dziennik z wyprawy do Szkocji

Na książkowych hałdach Glasgow i pod spodem

Tak, jakby ktoś pstryknął palcami nad Glasgow, przytłumiony huk i jakby wyładowanie, no i kot mi mignął uśmiechnięty nad puszką kawioru. To chyba upał, a piwo nie pomaga! Poprosiłem Marka, by powtórzył, a on spod kaszkietu i znad pinty powiedział z uśmiechem, walczę o przyszłość Glasgow. Mark jest pediatrą, jak moja Mama. Siedzę w zielonej koszulce z napisem nieznajomy to przyjaciel, którego jeszcze nie spotkałeś, naprzeciw mnie żywy dowód, że t-shirty miewają rację.

Mark to kolejny Szkot nie tylko przemiły i wolny od spiny, ale jeszcze świadomy, że rozmawia z Polakiem. Jak wszyscy, których spotkałem, stwierdza, nie mieliście łatwo, bo Russians, bo Germans, bo domek wasz u zbiegu ulic młota i kowadła, a i sierpa czasem, i kosy w trupich rękach. Jeszcze żyjemy i nie zginęła, przerywam i dodaję, że wszyscy cierpieli. Mark uśmiecha się smutno, pediatrzy coś o tym wiedzą.

Miłość do lekarzy mam wrodzoną i dobrze mi się z Markiem rozmawia, po chwili przychodzi jego przyjaciółka i dokańczam piwo, by nie zagracać ich spotkania, ale są przemili i skorzy, więc siedzę jeszcze nad rzeką. Mówię, że mnie w Szkocji nie tyle lochy zimne i gleny zielone i hille zaowczone, i mgliste beny, czy keepy na nich z kamieni, oraz że nie Edynburg i nawet nie Glasgow, ale, że ludzie. Zwłaszcza mali, zwierzam się, ku ogólnej wesołości, że gdyby nie wiadomo, co, to bym robił zdjęcia spotkanym na ulicach dzieciom. Chłopaki, na oko w okolicach bierzmowania, przysłuchują się ze stolika, co obok, co raz parskają śmiechem, zdziwieni księdzem w tak egzotycznej wersji i ciekawi, czy mu jedna pinta starczy.

Starczyła. Pożegnałem się i po chwili już wchodzę na uliczkę, z tych, co to oglądają niezliczonych turystów, ale każdy, gdy ją odkrywa, to sobie myśli, że jest pierwszym tu podróżnikiem.

Jest szyld Rosseau&Voltaire.

Drzwi wcześniej! sklep z winylami!

Tam wejdę następnym razem, dziś nie zdążę, ale wejdę, wejdę, nie tyle po czarny krążek, ile po okładkę, wejdę i zapytam o Sergio Medesa, pani miła poszuka tej igły w stogu płyt i znajdzie! Nią przebije balon moich oczekiwań, iskry radości i wybuch śmiechu, a jeszcze zapyta, czy może chcę plakat, pewnie! Za plakat Sergia, ten, gdzie stoi z paniami z Brasil 66 w zieleni, zastawiłbym własną katedrę wraz ze sprzętem, no może bez posadzki, bo w końcu na niej leżałem. Już bez głupich żartów, ale  byłoby szczęście, wyjść z płytą i z plakatem i jeszcze jakieś funty ocalić!

Ech, marzenia!

Od tej pory będzie całkowicie na poważnie. Zawieszam wszelkie elementy marzeń, bajań, gawęd klerykalnych i nie, literatury fantastycznej i przekraczam linię, za którą ustaje wszelki wpływ Monthy Pythona i Harrego Pottera.

Odtąd będzie praktyczny przewodnik po księgarni. Tylko.

Tylko, że. Kot stoi i się patrzy. Wcale się nie uśmiecha. On zna takich, co tu przyłażą bez puszki z czerwonym lub czarnym. Kot mający turystę między wąsami.

