dziennik z wyprawy do Szkocji

Szkocka Saga – z Wody

Uniosłem do góry klamkę, żegnając się z suchą plebanią, przekręciłem klucz, a wyżej, nad Coatbrigde, anioł chmur odkręcał zastępy kraników, chmary pryszniców, kropił wszystkimi kropielnicami wszechświata. Jednocześnie była mżawka i dorodny, tłusty deszcz, dobrze, że niebieskie wagony odchodzą prawie, że za rogiem.

Wsiadłem i było pusto, albo towarzystwo szkockie i zagraniczne już pojechało do pracy, albo dopiero z łóżek wyskakują jak tosty i za jakiś czas dopiero do Glasgow pojadą.

Wysiadłem na Queens street i poszedłem na Central, skąd odchodzą do Gourock, po torach uprzejmie towarzyszących Clyde w jej drodze do morza.

Tu pierwszy raz zawiódł mnie rozkład jazdy. Internety szkockiej kolei głosiły, że tor 8F, a okazało się, że czternasty.

No, zdążyłem, jeszcze bramki. Zielone, bilet, cyk, bilet, otwarte. Taka prosta ta Europa, ta Szkocja, że sobie radzę. No, tylko biletu zapomniałem wyjąć i kolejowa lassie parska lekko i mi go podaje.

Przypomniała mi się pielgrzymka do Ars w roku kapłańskim i krótka, acz nierówna walka księży naszej diecezji, między nimi doktorów, doktorów habilitowanych, kanoników i prałatów oraz adwokata Roty rzymskiej z bramką metra w Lyonie. Po gwałtownych zmaganiach ogłosił rozejm jeden z kleryków, który przystał na wymagania niezłomnej bramki i pokazał bilet.

Tu było prawie tak samo wesoło, choć krócej i bez tamtego biblijnego rozmachu.

Jadę do Gourock.

Po drodze okazało się, że wszystkie dni stworzenia wypadły w ten poniedziałek.

Woda u sklepienia łączyła się z wodami pod sklepieniem, a światło było z domieszką ciemności, choć nawet ona rozpuszczała się w tym dniu. Akt stworzenia jest dzisiaj, albo dopiero jutro, a teraz trwa przygotowanie. Wszystko powstaje z wody. Patrzę przez okno na mokre miasteczka i nasypy, na mgliste powierzchnie i widzę Talesa, który słucha opowieści greckiego marynarza, którego rzuciło na te wybrzeża, tu naprawdę obowiązuje filozofia, że całość rodzi się z wody. Oto w morzu jest kamyk, z którego da się księżyc zrobić, w chmurach rozpuszczone już dla niego światło. Oto anioł bierze z wybrzeża szkło butelki, wzbija się i leci do góry, z niego wykrzesane będzie słońce, bo mgła już rzednie, a z wody powstają żywopłoty, pociągi, mewy, parkingi i bloki, te z zasłoniętymi oknami oraz te z wybitymi szybami, a także furtka, trawnik, drzwi, miękki chodnik, sypialnia, a w niej z wody wzięci mężczyzna i kobieta, budzą się w pofalowanej pościeli i dłoń szuka dłoni, i to jest iskra, która spowoduje zapłon nicości, pytali mądrzy rabini, czy nie Ona jest najświętszą z ksiąg, Pieśń nad Pieśniami, bo ona przypomina, że Miłość z nicości wszystko i z mokrości wydobywa, miasta i skały, i drzewa i płoty, i deszcz na dachu, i szum lodówki, cały leniwy poranek i nawet, obok domu, na torach, na chwilę księdza polskiego, co go pociąg wiezie w szkockie nieznane.

Może niezupełnie nieznane, jadę do Benmore, na drzewa.

Ksiądz wysiadł z pociągu nadal mokry jak pies i to była droga tego poranka, przez płodowe wody Szkocji. Byłem jak Neo, kto jeszcze ten film pamięta, którego wyrzuciło z mechanicznej macicy, szeroko oczy na świat otwierałem i mokry wspinałem się uliczkami Gourock,, walcząc z pokusą kawy. Trzeba zawlec się aż na prom.

Zapach lip w tamtym deszczu.

Kupić bilety można na promie, ale tego dowiaduję się w ciepłym miłym biurze od ciepłej i milej pani, jest krem odkażający przy wejściu i milion ładnych ulotek, biorę tę z godzinami rejsów.

