dziennik z wyprawy do Szkocji

Egzorcyzmy masońskiej księgarni

Gdy się obudziłem, on, jak zwykle, nie spał i się uśmiechał. Myślałem, że to ot tak, zawodowo, ale po prostu już wiedział, że będzie ten dzień od morza do morza, a konkretnie, to od Świętej Trójcy i Wszystkich Świętych, przez Woltera i Rosseau, po Marię i Toma, taki dzień!

Na koniec aż go wyściskałem, mojego anioła, mam go od poczęcia, ale cieszy, że się tak ładnie wyrabia!

Świętym, którego opuściłem dla Woltera, był Steven, tam mszę odprawiłem czwartkową i z międzylądowaniem na plebanii ruszyłem na polowanie. Nie tyle, że bezkrwawe łowy, ile, że książki!

Księgarnia, co ją znam z polecenia, zwie się Voltaire&Rosseau, Glasgow Ontago Lane 12. Z taką nazwą raczej nie jest katolicka, myślę sobie, pakując aparat do torby, ale zaraz patrzę na Pana Jezusa, jak się znad Swego Serca do wszystkich uśmiecha na plebanijnym korytarzu, no i głupio mi się robi, bo chyba ekskomunikowani to aż nie byli, ani Wolter, ani Jan Jakub R., może nawet kolędę przyjmowali, kto wie, zdaje się, że u pierwszego to nawet po księdza posłali, gdy się żegnał, swoją drogą, że na polecenie wyrzeknijże się diabła, francuski filozofie, padło słynne, nie czas sobie robić wrogów, ojcze, co, pod pewnym kątem, brzmi nawet pokornie w ustach Woltera.

No, z drugiej strony, ta dwójka oświeceniowych myślicieli, nie ukrywajmy, nie byli to najbardziej fanatyczni na Ziemi klerykałowie.

Nie należeli do Rodziny Radia Maryja, do Kik-u nawet, nie dostali nagrody Tempeltona, ani medalu Lumen Mundi. Podejrzewam, że dlatego moi wykładowcy w seminarium nie byli ich fanami, do tego stopnia, że jeśli o. Krąpiec był Celtic, to Wolter był Rangers, a jeśli siostra Zdybicka była Hibs, to Rosseau był Hearts i nasi zawsze kibicowali dokładnie drugiej stronie, niż to francuskie oświecenie.

Na pewno też księgarnia, dla której wybieram się w podróż (jeszcze z powrotem na górę, wyjąć komórkę z ładowarki!) nie jest najbardziej katolicką w znanym kosmosie.

Ustępuje na tym polu na przykład tej przeuroczej piwniczce Naszego Dziennika, gdzie każdy idący Trzeciego Maja może zajść i u profesora Krajskiego sprawdzić liczbę i zasięg występowania masonerii w Polsce, dane aktualne, na każdy rok, albo dowiedzieć się o dziejach ojczystych, albo, to dla koneserów, kupić album z papieżem na bierzmowanie. Muszę zajść tam, jak do Lublina wrócę, notuję sobie i jeszcze z uśmiechem dodaję, zamykając drzwi od plebanii, że jak znajdę album z Janem Pawłem w Voltaire&Rosseau, to dam sobie wyciąć tonsurę na głowie!

Dwieście metrów dalej, mniej więcej przy domku z żółtymi różami, mrozi mnie ta przysięga, nagle pamiętam, że w muzeum tutejszym znalazłem już papieski talerz.

Ciekawe, co myśleli ludzie czekający w Coatdyke na Edinburgh z jednej strony, a drugiej na Glasgow, jak wzdłuż torów z napięciem chodziłem. Albo jedzie pierwszy raz do pracy rybę i fryty smażyć i polewać octem, albo ma national lottery zwycięski los. A mnie książki tak rozsadzały.

Słowem, dusza moja już była w księgarni, a nogi, scotrail i glasgow metro miały jej pomóc połączyć się z ciałem.

Są sieciówki, takie brytyjskie empiki, w których też są oferty że niby dwie za pięć, czyli dwie książki za jedną buzie Eli na niebieskim nocie, ale, ale, choć mnie tam Hemingweye i Welshe kusiły, a stary drań MacCarthy zmusił prawie do publicznego ucałowania Wszystkich pięknych koni, to jednak się powstrzymałem. Nie było klimatu.

