Koniec szkockiej sagi! Dziękuję:)

Skończyło się summer supply, czyli wakacyjne zastępstwo księdza. Wrzucam to supply i to summer w translatora i wychodzi dostawa na lato, co mi się bardziej podoba, niż zastępstwo, bo zastępstwo to coś zamiast czegoś, weźmy w szkole, dziś na matmie zastępstwo z księdzem, policzymy mu guziki, i tak dalej. 

Zastępstwo to jakby na Synaju wypuścili jakiegoś aniołka z racą, albo jakby Jonasz zjadł makrelę zamiast wieloryba, jakby Samson nie oślą szczęką, lecz sztuczną dziadka uprawiał dialog z Filistynami.

Za to dostawa!

Czegoś nie było, a oto jest. Dostawa oznacza coś nowego, będzie dostawa ubrań, albo fioletowych ziemniaków do Lidla, zawsze zlecą się tłumy! Tak też wspaniała była moja dostawa na lato w Szkocji. Czego nie zawarłem w kazaniach, to na zamkniętym pokazie dopełniłem tańcem ludowym. 

Było wspaniale. Między takimi ludźmi mógłbym do śmierci udawać sympatycznego faceta.

Dziękuję wszystkim, którzy czytali dziennik. Wznoszę herbatą staroszkocki toast za wasze zdrowie: Whos as us, damn few and their all dead! Takich jak my, ledwie kilku i ich też już nie ma!

Przywożę ze sobą morze notatek i oraz całą galerię z królową na banknotach.

Stereotypy mówią, że Szkoci są skąpi. Weźmy Sknerusa McKwacza, który kąpał się w skarbcu, który wyglądał niczym tace z niedzieli zsypane z całego Lublina. Ale to tylko stereotyp.

Szkoci są gościnni i szczodrzy.

Pojechałem do nich w jednych spodniach, wracam w dwóch.

Było tak. W ciuchlandzie City Retro Glasgow znajduję granatowe dżinsy, Teksas!, jeszcze pachnące kowbojem. Tylko, że cena jakbyś właśnie i za ten zapach płacił, i za przepalenia od lufy rewolweru. Pytam więc,

Czy są zniżki dla ludzi z dzikich krain? Pani się uśmiecha, a co to za kraina, więc jej powiedziałem, a ona, że dwa funty w dół, ale co będę miała w zamian, na co ja, że sławę, bo rozpowiem na stepach i plemiona napłyną tu na handel, ok, trzy funty, więc biorę ulotkę sklepu i ogłaszam, że powiesimy ją w głównym namiocie między czaszką niedźwiedzia, a czaszką Anglika, śmiech się tym razem posypał, w sumie osiem, ale nic już nie mów, bo muszę czynsz płacić, no i tak wyszedłem w Teksasie!

W kancelariach parafialnych mają tu mnieszą biurokrację. Mam ochotę napisać, że będą mieli bałagan przy zmartwychwstaniu. Kolejna wątpliwość polskiego księdza – jak przeprowadzić Sąd Ostateczny bez kartotek parafialnych?

Ksiądz Colin Hughes robi latającą kolędę cały rok, jeździłem z nim trochę, gdy akurat nie był w Chinach. Colin po prostu odwiedza parafian, a radość z wizyty może oszołomić nieprzyzwyczajonych.

Ludzie kochają Colina bezwarunkowo, za dobroć, ale wiadomo, za dobroć można też znienwidzić, lecz tu sarkazm ratuje Colina. Sarkazm nieograniczony niczym. Wchodzimy do parafian, są chłopcy znani spod ołtarza, Hughes przedstawia mi ich, to trzej bracia, wszyscy okropni, oznajmia z powagą, prawie tak źli, jak ta herbata, a ta jest nawet gorsza, niż ostatnio. Śmiech rozsadza mały szkocki domek.

Chłopcy uważają Colina za najśmieszniejszego faceta na świecie.

W tym samym domu przynoszą nagle akwarium, wielkie, lecz puste, pytam, po co, a oni biorą się za robienie drinka. Lodu była połowa, czyli tyle, ile słonko rozpracowało tego roku na Grenlandii. Jest ironia w słowach jedzcie i pijcie, co wam podadzą!

Sarkazm taki, jak księdza Hughesa jest możliwy, bo ludzie tutaj są wolni od wewnętrznego napięcia. Odwiedzam pewną rodzinę, Paul, Maria, czwórka dzieci, mimo zmęczenia, nie ma walki, nie ma emocji na szali, są ze sobą po prostu i odpoczywają. 

Poza tym nie spotkałem tak hojnego księdza, jak Colin.

Kościoły oba ma pełne, zapewniali mnie, że przychodzi jeszcze więcej poza wakacjami, ale nie wierzę, bo oznaczałoby to dwie, trzy warstwy. 

Czyniąc długą opowieść krótką, Colin Hughes to odpowiedź Pana Boga na kryzys w Kościele oraz na modlitwę psa Seamusa o zacnego właściciela. 

Przy obecnym kursie można tego księdza wymienić na dwudziestu kardynałów. 

Najgorszym punktem dostawy było to, że rozmawialiśmy tylko kilka razy. 

Drugim najgorszym punktem było, jak mi w Edynburgu komórka wariowała i minąłem się z Paulem, który, jako tamtejszy, miał mi wydobyć spod tłumu turystów. 

Raz tylko ubrałem się w strój galilejskiego rybaka z I wieku, to jest w sutannę, idąc do szpitala. Częściej paradowałem w garniturze, a czasem i bez koloratki, i wtedy do identyfikacji musiała wtedy starczyć aureola. 

Plany publikacji wpisów o 12 spaliły na panewce przez awarię laptopa lub lenistwo. 

Jestem liberalnym księdzem, miałem łzy w oczach, gdy przeczytałem o social justice jako temacie misji parafialnych. Gdy jednak panie na plebanii zapytały o polskie piosenki, zaryczałem Bogurodzicę, a po 15 minutach ogladaliśmy już Krzyżaków (z napisami i moim objaśnieniem).

Stojąc na stacji kolejowej 1 sierpnia Baczyński stanął mi przed oczami, trzymał książkę w płomieniach. Skąd przyjedzie pociąg? Pociąg nadjedzie z każdej strony. Porwie cię do Polski.

3 thoughts on “Koniec szkockiej sagi! Dziękuję:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.