Okazuje się, że mają drukarkę HP na pokładzie tego małego promu, tyle, jeśli chodzi o wifi, w pociągu też nie działało.

ak w dzieciństwie do bólu na koniku bujanym, teen rejs przez morskie deszcze.
Wysiadam mimo to bez choroby i wita mnie Donoon kiepskim muralem. Ale za to wzgórze z flagą Szkocji na maszcie! Flaga też, jak ja, wyłania się z prawody, dumna, jakby od urodzenia miała długie życie za sobą, pełne kamiennych tronów, rudych księżniczek, namolnych Anglików i wojen Celticu z Rangersami. Obok kafejka. Wpadam na mleko z kroplą kawy, ale pani mówi oki-doki tak ładnie, a obok siedzą starzy Szkoci tak zadowoleni i spokojni, że się na to mleko nie gniewam. Między stolikami gadają o przejęciu brytyjskiego statku przez Iran.

Robi się przetarcie w chmurach na Północy. Góry parują, a busy West Coast Company kursują jak chcą, w nosie mając rozkłady i jedynego turystę, który je czyta. Kilku taksówkarzy to tak naprawdę pasterze owiec zaa oceanu, strzygący ich zieloną wełnę dolarów, rzut oka na mnie wystarcza, by stracili zainteresowanie, jak mewa pustym opakowaniem po rybie z frytkami.

Chioroba, nie jestem turysta, jeśli ktoś moknie, jak ja, jest odkrywcą, zdobywcą, konkwistadorem i polarnikiem, i psem pasterskim swych własnych marzeń!

Nie wiadomo, kiedy bus do ogrodu. Idę na Doonon.

Rośliny inwazyjne są wszędzie, zwlaszcza dwa gatunki, jeden ze Stanów, drugi z Chin, gdyby ktoś szukał zręcznych symboli współczesności. Ale to nie do końca uczciwe, mówić o obcości fioletowych i różowych kwiatów. W końcu wszelkie życie jest inwazją, nie ma nic rdzennie szkockiego, co by niegdyś z praoceanu nie wylazło w tym miejscu, czy innym.

Ba, nawet skały, nawet sama Szkocka ziemia kiedyś wylazła, przez pulsowanie magmy w sercu planety.

Jest w Dunoon kościół Kirku, świątynia prezbiterianów.

Pan coś przed nim w ogrodzie robi, dziś nie ma nabożeństwa, ogólnie jest rzadko, zaledwie jedno w niedzielę. Myślę przez chwilę, że ten pan to może pastor, ale musiałby mieć na imię Cecilia, bo tak głosi tabliczka, więc może pastoruje tu jego żona, albo córka, albo chlebodawczyni po prostu.

Jako protip podróżniczy niech będzie to, że w lokalnym markecie bukiet słoneczników kosztuje tyle, ile na murku w Lublinie.

W końcu łapię bus do Benmore. Od razu można kupić powrotny oraz wstep do ogrodu. Dunoon żegna mnie starszą panią na wózku samojezdnym, w szlafroku i z papierosem w ustach.

Gdy wysiadam pośród wielkich drzew, zaważam, że udało się wreszcie wykrzesać coś ze słońca! Błękitne oczy Szkocji powoli się przecierają.

Wejście do ogrodu jest jednocześnie jego główną atrakcją. Staję na początku i długo patrze, choć nie da rady objąć wzrokiem. Ponoć mają tu lepiej, niż w swojej ojczyźnie. Od stu pięćdziesięciu lat swej młodości rok w rok biją rekordy przyrostu. 57, 54, 55 metrów i tak czterdzieści dziewięć razy, a to dopiero początek!

Wyobrażam sobie bogatego handlarza drewnem, jak patrzy na Szkotów niosących sadzonki z nasion, co przypłynęły tu aż z gór Kalifornii. Nowy właściciel tej mokrej doliny zamyka oczy. Wie, że sadzi zbyt gęsto, że za tysiąc lat będzie problem a za dwa tysiące prawdziwy kłopot dla roślin, ale wybaczmy mu. Jest Amerykaninem, liczy, że jeszcze pare lat pożyje i liczy też, że siewki się przyjmą i podrosną choć parę metrów, i aleja będzie cieszyła oko.

Sekwoja. Sequoiodendron giganteum, mamutowiec olbrzymi. Największe skupisko poza Górami Skalistymi, najokazalsze okazy w Europie.

Ale największy zachwyt to wcale nie zobaczenie. Ani nie ich szum niebosiężny, ani ich oddech, choć to, co robią z powietrzem te drzewa, jest niesamowite.