W recenzjach internetowych księgarni Voltaire&Rosseau zwierzę to pojawia się w dwojakiej roli, dobroczynno-złowrogiej, jak każda szanująca się postać z legend. Po pierwsze, jest klimatycznym uzupełnieniem. Byłby on psem, napisałbym, że jest maskotką, ale boję się podpaść mruczkom. Po drugie, jak to powiedzieć, wśród zapachu starych ksiąg czają się inne nuty. Może być, że weterynarz nie naruszył integralności tego kocura.

Księgarnia jak większość fajnych miejsc nie jest pozbawiona wad. Książki są rzucone na hałdy i spiętrzone w niebosiężnych wieżach. To trochę taki performance, sztuka współczesna, spełniony sen o magicznej księgarni.

Po wejściu zwraca uwagę to właśnie, bałagan, potem wyławiam insze inszości. Podręczniki świadczą, że studenci. Że tutejsi, sporo i szczegółowo o Glasgow. Że Amerykanie, cały regał o wojnie secesyjnej. Widzę biografię Roberta E. Lee. Ponoć nie czytał książek, ale charakter miał taki, że południowcom jeszcze mocniej chciało się umierać za Dixie i niewolnictwo. W the Killer Angels jest wymowna scena, oficerowie siedzą na biwaku i dyskutują o nowej teorii niejakiego Darwina i dochodzą do wniosku, że może być prawdziwa, na co jeden protestuje, że być może on i nawet jego rodzice pochodzą od małpy, ale nie da sobie wmówić tego o Robercie E. Lee. Wszyscy przytaknęli ze śmiechem.

Na podobnej zasadzie Mark się zaśmiał, gdy wygłosiłem ekspertyzę teologiczną, że po ludziach z Glasgow widać, że mają dusze nieśmiertelne.

Właśnie, czy są jakieś korzyści duchowe z odwiedzenia księgarni pod wezwaniem dwu masońskich filozofów?

Oto są dwojakie.

Po pierwsze, jeśli nie jesteś zbyt zachłanny i od dobytku i grzebania głowa Cię nie rozboli, ani od kurzu ani od kota alergia sensu życia Ci nie przesłoni, to jest to terapeutyczne. Patrzenie na stosy książek, a nawet na wieże i na pełnie ich regały działa na mnie kojąco, dlatego w Lublinie nie piszę inaczej, niż w Między Słowami. Nie polecam, by nie zostać zadeptanym, ale nie udało mi się, prawdę mówiąc, wycisnąć z całej Szkocji kropli porównywalnej kawy. Także masaż duszy płynący z samej obecności książek. Cały traktat mam zresztą w głowie o pochwale kupowania i gromadzenia literatury, a przeciw czytaniu, ale to nie na teraz.

Po drugie, wózek z marketu, taki nie za głęboki, raczej mały. Ile w niego wejdzie, ze trzysta książek? Trzysta pięćdziesiąt, powiedzmy hojnie, no więc gdybyś cały taki wózek z Voltaire&Rosseau za kupkę funtów wywiózł, to może jeszcze, przy dobrym wietrze, do śmierci jakoś przeczytasz. Ale nie więcej, a braku trzystu książek w tej księgarni nikt nawet nie zauważy, tak to maleńko. Taka to życia miara, umrzeć trzeba rychło i na Sąd, dlatego, jak w krótkich słowach Grecy wyryli na kamieniu, a bez słów każda lilia polna powtarza, żyj, a póki żyjesz, lśnij!

No zalśniły mi oczy, jak dzieła zebrane Rabelaisa w przecudnym wydaniu znalazłem. Złoto i zieleń, a w środku, jaka radość! Lepiej śmiechem jest pisać niż łzami,
Śmiech to szczere królestwo człowieka, tak mówił. Gombrowicz nas i jego zaczepia i pisze, że nie miał za myśl nic ważnego wyrzec, ani epoki, ani idei, ani. Tylko, jak dziecko, co się pod krzakiem załatwia, by sobie ulżyć, tak miał Rabelais pisać. Poprawię, że to nie krzak, a tęcza i że garnek złota tam zostawił. Bo więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu, jak Pan Jezus najlepiej wiedział, stąd tyle szczęścia jest w rozśmieszaniu. Szczere królestwo człowieka! Ależ zdanie!

