dziennik z wyprawy do Szkocji

Loch Lomond

Dość mam wyobraźni i składam przysięgę, że będę tylko opisywał. Świadkiem jest Balloch Station, anioł stróż i deszczowy dzień. 

Obok Inn i tourist information, ale nie skorzystam, bo widzę most nad kanałem i dwa promy, klasy takiej, jak te, co po Matce Wiśle w Kazimierzu. Tylko turystów nie ma i to wabi, by płynąć. 

Nie mam pojęcia, czemu aż trzy celtyckie księżniczki sprzedają tu bilety, bo pustki, a ksiądz do obsłużenia bezproblemowy i miły, ale nie będę składał reklamacji, bo takie trzy uśmiechy i możesz płynąć kajakiem na biegun, nic dziwnego, że po morzach i ocenach wszystko Brytyjczycy podbijali, myślę sobie i staję szczęśliwie w maleńkiej kolejce na prom. 

Nie zdążą się nazbierać, myślę. Za pięć minut odjazd, czy odpływ. Tylko, że szkockim marynarzom opłaca się czekać, aż promik się zapełni ludźmi zewsząd, tak, że wyrwałbyś każdemu włos, no, może poza tym nieporośniętym panem z Niemiec i można by robić drzewo genetyczne ludzkości, z pierwszym korzonkiem w tamtej dziewczynce z Afryki, co po sawannie hasała i myślała sobie, co też z takiego jak ja cudaka wyrośnie?

Chińczycy, Hindusi, Malajczycy, Meksykanie, Niemcy i Amerykanie, Polak i Afrykanin, zgodnie wyjmują aparaty. Loch Lomond! Odpływamy dobry kwadrans po czasie.

Komentarz historyka z głośników jest zadziwiająco znośny. Sławi dzieje jeziora, krótkie dosyć, bo je lodowiec, wycofując się, zostawił, niby Niemcy tamten dynamit u pradziadka za polem, całą tonę w ładnych kostkach, jak mydełko, więc uczynne dzieci do piwnicy nosiły koszami, do piwnicy, bo już wyzwolenie sowieckie nastąpiło i tam mieszkały. Myślały, między nimi babcia, że będzie na mycie i na sprzedanie, ale potem dorośli po kosteczce hen, do lasu powolutku wynosili, ale nic się nie stało, a z tego nic jak z ziarenka tyle żyć wyrosło, także ja na tym polodowcowym jeziorze w Szkocji.

Dzieje ludzkie to dzieje tego, co się nie stało. 

Szkocja tak naprawdę cała jest zbudowana z wyprawy wikingów, którą zabrało morze, z wyprawy Anglików, którą zabrała zaraza, z wyprawy jednego klanu na drugi, którą whisky odwołała, i tak dalej. Z nieodbytych podbojów, rewolucji, wypadków, z tego, że żmija, koło której przebiegało dziecko, czy to Wallace mały, czy to Burns, czy Watt, nie zaatakowała. 

Ten prom, ufam, też nie fiknie koziołka i nie będę musiał uspokajać się w lodowatej wodzie. 

Woda, to klucz do Loch Lomond. Jezioro niby, jak jezioro, ale powierzchnia wokół sprawia, że Pan Bóg wyprawia z wodą cuda, mgły i chmury malując, i czarne falowanie. No i zieleń na brzegu, bo to też woda, jak i oczy zielone, brązowe, niebieskie, nasze widzące jeziora, co patrzą, prosta ta poezja Pana Boga, wodna i węglowa, kombinuje na C, O i H i stąd nieskończenie piękne kombinacje, stąd woda żywa i mówiąca, i prowadząca blogi, i filmująca całą wyprawę, albo zajęta sobą, jak te dzieci przede mną, nieco obojętne na Loch, bo zakochane. 

Myślałem, że na tym promie mam najlepszą miejscówkę, ale obok mnie od strony jeziora jest lusterko wsteczne, naprawdę, takie do cofania, a na nim dumny szkocki pająk się trudzi, że dzień powszedni, więc bez kiltu po sieci lata, czeka na muchy. 

Komentarz zwraca uwagę na pałace na brzegu, ponoć tytoniowych baronów Glasgow, co ze Stanów sprowadzali tu rakotwórcze rozluźnienie. 

Komentarz zwraca też uwagę na to, co za strzelistą górą, na glen of sorrow, dolinę smutku, w 1603 roku rozprawiły się tam ze sobą dwa klany, duży i mały. Wbrew zwykłemu biegowi spraw, to mały klan sprytnym manewrem okrążył i wyciął duży w pień i to z dziećmi i kobietami, co nawet jak na ówczesne góralskie normy było nienormalne. 

Król Szkocji połapał potem ich chiefów i wywiesił ku przestrodze. 

Nie ma nic gorszego od feudalnej waśni, no, może tylko wojna plemienna, lub scena polityczna w dalekim kraju. 

Gdy wracamy po 40 minutach, myśli mam znów pogodne, czytam imiona niezliczonych łódek na kanale. Zdrowa, lecz biedna, mała małpka, cyrk latający, księżna zimnej wody, diament oceanów, ta ostatnia oczywiście o gabarytach szafy. Lubię tutejszy sarkazm. 

Każda z nich zna człowieka, a człowiek zna historię jej imienia, oraz inne historie. Wniosek, człowiek, nie loch to prawdziwa atrakcja!

Szkot brodaty i zarośnięty ze śmiechem z promu nas zgania. 

Teraz chcę busem podskoczyć do miasteczka, z którego promy inne odchodzą, tym razem na wyspy na jeziorze, zachwalane w przewodnikach. 

Na jednej z nich mieszkają walabie. Widziałem o nich program turystyczny, że są bardzo przyjazne i fotogeniczne, najbardziej te u wybrzeża Australii, że pozwalają sobie selfie robić, morze wyrzuca na ich wyspę codziennie tony turystów, po czym Instagram wyrzuca tonę zdjęć małych kangurów obok tej czy innej wszędobylskiej dwunogiej małpy.Oglądam to i uśmiecham się z politowaniem. Turyści! Jadą na jakąś wyspę specjalnie dla selfie z walabiem!

Taki stosunek mój do sprawy trwał do momentu, gdy myślałem, że to tylko w dalekiej Australii. Ale, w Szkocji i tylko kilka mil dalej, na tym jeziorze właśnie mieszkają na maleńkiej wyspie! 

Niestety, pomyliłem busy i pojechałem nie na tę stronę jeziora, tłumaczy mi po godzinie kapitan łódki Margaret, ale co tam inwazyjne kangury, mówi, tu jest piękna wyspa z dębowym lasem. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.