dziennik z wyprawy do Szkocji

Loch

Dzień jest mlecznobiały, gdyby w chmurach były płatki owsiane, to niebo wyglądałoby jak moje śniadanie, myślę sobie, naciągając kaptur. Pogoda kapiąca, w sam raz na zwiedzanie Lochu. Atrakcja Coatdyke to sroki, Magpie, woła szczęśliwy dzieciak, co gdzieś zmierza z dziadkiem, podczas, gdy ptaszysko robi inspekcję peronu.

Z kim zwiedza ojciec Szkocję, pytały parafianki, z panem Scot Rail, pytały, kto mnie po Szkocji wozi, Scot Rail. Dzięki Panu Bogu, że nie nakręcały się, ale ze zrozumieniem przyjęły, że tak wlaśnie wolę, niż familijna wyprawa z obowiązkowym punktem poszukiwania miejsca na parking i gadania.

Sam też gadam do siebie, ale czasem wmawiam sobie, że słucham świata. A czasem go słyszę.

Pip, pip wagon mnie połyka i jedziemy do Glasgow, pociąg przetnie to największe szkockie miasto i pomknie dalej wzdłuż Clyde, a potem odbije na północ aż do Aleksandrii i do Balloch.

W Partic mija mnie muzeum transportu, aż muszę sobie obiecać, że wrócę.

Ludzie wsiadają i wysiadają, turystow brak, szkoci i imigranci jadą dwie, trzy stacje. Wsiada pani z psem nakręconym. Wyścigi psich zaprzęgów po w całym wagonie, lecz zamiast śniegu, głaskanie. Pies wygląda jak prapies, archaiczna rasa, szkocki Dingo. Marzyłem, że lądując na małej, wiejskiej plebanii, ratowałbym się psem takim i chodzilibyśmy na wyprawy. Z jakiegoś powodu zakładałem, że byłby zdyscyplinowany, czyli inny, niż ja. Nie, nie tyle zdyscyplinowany, ile wystarczająco mądry, by bez szkód uciec dyscyplinie. Znów, jak nie ja.

Zatrzymujemy się, psi żywioł wyciąga Szkotkę z wagonu niczym próżnia kosmiczna.

Łapię wi-fi wagonowe i pozwalam trochę mądrzyć się internetom na temat trasy. Oto Dumbarton, w którym relikty przemysłu stoczniowego i lokalny zamek są wyjątkową atrakcją turystyczną polecaną przez tysiące zadowolonych gości. Kiedyś mieli króla, pierwszy zwał się Ceretic Duletic i władał mniej więcej wtedy, gdy grzesznika Augustyna święcili na biskupa, albo, gdy biliśmy srogo Rzymian, ilekroć któryś z nich zabłądził tysiąc kilometrów na północ w puszczę, i akurat nie miał miecza. Wielka Lechia!

Królestwo Dumbarton było trwalsze niż Rzeczpospolita po Unii Lubelskiej. Za to mniej okazałe, ledwie zamek na skale i okolice.

Dziwię się, że nie wyciągają szkieletów łodzi z Clyde. To maleńki ślad po tych ławicach, które kiedyś wszystkie oceany przemierzały na chwałę Królowej, co rządziła morzami, Brytanii. Gdyby wszystkie statki wróciły tu, by umrzeć, Clyde byłaby zatamowana, nie pomieściłaby wszystkich tych bryg, szkunerów, barek, fregat, kliprów, windjammerów, kutrów, przed którymi pierzchały wieloryby, kablowców, co kładły podwaliny pod globalną wioskę, transatlantyków, tak zatapialnych, jak i nie, bunkrowców, przy których parowce się karmiły, frachtowców, wycieczkowców, by nie wspomnieć o battleshipach, co Imperium broniły. Przeszło trzydzieści tysięcy od XV do XX wieku, a były dni, gdy większość tego, co pływało po oceanach, poznawało najpierw słodki smak Clyde, mętnej jak herbata z mlekiem.

Clyde dziś jest głęboka i spławna od Glasgow aż do morza, ale były czasy, gdy dawało się ją tu i tam przebrnąć bez łodzi, wystarczyło szkockie zacięcie. Aby uczynić rzekę zdatną do żeglugi, musieli podnieść z niej kilkanaście egipskich piramid w mule i kamieniach, bo nie tylko Szkotów ciągnęło w morze, sama Szkocja powoli się tam wynosi z każdym deszczem. Szkoci jednak nie dawali się swej ziemi wyprzedzić, ich jest na przykład Comet, pierwszy parowiec, co na siebie zarabiał, ich jest Cutty Sark, ostatni kliper, którego wiatry gnały po wełnę do Australii, a do Chin po herbatę, ich jest i królowej Hood, potężny krążownik i nieszczęśliwy Dawid, który nie trafił w Bismarcka, i teraz 1415 czeka w nim na zmartwychwstanie i nagrodę za walkę z hitlerowskimi potworami.

Także dziś patrolują ocean niszczyciele rodem z Clyde i bronią zachodnich krain, gdyby car Władimir z nudów nakazał wystrzelić tysiąc piłek do krykieta z prędkością ponaddźwiękową, radary Królowej wiedziałyby doskonale o położeniu każdej.

Nie jest tak, by nic nie pozostało z brytyjskiego panowania, z nieznającego zachodu Imperium, zepsutego może, a przecież dającego wolność. To nie żart, ludzie dziś protestują w Hong Kongu, tej dawnej perle Brytanii, bo jest różnica, być obywatelem, a być pionkiem cesarza, co nigdy nie umiera, komunistycznej partii Chin.

Imperium, do którego jadę wzdłuż Clyde jest starsze od ludzkich o dwanaście tysięcy lat. Imperium mgieł i łososi, dębów i skał, i zimnej wody, nigdy do końca nie nagrzanej, odkąd skończyła się tu okupacja zimy i lodowce się stąd wycofały. Imperium Loch Lomond nie jest wielkie, jak brytyjskie czy chińskie, jest raczej jak to królestwo, co je Ceretik założył na skale w Dunbarton. Jest to mniej nawet niż obecnie teren jednego klanu. Tyle, ile wydrapał skałom spływający z gór lodowiec, a woda wypełniła cierpliwie, 71 kilometrów kwadratowych, mniej, niż gmina, z której pochodzę, tyle, że ciekawiej, bo długie jest, ma wyspy i rozgałęzienia.

Gdy pociąg zatrzymuje się w Balloch, zastanawiam się, czy Loch Lomond było na kartach sowieckiego atlasu, który poinformował mnie o istnieniu Szkocji, gdy miałem pięć lat, ale nie, chyba tylko oset był i chłop z dudami. Może jeszcze Loch Ness, ale to jezioro tylko poza Szkocją wydaje się ważne. Tak naprawdę narodowym jeziorem jest właśnie Lomond. Jakie jest nasze narodowe jezioro? Gopło? Ja bym chyba głosował na Białe, bo oddaje polskie tu i teraz w calym koślawym bogactwie.

Loch Lomond to narodowe jezioro Szkocji, które dwie Szkocje spina j kojarzy, wysoką i niską, owczą i przemysłową, plemienną i socjalistyczną. Pod ten podział fundament położyła geologia pół miliarda lat temu, gdy zdarzały się Laureazja i Awalonia, troszkę przez nas za późno nazwane lądy, na nizinach się żyje łatwiej, w górach trudniej, nawet, gdy są to jak tu, emerytowane himalaje i nie tak wysokie, jak te 500 milionów lat temu.

CDN. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.