Nie tyle, że nie chciałem zaraz papieru do dźwigania, ile chciało mi się grzebać w papierowych hałdach. Hałdy powstają, gdy ludzie kopią w myślach, niezależnie, czy węgiel czy złoto, czy tylko biały kamień. Jako produkt uboczny tego, co Larkin tak celnie porównał do kopania torfu, czyli pisania, są książki, te kamienie z papieru i ja je od dziecka kocham, niestety, wiele mnie przez to biedy jak dotąd spotkało, choćby przez to, że to dziwactwo, ale spokojnie, już się przyzwyczaiłem, pogodziłem i lubię siebie z tym niezachowawczym instynktem, co mnie do księgarń wiedzie. Więc taka z hałdami, ze stertami tych kamieni zadrukowanych!

Jak Sknerus McKwacz z komiksu grubego chciałem przez chwilę mieć basen pełen nie monet, tylko, no właśnie, już wiecie, czego.

Była awaria prądu tego dnia, w Szkocji także może się zepsuć, zwłaszcza w upał,  ale opanowali szybko i ładnie. Im bliżej byliśmy miasta, tym bardziej się cieszyłem.

Tak lubię Glasgow, że mi skacze endorfina jak przy czekoladzie lub głaskaniu psa, ilekroć w nim wysiadam i biegnę po schodach na High Street station i mijam tę samą reklamę o ucieczkach dzieci z kosmiczną liczbą i nawet do niej się uśmiecham.

Potem idę całkiem roześmiany, stawiam kroki szeroko, jak cyrkiel na mapie gdzieś na high seas, gdy kapitan wyliczał trasę, za dawnych dni, gdy świat jeszcze nie zmalał, gdy go samoloty w kulkę szklanną nie zamieniły, a czy wiecie, misie, że w Glasgow właśnie robili statki dla Brytanii, by mogła rule the sea, rządzić morzami, choć pewnie jakby tamtych stoczniowców popytać, to by wyrazili swoje zdanie, czym jest w stanie rządzić dumne plemię Anglików. I to też lubię w Glasgow.

Polityk wychodzi tu i mówi we are mongrel nation, jesteśmy narodem kundli i mówi to z najwyższą możliwą u człowieka dumą.

Przez ulice pełne turystów i lokalsów we wszystkich kolorach docieram do metro station, wsiadam, choć małe to, pośpieszne i rozdygotane. Cóż, gdy dowozi w dwie chwile.

Dzień był niesamowicie upalny, słońce się ulicami Glasgow pięknie zajęło.

Metro wypuszcza nad rzeczką Kelwin, szerszą sporo, niż Bystrzyca, z pół metra węższą, niż Wieprz.

Tu na drodze do Woltera stanęła pokusa. Deep Inn. Jak fajnie stoją nad wodą i oparci o poręcz, jak miło gawędzą, myślałem, chowając na moście aparat po zdjęciu.

Po straszliwej walce wewnętrznej wstąpiłem tam na piwo.

Ustąpiłem sobie głównie dla względów kulturowych. Wszedłem, by poznać ludzi i zwyczaje. Przemogłem się, mimo, że było bardzo gorąco. Jedyne, co podnosiło na duchu, gdy wychylałem pintę przy temperaturze wielu kelwinów, wśród roześmianych ludzi i szczęśliwych psów, było to, że nie przełamywałem sierpniowej abstynencji, a jedynie wykańczałem lipiec. Wolter i Rosseau czekają jedynie parę kroków stąd, myślałem.

CDN.

Poza dokończeniem księgarni będzie jeszcze o Edynburgu, o Glasgow oczywiście, o grze w bingo, o kolejnym ogrodzie botanicznym, o ptakach i zwierzętach, o dwu Szkocjach, o tym i o tamtym, nie wiem, czy do powrotu się zmieszczę, ale jeśli tak, to również o dzisiejszym Lochu.

7 Replies to “Egzorcyzmy masońskiej księgarni”

  1. Podobno dostrzegamy u innych te przywary,które sami posiadamy;-).A tak poważnie:nie znam Autora,ale mam wrażenie,że lubi siebie i lubi ludzi,jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.