dziennik z wyprawy do Szkocji

Kazanie w Coatbridge

Nie mogę powiedzieć, by dławiła mnie w Szkocji tęsknota za polskimi kaznodziejami, ale wczoraj zapaliła mi się lampka ciekawości i to na czerwono, w kolorze płomieni, co pożarły Sodomę. Więc to o tym będzie pierwsze czytanie!Aż zamknąłem oczy i dostałem skrzydeł i wzleciałem nad Polskę, oglądałem jak podczas wyprawy rowerowej, podczas pilnowania dzieci na oazie, spaceru z psem, strojenia gitary, mycia samochodu przy plebanii, wpisywania słów kluczy w goglach, a nawet podczas siedzenia w pokoju pośród chmary pootwieranych komentarzy układają się klocki przepowiadania.

Jest ryzyko w tym targowaniu się Boga z Abrahamem, by je wziąć na temat kazania, ale kusi nagroda, przyobiecana tym, jak to nam jeden wychowawca malował, którzy potrafią stanąć na ambonie zarówno z Biblią, jak i z gazetą, i tak powiedzieć, by trafić w aktualne sedno.

Co jest tym aktualnym sednem? Wystarczy czytanie zbioru świętych Zwojów sprzed wielu wiosen, w tłumaczeniu rozmaitych księży, z których pewnie większość spotkała się z ich Koautorem w Jego Domu w Niebie? A może czytanie gazety? Albo gazet, jeśli tak, to ilu, może też portali, blogów, albo solidnych opracowań, książek i badań naukowych, by móc, w miejsce łzawego przykładu wstawić sakramentalne „jak amerykańscy naukowcy dowiedli”?

Przypomina mi się, jak ojciec Augustyn podczas prowadzenia nas przez trzydziestodniową pustynię cytował Dostojewskiego, że nie zna ludzkość gorszego tyrana, niż półnauka, a dziś, dodawał, to nawet nie pół, a jeno ćwierć. Nie mówił oczywiście o poważnej ekspertyzie, ale o tym, co jest zdolna zrobić z tym czy innym jej fragmentem ludzka głupota.

Może ją ma na myśli Pan Jezus, również ją, bo przecież także inne rzeczy, nieczystość i przemoc między innymi, gdy powie dziś do dobrych katolików na całym świecie swe odwieczne nawet wy, choć źli jesteście…

Ale co ma zrobić ksiądz, właśnie taki zły, by jednak wykonać to minimum i dać dobre dary swoim duchowym dzieciom? Żartowałem wczoraj z tutejszymi, że danie węża oznacza kazanie długie jak anakonda. Ale tak na poważnie, czy wystarczy zderzyć ze sobą zbiór natchnionych Pism i zbiór nienatchnionych gazet? Odpowiedź jest jasna, ale pytanie pozostaje, czego zatem jeszcze trzeba.

Powiedzmy, że coś bym dodał do Biblii i gazety. Jeśli wyobrażamy sobie, kaznodzieję, który stoi przed mikrofonem, po prawicy Biblia, po lewicy gazeta (nie sugeruję, że będzie zaraz potępiał). Czego mu jeszcze trzeba? Szukałbym w okolicach głowy i może też tułowia, między mózgiem, a sercem, a może nawet sięgnąłbym po najtrudniejszy wyraz całego chrześcijańskiego słownika.

Z modlitwą jest ściśle tak, jak z manną, nie można jej sobie nazbierać, albo się jej nauczyć, jest jak wejście do rzeki, albo do oceanu i na całym internecie, ani nawet na Sacro Expo w Kielcach nie dostaniesz tego w wersji wygodniej i kieszonkowej, na zawołanie.

Modlitwa prawdziwego połączenia z Bogiem i tym, co Jego. A co jest Jego? Wszystko. Jest nawet w Biblii Tysiąclecia zdanie zabezpieczone gwiazdką przypisu, byśmy nie pobłądzili, że On jest Wszystkim.

Jest ryzyko w tym targowaniu się Boga z Abrahamem, by je wziąć na temat kazania, bo to właśnie On targuje się z człowiekiem, a nie odwrotnie, albo wręcz, niech mi wybaczą dogmatycy, widzimy tam Jego odwieczne targowanie się o nas. Rzeczy w Biblii nie są takie, jakimi się wydają, możesz znać Zwoje, a potem idziesz z ciekawości na kazanie tego Włóczęgi z Nazaretu i nudzisz się potwornie, by naraz obudzić się na słowa wszyscy bogami jesteście i zapłonąć oburzeniem gorętszym, niż Gomora.

I porwać za kamienie. Ale rozsądny siewca, pomny na przypowieść, oczyszcza kazane z kamieni i delikatnie na bok je odrzuca.

Jest ryzyko w tym targowaniu się Boga z Abrahamem, by je wziąć na temat kazania i ja się temu ryzyku wywinąłem, nie jestem pewien, ale chyba powiem takie coś dzisiaj, potem go połączę z tym pukaniem, szelestem szukania, z tą prośbą szeptaną, co je dziś w Ewangelii słychać:

Oto Rzym dostrzegł zasługi pewnego biskupa i woła go do kongregacji. Może sobie wziąć na pomocnika jednego ze swoich księży, więc zrobi test, kogo zabrać. Oto, bracia, mam przy boku papieża dialog ze współczesnością prowadzić. Jednego z was biorę ze sobą. Macie tydzień, by się przygotować, a ja potem zapytam, co się dzieje na świecie i stąd będę wiedział, komu łaska takiej służby i ładne mieszkanko z tarasem przypadnie.

Pierwszy kapłan wskoczył w internety. W krótkim czasie poznały go wszystkie portale informacyjne i to w dziewiętnastu językach!

Drugi wskoczył w biblioteki i cyfrowo wypożyczał i na Audible kupował, żeby nawet auto prowadząc, rozszerzać swój horyzont.

Trzeci nie robił nic.

Nastał dzień testu, każdy się domyśla, kto wygra, ale oddajmy jednak głos biskupowi, który najpierw ich zapytał, co się dzieje na świecie?

Pierwszy powiedział newsy prawdziwe i fałszywe.

Drugi powiedział, jaka stoi za nim mechanika.

Trzeci powiedział, że na świecie dzieje się tyle, że biją dzwony, na pogrzeb, na ślub, na chrzest, rano, w południe i wieczorem. To tyle, zapytał biskup, na co ten pokiwał, tak, ekscelencjo, to Sedno.

Nie mogę się zdecydować, kogo zabrać, powiedział pasterz, ale udało mu się drugie mieszkanie wynegocjować, także tylko ten poeta od dzwonów został. W końcu życie to nie przykład homiletyczny. Tyle, że można mieć nadzieję, że gdy biły dzwony, to biskup ten, hen, tam na Watykanie, dumał nad jego głupią odpowiedzią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.