dziennik z wyprawy do Szkocji

Ciekawostki na Sz. [2]

Będzie o wojnie i o tym, po co są wyjścia pożarowe, a po co łąki.Bonnie Prince Charlie, Śliczny Książę Karolek! Fajnie się nazywa, nie? Otóż miał na piąte imię Kazimierz, co nie jest dla nas złym wynikiem, bo w sumie miał imion osiem, jak to bywa u europejskich książątek. Nie jest wykluczone, że każdego 14 lipca nucił Bogurodzicę pod nosem, bo jego mama była z domu Sobieska, a jej dziadka muzułmanie znali jako Lwa Lechistanu.

Miał Karolek nieszczęście urodzić się w obalonej rodzinie królewskiej, gdy takie rzeczy jeszcze miały znaczenie.

Bonnie Prince Charlie nie potrafił poprowadzić dialogu z Anglikami tak dosadnie, jak jego praprzodek dialogu z Turkami pod Wiedniem. Czasy się zmieniały, ciągle na korzyść lepiej zorganizowanych.

Gdy w Polsce Konfederaci Barscy orientowali się, że szkaplerz nie daje kulo-odporności dzięki uprzejmości Rosjan, górale Charliego otrzymywali inną wersję tej samej nauki od najemnych Niemców pod Culloden.

Kończąc wątki polskie tej starej walki o trony Szkocji i Anglii, zauważmy, że była z przeważającymi siłami za przegraną sprawę, a w oczach polityków, którzy czasami próbowali go wygrać przeciw Anglii, był Karolek idealistą i nie dawał sobie wytłumaczyć. Czy pisałem, że poeci go kochali i że był prawie, że Polakiem?

Szkoccy highlanderzy kochali go nawet, gdy po klęsce zmykał i z tej miłości poczęła się kołysanka, Skye Boat Song.

W zakrystii Holy Trinity w Coatbridge wisi skarpeta z napisem jestem księdzem, jakim cudem miałbym być spokojny?!

W Coatdyke na trakcji nad torami jest srocze gniazdo, a w nim życie srocze, machające skrzydłami i głośniejsze, niż pośpieszny z Edynburgu do Glasgow. Mama z tatą, prócz peronu, robią zakupy na sporym boisku lokalnego bowling club.

Jest szkocki kawał, że ludzie dumają, co ma Szkot pod kiltem (wiecie, ta szkocka  sutanna kolorowa w wersji mini), otóż prawdziwy Szkot nie pozostawi Cię z tym dylematem, lecz objawi to z wdziękiem, z jakim Angielski dżentelmen uchyla kapelusz.

Moje podróże scotrail dowiodły, że jest w tym mniej przesady, niż można by zakładać, lecz na pewno nie mniej śmiechu. Tłumaczyłem sobie potem, że musiał wziąć mnie za Anglika.

Podróże, podróże, odkrywanie uroków świata! Świeżo po samolocie, wreszcie na szkockiej plebanii, siadam w kuchni i wzrok mój pada na Informator Kościoła Katolickiego w Szkocji. Jako ksiądz chcę pobożnie zaczynać. Losowo otwieram i czytam:

1929 Paisley Cinema Tragedy Recalled. Osiemdziesiąt lat temu w Paisley zginęło w kinie osiemdziesięcioro dzieci. Film Desperado Dude trzymał w napięciu tysiąc dzieciaków, aż pokazał się dym z pokoju z projektorem. Jeden z ocalałych chłopców został księdzem, żyje do dziś i wspomina, że gdy kowboj wycelował rewolwer, sala zaczęła krzyczeć fire! fire!, ale nie chodziło o to, by strzelił, ale, że dym się pokazał, a po dymie panika. Ekran zgasł, dzieci ruszyły, drzwi były zamknięte. Przyszły ksiądz obudził się dopiero w kostnicy.

Grzecznie zamknąłem Informator i więcej tam nie zaglądałem.

Słynny mur Hadriana przebiega bardziej na południe, ale do muru Antonina mógłbym w pogodny dzień dojść na piechotę. Przez czterdzieści lat Rzymianie wypatrywali z niego, czy nie świtają przez mgłę malowane gęby górali, albo, jak wiemy z dowcipu, malowane co innego.

Potem ale głupi ci Rzymianie poszli do siebie, jak nic tylko po to, by drżeć przed szarżami wielkolechickich husarzy!

Szkocja słynie z whisky, ale i na niej dobrze zarabia, knuję więc, z myślą o znajomych, dezinformację, że jak się ktoś naprawdę zna i był, to wie, że Szkocja to kraina win. Owocowych.

Wina owocowe w Szkocji są tak samo dobre, jak gdzie indziej, w myśl starego dowcipu o producencie, który na łożu śmierci wyjaśniał potomstwu swemu i Abrahamowemu, że wina produkuje się z pogniecionych jabłek, pobitych śliwek, skisłych jeżyn, na co się Icek odzywa, że z winogron się robi, ja myślałem, na co ojciec, tak, z winogron też można!

Więc owocowe wina szkockie są dobre, jak u nas, ale poza tym bardzo nadrabiają etykietami, wesołymi i kolorowymi jak broda starego górala, jak tatuaże pewnej barmanki z Glasgow, albo po prostu: jak szkocka łąka.

Ukryta propaganda w The Tablet? Prawie dotarłem do ruin opactwa Byland, kiedy zatrzymało mnie pobocze drogi. Było zbyt pięknie, bym jechał dalej, pisze Jonathan Tulloch w rubryce Przebłyski Edenu, a potem wchodzi w rozbzyczany żywioł szmaragdu, neonowych fioletów, indyga i rozmaitych inkarnacji żółtego. Położyłem się w kwiatach środka lata, powiada, a było to jak kąpiel w tęczy. Albo, dodam od siebie, jak modlitwa w katedrze starszej, niż dowolne opactwo na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.