Jak cudownie jest siedzieć pod drzewem, niby celtycki król, czekający na spory i swary do salomonowego sądzenia.

Obok katedra, którą w czasie reformacji pozbawiono twarzy, dłoni, liści, kwiatów, ciał z kamienia, w ferworze usunięcia wszystkiego, co zagrażałoby czci Jedynego, jakby zapomniano na chwilę, że jest On także Trzema, oraz, że żyje.

Zresztą, w tym zapomniano kryje się też dorobek przedreformacyjnego duchowieństwa, nie zawsze przemożnie chwalebny, by powiedzieć rzecz na około, tak, jak o szkockiej pogodzie powiedzieć, że nieco zmienna, choć nie do końca w tym, co mokre.

Ale wtedy, w tamten dzień w Glasgow, było pięknie.

Wlazłem potem na słynne cmentarne wzgórze i znów mnie uwiodło drzewo. Znów nie miałem wrażenia, by dusze czyśćcowe poczuły się dotknięte, jakby wręcz przeciwnie, czy nie an to czekają, by znów mieć ciało i móc siąść pod drzewem?

W ich intencji oddychałem głęboko zapachami miasta, zaskakująco świeżymi.

Nie ma sensu robić zdjęć, gdy się siedzi pod lipą, lime tree, w ciepły, lipcowy dzień, gdy nagrobki nagrzewają się lekko, a trawa śpiewa zielenią.

Tak, jak nie ma sensu robić zdjęć w katedrze, choć tyle ich narobiłem, zanim siadłem, popatrzyłem na pielgrzymki smartfonów, które żmudnie sterowały dwunogami, by zmieścić w sobie zdjęć jak najwięcej, takich samych, nawet w swojej inności i udatności, bo przypuśćmy, żeby wszystkim udało się zrobić tego dnia w glasgowskiej katedrze fotografię na World Press Photo, byłaby to marność nad marnościami.

Jest zresztą smartfon, który zajmował się w katedrze wyłącznie pochłanianiem uwagi młodej kobiety, podczas gdy jej mężczyzna, równie młody, służył pomocą aparatowi, z nadzieją, że uda się mocniej zaistnieć zdjęciami wśród przyjaciół i znajomych, uda się kilka stopni w górę wejść na społecznej drabinie, prowadzącej raczej nie do nieba.

Zamknąłem oczy i słuchałem kroków i klików, oddechów i rozmów, a także kamieni i szkieł mówiących letnim słońcem ciepłe rzeczy o królach i o świętych, o Panu Jezusie i o Trójcy, która jest jak trójramienne drzewo, w którego liściach aniołowie uwijają się jak pszczoły, a światy pełne istot otwierają się jak kwiaty na lipie, i pachną.

Przez katedrę płynie niezmącony strumień ciszy. Chińska wycieczka, przemiły szkocki rektor, turyści z Francji, para z Afryki i z Indii, brytyjskie flagi, napisy na kamieniach i zatarte sylwetki dawno tu pochowanych, ba, słońce nawet w witrażach, wszystko to tylko brzeg.

Nad tym strumieniem sam poczułem się jak drzewo, rosłem pokornie w środku katedry i czułem, że jestem przyjęty, że w razie czego, nawet tego, co ludzie zwą najgorszym, nie jestem tu obcym, ziemia mnie przyjmie i Niebo.

Tak musiało być tego dnia, gdy siadł w domu dwu sióstr, uśmiechnął się do ciekawych oczu, podobnych do łani i do synogarlicy, które usadziły się obok, w chłodzie cienistej izby. Marta dokazywała w kuchni, aniołowie strzegli orbit świata, a On zaczął opowieść i rosła jak drzewo, jak dąb, jak lipa kwitnąca, jak uschły figowiec, znów, jak krzak rozbłysły życiem, bo życie jest spalaniem, jak sykomora i jak wielkie świata drzewo, czterech stron, czterech żywiołów, jak krzyż zieleniący się pośrodku ludzkich dziejów. Aż Martę uwiódł ten szum nadziei, ten świeży zapach w izbie i aż jęknęła, dlaczego i ja nie mogę usiąść pod tym drzewem?

Słowa opadały na ubite stopami klepisko, kto by wówczas wszedł, kroczyłby głośno jak przez las jesienny. Trzeba było siadać do posiłku i Maria zaczęła się uwijać, a Marta na chwilę sobie siadła. Jezus, jak to On, tylko się uśmiechał. Gdy napełniała mu kielich winem rzekł tylko, drzewo zielone musi być nad płynącą wodą i dziękuję Ci, Mario, że strumień pozwoliłaś mi dziś znaleźć, że pragnienie ugasiłem w Tobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.