dziennik z wyprawy do Szkocji

Szkocka Saga – krasnal na mamucie pędzi przez Słońcję!

Przerwałem na słuchaniu wody w eukaliptusie. Gdybym rzeczywiście stał tam przez dwadzieścia godzin i jakimś cudem umknął czujnej uwadze pasterzy drzew, ogrodników z Benmore, to mógłbym pobić rekord Europy w słuchaniu tego drzewa przyłożonym uchem! Rekord Europy, bo gdy miałem pisać świata, anioł stróż przypomniał mi z uśmiechem zagadkowym, że Australia jest krainą wielu tajemnic i niewykluczone, że jakaś inicjacja, czy święcenia na szamana, czy też, z lżejszych rzeczy, jakiś piwny zakład i ktoś tam stał dłużej z uchem do pnia przyłożonym, słuchając, jak drzewo chciwie pije gruntowe wody.

W Benmore, gdzie góry Szkocji schodzą w morze, eukaliptusy mogą pić bez miary.

Wszystko im się tu udaje przez tę wodę. Podlewają deszcze, a ogrzewa Golfsztrom, ta rzeka płynąca pod powierzchnią oceanu od Meksyku aż po Portugalię, Francję, Wyspy i dalej, rzeka nagrzana w tropikach niby kot, którego w Glasgow przyłapałem na obszernym kamieniu. Słowem, prąd zatokowy troszczy się o drzewa z rozmaitych klimatów.

W Polsce na najbardziej okazałą sekwoję załatwił drwal mróz jeszcze w latach trzydziestych.

Tu zaś nawet eukaliptusy mają się świetnie.

Cały ogród Benmore jest zresztą cudnie zarośnięty i z liści wprost promieniuje roślinne szczęście. Jest część japońska, himalajska, chilijska, jest też ładna szklarnia na paprocie, z tych drzewiastych, co swego czasu z ulgą odetchnęły, gdy meteor zreformował dinozaury.

Zbyt szybko skończył mi się czas w ogrodzie.

Pod koniec w zasadzie biegłem, zazdroszcząc temu pyskatemu młodzieńcowi, którym byłem, jego po górach bezbolesnego biegania.

Zatrzymały mnie sekwoje. uzmysłowiłem sobie, że nawet, gdybym wlazł na ujeżdżonego mamuta i siedział na nim z husarskimi skrzydłami, i lancę miał ułańską z proporczykiem białoniebieskim, białoczernownym i papieskim, i tak bym wyglądał jak krasnoludek na chomiku na  jadący do biedronki po jagody, zbrojny na wypadek łasicy!

Są ogromne, te czterdzieści dziewięć siewek, którym już za tysiąc lat będzie tu za gęsto.

A przy całej swej potędze są sekwoje tak kojące, emanują spokojem, jaki daje drzewu świadomość nieuchronnego przyrostu słoi. Ciekawe, że przed ostatnim zlodowaceniem były u siebie nie tylko w Kalifornii, ale też u nas, w Europie.

Nie byłbym sobą, gdybym mimo wszystko korony dla najpiękniejszej roślinki nie ofiarował, żegnając się z Benmore, nie sekwoi, ani paproci, ani drzewu koali, lecz stokrotce! Wybrałem jedną uroczą, trzy metry na wprost od siódmego drzewa po lewej stronie. Uśmiechnęła się pięknie do zdjęcia, niepomna na zazdrość innych stokrotek, nie mówiąc o drzewach.

Ja też się uśmiechnąłem, a uśmiech ten zaraz zamarł, bo słychać, że bus jedzie!

Przebiegłem przez kawiarenkę i sklep z wytworami, licząc, że West Coast Bus Company, kompania zachodniobusowa, będzie jednak kursować w jakimś związku z rozkładem.

Pana w pojeździe czerwonym i odrapanym złapałem, jak na parkingu ogrodowym zawracał do Dunoon. Postawił fajkę na moim bilecie, chyba, bym nie kursował na jednym w nieskończoność po tej piętnastokilometrowej trasie, nacisnął guzik drzwi, spojrzał w prawo lewo, albo w lewo prawo, wyjechał na trasę.

Powinien był powiedzieć, wchodzimy w nadświetlną. Pani co mnie tu przywiozła, bała się śmierci, a ten tu kierowca nie. Dawno nie jechałem przez góry z taką prędkością. Chyba było to w Armenii, gdyśmy z Arytomem przez rajskie doliny śmigali jak wąż się wijące i przepiękne. Aż mi się piosenki przypomniały ormiańskie i na przemian z Flower of Scotland przez zaciśnięte zęby je nuciłem.

Chłop nie bał się śmierci. Czyżby walczył na Falklandach? A może na pierwszy Irak się załapał i śmigał Harierrem ponad sowieckimi czołgami biednych sług Saddama? Ale nie, myślę sobie, to tylko rutyna robi takie rzeczy, miał tak też facet, który woził mnie busem z wioski do Lublina do szkoły. Zwłaszcza, jak dyskutowaliśmy, a był świadkiem, to ludzie na pokładzie też stawali się świadkami, jak groźna może być teologia, gdy noga chce wspomóc walkę słowną wyżyciem się na pedale gazu.

Ten gość tutaj musi jeździć od czasu, gdy benmorskie sekwoje były niższe gdzieś o siedem metrów.

Ale wszystko było do wybaczenia, bo druga część dnia okazała się mieć słońce za wezwanie!

Ale pięknie! Nawet nie tyle Szkocja w słońcu, ile Słońcja w szkocju, pomyślałem.

Wczoraj zacząłem mistycznie, od stworzenia świata z mokrości, to sprawozdanie z odwiedzin u drzew w botanicznym ogrodzie. Skończę też mistycznie, w pewnym momencie pan busiarz musiał zwolnić, bo jakieś bmw stwierdziło, że warto się jednak wlec po wąskiej i zabudowanej już drodze, i dobrze, że zwolnił, bo cudne istoty zatrzymały go na żądanie, ludzie młodzi jak sama wiosna, jakby nie dawało się ich jeszcze zaznaczyć na żadnym przekroju sekwoi, jaśni w słońcu, uśmiechnięci, celtyccy niby zieleń Irlandii. Poubierani jak hipisi, dwie pary z dwójką małych, cudne i jasne istoty, nie potrafiłem orzec, czy to rodzeństwo dla maluchów, czy rodzice.

Miałem ochotę podejść po podróży i zapytać, co planują, nie zdziwiłbym się, gdyby powiedzieli, że mają ze sobą garnek złota i idą go ukryć na końcu tęczy, gdzieś między skałami, gdzie Clyde całuje się z oceanem.

Niestety, wysiedli przy markecie i objawienie się skończyło, bańka prysła o napis Tesko.

Byli jaśni jak aniołowie, którzy świętą Bride we śnie przenieśli nad morzami, nad Alpami, nad Rzymami i wyspami cieplejszego morza, by zobaczyła, i opowiedziała druidom, elfom i całej reszcie, co się w Betlejem zdarzyło w pewnej grocie.

Kwiaty Szkocji.

Niech mi się przypomną wśród kamieni Edynburga, bym tym, co martwe, zbytnio się nie zachwycał!

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.