Szkocka Saga – na końcu Clyde, na początku oceanu.

Cały dzień nie miałem przyzwoitego internetu, co potraktowałem jako wymówkę, by nic nie publikować. Przepraszam. Nie znaczy to, że nic nie pisałem, mam sporo notatek i jutro będzie o dziś, a dalej także ciekawie, poza tym mój anioł stróż chodzi po Coatbridge szukając tęgiego kija. Będzie pilnował, by w kolejne dni było jak planowałem, w południe.

Teraz zbliża się dwudziesta trzecia, nareszcie jest ciemno, od jakiegoś kwadransa, a ja dogadałem się w końcu z plebanijną wi-fi.

(okazało się potem, że dobrą wersję puściłem dop. o 10:00 23.07!)

Miało być o wydarzeniach ostatnich dni w Polsce, ale szczerze mówiąc, nie mam ochoty na felieton. Jeśli komuś przeszkadza kopanie dzieci na ulicy, jak mi, tego nie muszę do niczego przekonywać.

Myślałem o tym przechodząc z zalanej deszczem Szkocji na pokład promu.

Komu nie przeszkadza ani, jak dzieci biją kukłę człowieka (pamiętny Judasz), ani, jak agresywna banda drani poluje na dziewczynkę pod naszym sztandarem, temu nie pomogę, bo co prawda każdy może się zastanowić i zmienić zdanie, ale nie wtedy, gdy trąbki grzmią na szarże uliczne i internetowe, a tak jest teraz.

Jesteśmy w środku wojny kulturowej. Myślenie można postulować do woli i to nic nie znaczy.

Jak mnie dziś prom kołysał, to usłyszałem pytanie, a czy tobie nie przeszkadza, jak idzie marsz równości?

Szczerze mówiąc, nie. Może to moja wada, ale nie interesuje się zbytnio, co robią ludzie inni, spoza mojego otoczenia, środowiska, wyznania. Rusza mnie, gdy ksiądz pali książki, gdy robi to mufti, nie za bardzo.

Gdy procesja jest źle zorganizowana, myślę o tym intensywnie, gdy idzie parada LGBT, zauważam fakt i wracam do swoich spraw.

Nie wynika to z jakiegoś postanowienia, lecz ze sposobu bycia, z tego, jaki jestem, a może z genów? Może być to uznane za wadę  formacji.

Mogą być rzeczy drażniące, albo raniące uczucia – tak, niestety, ale najczęściej nie mamy na nie wpływu, lub też wpływ byłby gorszy od samej rzeczy, bo, na przykład, tłumiłby wolność człowieka, czynił z niego ofiarę prześladowań, i tak dalej.

Prom podskakiwał wesoło między Gourock a Dunoon. Mały Szkot, niezrażony kołysaniem, pożerał jakiś słodycz. A dzieci, usłyszałem znów, nie przeszkadza ci deprawacja dzieci? Szczerze mówiąc, uważam, że dla wielu to tylko wymówka, casus belli. Gdyby istotnie był cień szansy na dyskusję nad tym, z czym mają u nas dzieci kontakt! Ale to nie o dzieci chodzi.

Kto mnie zna, ten wie, że ostro się buntowałem przeciw dialogowi z judaizmem, jaki nam stręczono w seminarium. Dlaczego? Kilku doktorów uznało, że najlepiej uczyć tolerancji przez propagandę i przymus, a dialogu, przez pacyfikację. Metoda najprostsza, byśmy się z Żydami spotkali, nie przyszła nikomu do głowy. To były czasy!

Tak też buntowałbym się, gdyby mnie pchali na paradę równości, ale na szczęście się obyło.

Tylko że teraz, jak widzę, inni mądrzy biorą się za wojnę o pokój, mniej lub bardziej pośrednio chwaląc zdrowych młodzieńców, co jak grzeszą, to po Bożemu. Oczywiście, z tym grzechem po Bożemu bywa rozmaicie i proporcje ludzi o tej czy innej orientacji mogłyby okazać się zaskakujące w paradzie i kontrparadzie, ale bądźmy szczerzy, prawo Boże mało kogo dziś obchodzi i to po obu stronach, chodzi raczej o to, co wolno, a czego nie wolno publicznie robić i mówić.