Nie wezmę, za drogie te sześć tomów, ale każdy bym całował przed spaniem, aż bym dziurki w okładkach porobił, na złość angielskim starożytnym ksiegorobom!

Książka, którą naprawdę kupiłem za dwa i pół funta to Mask of Demetrios, ponoć pierwowzór wszystkich poczytnych thrillerów, czyli powieści czytanych z drżeniem.

Powiem jeszcze o problemie tej księgarni i jego rozwiązaniu.

Więc jest tak, do większości tego, co w hałdach i wieżach nie masz dostępu, a to właśnie kusi. Aby dostęp uzyskać, trzeba by być z szuflandii, mieć piętnaście centymetrów maksimum, a najlepiej pięć, czyli dwa cale z kawałeczkiem. Bo jest poczucie, powiem wam, że tam, w otchłaniach papierowych i głębiach się skarby ukrywają przed wzrokiem!

Oto, co trzeba zrobić, najpierw, porozumiewawczo mrugasz do właściciela i otwierasz puszkę kawioru, stawiasz przed kotem. Potem, ustawiasz się dokładnie na osi północ – północny wschód, obracasz się o czterdzieści stopni i zobaczysz u góry okładkę książki Ptaki Brytanii, patrząc na nią, trzeba krzyknąć jak Emu… Dobrze, nie będę zmyślał, obrzęd nie jest konieczny, kot, jeśli kawior nie był oszukany, idzie po prostu na zaplecze i tam na konsoli maszyny do zmniejszania, jaką szkoccy naukowcy opracowali w czasach Zimnej Wojny, naciska guzik, przytłumiony huk i jakby wyładowanie i już, krasnal jesteś na trzydzieści minut i musisz tylko uważać na pluskwiaki, bo myszy tu nie ma, no i możesz się zapuścić, na czwartej stercie od drzwi, na albumie ze zdjęciami z planu Żywota Briana, dwa centymetry nad ziemią, leży mikrolatarka i bardzo praktyczny przewodnik po podłodze napisany na czterdziestu stokrotkowych płatkach.

W tych zepsutych czasach szalejącego sceptycyzmu dodam jeszcze, dla niedowiarków, co by się pytali, niby dlaczego nie słyszeliśmy wcześniej o szkockiej maszynie do zmniejszania,  co zawołają, oto się Bonda naoglądał, otóż dla was, ścisłowiedy, jak się Tuwim smacznie wyraził, otóż okazuje się, że nie weszła w użycie, bo robili testy polowe na Angliku, co cierpiał na przerost ego i przez to zmniejszyć się nie dawał. Otóż! Prototyp w Glasgow jednak przetrwał i stoi na zapleczu księgarni, i działa.

Pokora broni mi zdradzić, czy dała radę mnie zmniejszyć z moim ego, tylko tyle powiem, że wysoko trzeba buty przez kurz podnosić i zdecydowanie ciekawiej jest po lewej stronie. No i jak na czas ktoś nie wyjdzie, to w trzydziestej minucie się wyłania z książek jak Godzilla z toni, kot się śmieje i pstrykają aparaty, i bagałan się robi.

Na koniec w bonusie, dla tych, co doczytali. Nazwa księgarni kryje w sobie konflikt!

Wolter i Rosseau czubili się ostatecznie bardziej, niż lubili i szanowali. Ponoć pierwszy drugiemu raz odpisał, że jego książka maluje ludzi takimi bestiami, że byłby zaczął na czworaka chodzić, gdyby sześćdziesiąt lat wcześniej nie porzucił tego zwyczaju. Podają to jako przykład na to, że miewali lepsze dni w swej relacji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.