Dotyk!

Te drzewa nad drzewami są miękkie. Pień tej sekwoi, którą dotykam, jest jak miś pluszowy. Pień tej obok, jest jak habit na nieco grubszym kapucynie, kora innej jest jak stara kanapa obita skórą i wytarta, w jakimś zakładzie fryzjerskim w Glasgow, gdzie nożyczki słyszały więcej historii, niż przecięły włosów. Kolejna, bo chodzę i każdej dotykam, jest jak starożytny mój bujany konik, nawet barwy tej samej. W końcu jest ciepła jak żywe zwierzę.

Park prosi, by tej sierści, tej kory, tego pluszu nie zrywać. To żywe istoty!

Skąd 49 w alei, czyżby chciał uczcić liczbę Stanów? Nie, wtedy była trochę mniejsza. Przy pustym miejscu rzecz tłumaczy tabliczka:

Wielkie drzewa połamane jak zapałki, leżały zwalone jedno na drugie, i choć mieszkam zaledwie pół mili stąd, to zajęło mi pól godziny, zanim się przedostałem. Tyle Ian Potts o huraganie, co 11 stycznia 1968 roku przeszedł nad tymi górami. To pewnie była ta burza, która w tamtym roku przyniosła rewolucję obyczajową Europie. Od 1968 właśnie mogą być Cecilie tutaj pastorkami.

Benmore nie daje się opisać. Za mało medytowałem nad słowem zieleń, wszystkie przypadki polskiego to o wiele za mało, by jej rozmach tu opisać.

Nikt nie wiedział, gdzie to jest, ten ogród. A ja chodziłem z ulotką, którą gdzieś w Glasgow wygrzebałem i pytałem parafian, nikt nie wiedział. Szkoci nie byli, inne miejsca sugerowali, ale mnie te sekwoje trzymały za głowę i nie puszczały. Mimo to się wahałem. Aż jedna pani Kasia, gdy opowiedziałem, gdzie to jest, odrzekła, że jechać, bo będę zadowolony samą drogą.

To prawda. Ale że droga długa, a wieczorem msza, mam trochę ponad godzinę na bieganie po tym lesie.

Bhutan mi przypadł do gustu. Stoki Benmore obsadzone jak Himalaje. Tym bardziej, że dziś taka moda na ośmiotysięczniki, że ludzie stoją w kolejkach długich jak ta na otwarcie Lidla w Łęcznej, a że podobnie są spokojni, to co rusz ktoś spada. Powiadam wam uroczyście, myślę sobie, chodząc między himalajskimi krzakami, że kiedyś przyjdzie moda, dla odmiany, na wyjazdy w miejsca nieciekawe!

Wtedy miliarderzy incognito bedą chodzić do muzeum diecezjalnego w Drohiczynie. Będzie faza na miejsca nie pierwszej ciekawości. W myśl tej prawdy z apokryfu Tomasza, że to, co wysokie, stanie się tym, co niskie, to co na zewnątrz tym, co wewnątrz. Góra stanie się dolinem, a dolina, górem! Na razie ten ogród jest niesamowity. W maju, jak sugeruje strona, różaneczniki kwitną tak obficie, że jedyne adekwatne słowo to zamieszki.

Kuszą mnie kajaki przy pałacu parkowym, studzi prawdopodobna cena skąpania się w zimnym strumieniu.

Nawet eukaliptusy mają się tu świetnie, co mówi nieco o przebiegu zimy. Plakietka obiecuje, ze te rośliny kochają pić, a jeśli przyłożysz ucho do pnia, to usłyszysz, jak pompują wodę. Najpierw słyszę swoje własne serce i krew, ale potem wychwytuję, jak drzewo szumi w środku wodą.

Myślę, że to królestwo niebieskie eukaliptusów. Czasem jest chłodno i zdarzają się przeciągi, ale za to nie ma mowy o straszliwej australijskiej suszy.

Tylko że wyszedłem tym tekstem poza limit znaków i poza czas publikacji Niech więc postoję sobie do jutra z uchem na eukaliptusie.

One Reply to “Szkocka Saga – z Wody”

  1. Dwie godziny temu kupiłem w sklepie kilogram cukierków euakaliptusowych 🙂

    Przyłożenie ucha skojarzyło mi się z grobem św. Nauma. Legenda głosi, że jak się przyłoży ucho do grobowca, można usłyszeć bicie serca świętego.

    Odkryłem blog niedawno i super się czyta.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.