Nie wiem, czy jest jeszcze choć jeden przeciwnik marszu, który nie zastrzegłby, że przeciw gejom i lesbijkom nic nie ma, że homoseksualiści byli zawsze, ale byli cicho i nikogo dzięki temu nie obchodzili.

Nacisk idzie na zewnętrzną stronę kubka. Nacisk idzie na wolność słowa i zgromadzeń, by nie była to wolność, jak to powiedzieć, zbytnia.

Tak to sobie układam w głowie, bo nie mam jak pisać, prom podskakuje jak młody koziołek na górach Betel. A, właśnie, dziś jest Marii Magdaleny, jedyny chyba dzień, gdy się Pieśń nad Pieśniami w kościele czyta.

Wolność słowa, myśli, sumienia, wolność marszów ma negatywne konsekwencje, jak tak wiele rzeczy na świecie, a jednak świat bez niej byłby strasznym miejscem, nieludzkim po prostu.

Podchodzi pan konduktor. Ubrany jak stary rybak, bez problemu utrzymuje równowagę na podskakującym co rusz promie. Jest przemiły, niby przyjaciel, którego spotykasz tylko raz. Uśmiecha się, choć nie wie, jakiego jestem wyznania, jakich poglądów, gdzie się wybieram, jakiej jestem krwi, jakich cnót i jakich uprzedzeń. Nie ma żadnego dobrego powodu, by być miłym, mówiąc krótko, a jest.

Ma też przy sobie jakieś osobliwe narzędzie z kombinerek i pustego opakowania po lekach, zlepione taśmą.

Czyżby był to objaw ekspresji genów półśrodków, u nas tak wciąż powszechnych?

Nic bezpieczniejszego, niż taki prom, mimo, że kołysze, myślę sobie. Chłopaki pływają na nim ciągle i o ile zapewne kąpali się nie raz w tym umiarkowanie ciepłym morzu, to wolą to robić ze swoimi gals and lassies w te dwa słoneczne dni lata, niż z polskim księdzem pośrodku zatoki. Stąd sprawdzają i badają maszynę co rusz, dbając o nią jak proboszcz o zgodność z wytycznymi duszpasterstwa. Dobrze, tak przy okazji, że Episkopat potępił przemoc.

Myślę sobie, że przemoc nie tylko rodzi przemoc, ale i ją tamuje. Gdyby nie policja, byłoby wesoło w kraju. Ale z przemocą państwa też można przesadzić. Warto popytać starych komunistów, czy po latach sądzą, że te gumowe prześladowania Kościoła i Polaków przyniosły im upragnione owoce.

Nic dziwnego, że można się uczyć od szkockiego konduktora pośrodku zatoki, ale że nawet od komunistów!

Ciekawe, że zatoki w Szkocji zwą się jak jeziora, Loch. Niedaleko jest Holy Loch, na przykład.

Myślę, że nie mamy możliwości, by spacyfikować ludzi i nawet więcej, z różnych przyczyn nie chcemy tego robić, tłumić ich poglądów, uciszać, bić i zastraszać, to musimy pozwolić im funkcjonować. Nie mamy wpływu, kto gdzie chodzi, więc robiąc strefy wolne od LGBT ośmieszamy się, kręcimy bicz na siebie, wznosimy sobie getto.

Jest coś samobójczego w tym pójściu na wojnę, której wynik tak łatwo przewidzieć.

Uff, miało nie być takiej publicystyki, ale niech tam. Tak o tym myślałem podczas przeprawy przez ściskające się wody słodkiej Clyde i Wszechoceanu, kołyszące promem w rytm pomruków potężnego silnika.

Co zabawne, gdzieś w Glasgow odbywała się na dniach parada równości, której nie zauważyłem. Dowiedziałem się potem, że mają jakieś wewnętrzne rozłamy, albo tez konflikt z miastem, dokładnie nie pamiętam.

Wszystko to wyżej są to jedynie moje przemyślenia, oparte o ideę wolności słowa i myśli oraz o przekonanie, że w dłuższej perspektywie idee te służą ewangelizacji.

