dziennik z wyprawy do Szkocji

Wyspa

Inchcailloch znaczy wyspa starej kobiety, ale zieleń działa lepiej, niż wszystkie makijaże, jest jak nowe narodzenie. Starość trzeba tu przywozić z brzegu, stara jest Margaret, spracowana łódka, stary jej kapitan, stara jest moja komórka, mokra kurtka i w niej pięć funtów stare i myśli też mam niemłode, senne, wyzute z kawy. 

W sumie mamy dwanaście tysięcy lat czyli tyle, ile geolodzy wpisali w metrykę Inchcailloch, ale nikt w tę metrykę nie uwierzy.

Przeprawa trwa trzy minuty, a i tak jest wspaniała. 

Wysiadam i szepcę wyspie komplement, stary niestety, ten o pianie i bogini. Nic dziwnego, że pół celtyckiej mitologii dzieje się na takich wyspach. 

Nawet dziś łatwo uwierzyć w panie wodne i powietrzne, w panów zielonych patrzących spośród dębów, czekających, aż turyści przejdą, by tańczyć na niewidzialnym moście między brzegami.

Jeden brzeg to brzeg życia, a drugi, jak się przyjrzeć, też. 

Tak sobie myślała Kentigerna, gdy ją wieźli łódką i pierwszy raz zobaczyła wyspę i klasztor, gdzie tyle się naczekała w kolejce na odmładzającą kurację śmierci i pogrzebania, tych zabiegów, co poprzedzić muszą zmartwychwstanie. Teraz, gdy chce, może odchylić zasłonę i popatrzeć na dawne kąty i na łódkę z turystą, ale obawiam, się, że ma tam jeszcze ciekawsze Widoki.

By przejść śladami św. Kentigerny wystarczy kilka godzin. Dysponując całym dniem, można nadepnąć każdy patyk, policzyć kamyki w złożach naturalnego cementu, wyżreć kwaśne jagody (nie ma lisów!), przytulić każdy dąb i jeszcze starczy czasu, by położyć się we wrzosach i popatrzeć na pszczoły. 

Ja mam mało czasu, więc wyskakuję szybko z Margaret i od razu na cmentarz.

Dąb jak niska chmura burzy zielonej, nagrobki zarośnięte mchem, jedyny dający się odczytać wyraz to year, rok.

Wchodzę do kościoła, modlitwy tylko z niego zostały i zarys ścian.

Parafia istniała tu mniej więcej do roku, w którym pan Wołodyjowski szedł do Pierwszej Komunii, potem ludzie przenieśli się na ląd, do Buchanan.

Po śmierci jednak chętnie wracali. Uważali, że to miłe miejce by czekać na zmartwychwstanie. Było cicho, czasy królewskich polowań dawno minęły,  gdy dzielny Robert Bruce kazał sprowadzać tu jelenie, by ich wilki nie wyjadały, jak po okolicznych górach.

Wilki były też drugim z powodów, dla ktorych jeszcze na długo przed św. Kentigerną, a nawet przed druidami, budowano domy na wodzie, crannogi. Pierwszym, oczywiście, byli ludzie. Wszędzie są ludzie, ciocia mawiała, ale dom na wodzie nie zawsze na to pomagał. Jak znów mój dziadek mawiał, jak ktoś chce, to mu zamek nie przeszkodzi, choć trochę utrudni, ale woda naokoło domu jest takim zamkiem, który pomoże na przykład wikingom i o tym się opactwa i wioski okoliczne co jakiś czas dowiadywały. 

Jak oni trafiali to tych kamiennych budyneczków w morzu zieleni, jest niepojęte dla mnie. Ale ich wypatrujące oczy znów przypominają mi, gdzie stoję, na cmentarzu. 

Tablica informacyjna okazuje się bardzo ciekawa. 

W 18 wieku często tak pili, że regularnie gubili trumnę. 

Ewentualnie przychodzili na pogrzeb nie tylko z łopatami, ale mieczami i toporami.

Dwa klany zwłaszcza się waśniły, MacGregors i MacFarlanes. Stara firma, oba robiły w kradzieży bydła, także, kto nie chce uchodzić za rasistę mówiąc o filozofii Kalego, może spokojnie mówić o filozofii MacGregorsów i MacFarlenów, bo prócz przemocy, łączyło ich przekoanie, o tym, że dobrze jest ukraść krowę, a źle, gdy tobie ukradną. W jedną pełnię poszło tak dobrze, że mówiono, że sam księżyc jest MacFarlen. 

Prócz pijatyk i rozbojów były inne zwyczaje. By złe nie porwało, solili lekko nieboszczyków na piersiach. 

Gdy leżał w domu taki, co za szybko nie wstanie, to trzeba było pozasłaniać lustra (bogate chłopstwo!) i z domu wygonić koty, bo jak kot przeskoczy nad ciałem, to potem wywołuje ślepotę i inne choroby.

Gdy chowali pastora, to twarzą do reszty, by w dniu zmartwychwstania ich zwołał i na Sąd poprowadził.

Kościół na wyspie pobudowali na osi północ południe, gdzie północ była stroną diabła, może dlatego, że zachód, dedykowany w zwykle w chrześcijańskiej diabłu, u Celtów był kierunkiem świętym, kierunkiem raju.

Coś jest z zachodnich krain i w tej zieleni.

Życie wieczne jest tu w dwu znaczeniach. Szkot śpiący pod nogami turystów powoli w ziemię się wciela, w żuki, w mrówki, w korzenie drzewa, w robaczka na liściu, tak, że zjada kawałek jego brody albo stopy łapiąca robaczka sikorka i odlatuje, i zaraz krogulec ją łapie, a potem sam wpada do wody, gdzie rybki nie śpią, lecz go zjadają, i tak w pstrągu znów trafia na stół Szkota, i tak krąży życie, nie ma końca, ciało nigdy nie odpoczywa, materia pulsuje, jakby każdy jej atom był ostatnim ziarnem w wiecznie prekręcanej klepsydrze, życie idzie dalej, życie dalej idzie.

Z tego również, z tej zieleni, z nieokiełznanego rozkładu i trawienia bierze się wiara w życie wieczne, w powrót duszy do Boga, w połączenie kiedyś obu królestw, atomów i ducha w republikę Odnowienia, gdzie nikt nie będzie wzdychał, gdzie nawet my przestaniemy jęczeć!

Wyspa. Odetchnij drzewem, to usłyszysz puls łani, śniącej wśród paproci, oraz wróbli taniec i krzyki sikorek, baterie trawiące ubrania i kości, mech gryzący wściekle, choć powolutku, grobowe kamienie. 

One Reply to “Wyspa”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.