Każdemu wolno mieć inne zdanie.

Dieslowska kołysanka silników skończyła się, gdy prom Speedy pocałował Dunoon w nabrzeże.

Deszcz. Deszcz i to, co wiatr zdoła w formie wodnych okruszków zmieść z morskiego blatu, niczym pani, podająca mi gorący kubek mleka z odrobiną kawy, uśmiechem i uroczym oki-doki, hir y ar! Schłem i patrzyłem na niebieską flagę z białym krzyżem.

Tak sobie myślę, trochę filozoficznie:

Boże karanie idzie przez odebranie rozumu, czy też, pozostawienie zamysłom serc, na podobnej zasadzie, na jakiej zwykle nie słucha sie tego, kto mówi nie idź tam, to niebezpieczne, nie prowadź, nie w tym stanie, nie skacz, etc.

Z tą zasadą zgodzą się wszyscy, nawet ci, którzy uważają, że potępianie bicia dzieci na ulicy jest tak samo zbrodnicze wobec Polski jak potępianie bicia kukły przez dzieci na ulicach (pamiętacie Judasza?). Oni mogą sobie pomyśleć, że dobrze się podsumował!

Ci, którzy uważają, że przemoc rozwali w drobny mak ewangelizacje i duszpasterstwo, oni też się zgodzą i drżą, patrząc na to, co się dzieje. W końcu może, mimo odgłosów wojny kulturowej, polubią ten zwrot o karaniu przez odebranie rozumu Ci, którzy się wahają. Bo przy takim wyborze rozum jest bezcenny.

6 thoughts on “Szkocka Saga – na końcu Clyde, na początku oceanu.

  1. Ciekawa jestem, co dokładnie rozumiesz pod pojęciem „wojna ideologiczna”. Tak szczegółowo. Naprawdę jestem ciekawa. Bo ja tu widzę kilka róznych wojen. Albo jedną, tę najpierwotniejszą.

    Poza tym, z zachwytem czytałam Szkocką Sagę:) zwłaszcza o ogrodach!
    Pozdrawiam, Dyczek:)

    1. Mam na myśli to, jak ludzie się zachowują w mediach, zwłaszcza społecznościowych. To przekonanie, że są zawsze my i oni, choć definicja jest trudna, bo jak zauważyłaś, wojen jest wiele i są jeszcze pisane w, hmm, pierwotne rozdarcie świata, grzech i Łaskę, etc. Dzięki za miłe słowa:) Będzie jeszcze kilka wpisów o ogrodach!

      1. Zastanawia mnie, dlaczego piszesz, jakby to było coś nowego. Przecież „my i oni” było zawsze, kiedy ani społecznościowych, ani mediów w ogóle, jeszcze nie było. Myślisz, że teraz bardziej? Ale primo, mamy szybszy dostęp do informacji, secundo, były okresy wzmożeń, w ciągu ostatnich trzech, czterech tysięcy lat. No i po jednej i po drugiej stronie, jak fraktale, coraz drobniejsze podziały mnożą się w nieskonczoność. No i jeśli mówisz o grzechu i łasce, to po której one są stronie? Co Ty, jako ksiądz, sądzisz? Bo ja, jako heretyk, nie lubię tych, co biją. A niemądrzy są i po jednej i po drugiej stronie.
        Nie wiem, czy to wypada, tak się dopytywać, ale nie mam zadnego księdza z rozumem na podorędziu, a jestem ciekawa. Jeśli nie wypada, to więcej nie będę:)

        1. Spokojnie, wypada, sporo myślałem o Twoim pytaniu, ale nie wiem, czy chcę teraz spisywać pełną odpowiedź, nie ze względu na jej treść, ale na to, że mam ten wyjazd, trochę pracę, a trochę wakacje. Ogólnie, to przypuszczam, że myślimy podobnie. Jasne, że nic nowego. Jasne, że po obu stronach.

          Co do tych, którzy biją dzieci na ulicach, to mam nadzieję, że stłucze ich i zamknie państwo Polskie, od tego jest ten Lewiatan.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.