rozważania

Opowieść o królu naprawdę złym

Wczoraj pisałem, jak bardzo aktualny jest opis męczeństwa Jana Chrzciciela. Najmocniej widać to po postaciach, zwłaszcza po Herodzie.

Co ci po koronie, skoro nikt jej nie zobaczy? Jeśli masz władzę, potrzeba widowni, jeśli masz pieniądze, chcesz kupić oklaski. Stąd uczta, na którą Herod zaprasza ówczesne elity.

Napisałbym, że Herod był daleki od sugestii Pana Jezusa, by na ważną uroczystość zaprosić ubogich, ale nie będę się o to czepiał, skoro odkąd żyję, nie widziałem, by ktoś tak zrobił. Ale ta uczta pokazuje nam coś ważnego o władzy – daje ona złudzenie, że jesteś panem, podczas, gdy jesteś tak naprawdę niewolnikiem.

Zobaczmy więc, jakich to Herod ma panów.

Wspomniałem już jego otoczenie, tych generałów, te osoby ważne, te VIP-y. Bywają i u nas uroczystości, podczas których przy powitaniach można odnieść wrażenie, że Pan Jezus jest też panem, ale nie najważniejszym, bo też nie załatwi i kasy nie da. Znów, mniejsza.

Kto rządzi Herodem poza opinią ludzką?

Herodem rządzi religia. Tak, król ten wyglada na całkiem pobożnego w tym fragmencie. Najpierw, bał się Jana jako proroka. Dostrzegał jego świętość. Szanował go i słuchał, ba, nawet lubił dźwięk Słowa Bożego! Herodowe wnętrze musiało być nieźle splątane, skoro odczuwał niepokój, a jednak chętnie Jana słuchał. Tyle z Markowego streszczenia. Jeszcze lepiej widać religijność Heroda w trakcie uczty. 

Elita galilejska leży na biesiadnych łożach, piją wino, ogryzają kości, patrzą, jak nastolatka tańczy. Herod, nazwijmy to w modny sposób, idzie za głosem serca. Po skończonym tańcu postanawia pokazać, jaki jest hojny, aż po bajkową połowę królestwa. Niekoniecznie musiał być trzeźwy, gdy to obiecywał. Pada nawet przysięga, którą Herod zrealizuje mimo wszystko. Ocali swój honor, będzie, jak powiedział.

Oczywiście, ktoś powie, że to nie jest prawdziwa religia i trafi w sedno. Trudno o lepszy fragment Pisma do pokazania różnicy między tak zwanym posiadaniem zasad, a posiadaniem sumienia, albo między byciem religijnym, a byciem wierzącym. A jednak często w takie świństwa pobożność zostaje wplątana. Całe głośne wciąż u nas hasło nie trzeba głośno mówić, które spowodowało tyle zła, te straszne przysięgi na Biblię wystarczą za przykład.

Rzecz jasna, łączenie tego z konkretnym wyznaniem jest ślepą uliczką. Pamiętam kłótnie z jednym parafianinem, który zaklinał się na wszystko, że o ile chrześcijanie, muzułmanie i inni mają swe zbrodnie, to buddyści są od nich wolni. On sam zresztą był katolikiem i nie chciał za bardzo słuchać, gdy mówiłem mu oczywistą prawdę, że musieliby nie być buddyści ludźmi, żeby takie rzeczy się u nich nie zdarzały.

Inną kwestią jest, co dana wspólnota robi, żeby nie było w niej zbrodni, żeby nie było w niej deprawacji dzieci. 

Wspólnota uczty Heroda, jak widzimy, miała czytelne stanowisko, nawet nie starała się o pozory. 

Bo też wtedy status dziecka był dużo niższy, niż obecnie. Jedną z istotnych idei Ewangelii, ideą rewolucyjną jest to, że dzieci o szczególnie ważne osoby i nie można ich krzywdzić. Istota misji Kościoła to walka o to, by nikt nigdy nie krzywdził młodych. 

Specyficzna religijność Heroda może być zaskoczeniem, ale nikogo nie zaskoczy wniosek, że był zepsuty. Z tą oczywistością go zostawmy. 

Ciekawa jest jeszcze matka, Herodiada. Widzimy ją na uczcie już pożartą przez ambicję. To ona wymusiła zamknięcie Jana, a potem, gdy córka przybiegła do niej z pytaniem, także jego śmierć. 

Tu dochodzimy do gwiazdy tamtej imprezy i gwiazdy tego tekstu – bezimiennej dziewczynki, którą dorośli umazali swoim złem. Ona pokazuje, jak  to działa.

Gdy dziewczynka odbiera oklaski i hołdy, słyszy propozycję Heroda i rozumie ją. To jej chwila. Dziewczynka ma jednak problem, bo nie wie, o co prosić. Nie może tego znaleźć w sobie. Dlaczego? Bo tego, czego chcieć, człowiek uczy się od innych, naśladując ich pragnienia. Stąd rzeczy takie, jak moda i jak wychowanie. 

Kto czytał „Kozła Ofiarnego” Girarda, ten wie, skąd wziąłem tę myśl. Ale też całe moje doświadczenie w pracy z dziećmi i z sobą potwierdza ten wniosek. Ujmujące i straszliwe jest w tym opisie zwłaszcza to, jak bezkrytyczna jest dziewczynka w kopiowaniu pragnień matki. Nie rozumie metafory, że prosząc o głowę matka chce śmierci Jana. Bierze to dosłownie i stąd potem widzimy ją  potem, jak odbiera czuprynę proroka na misie. Była na tyle zaradna, że poprosiła o coś, w co mogłaby głowę zabrać. 

Wniosek jest krótki wychowują nasze czyny, nie słowa. Więcej, nasze pragnienia, zwłaszcza te nieprzepracowane, do których się nie przyznajemy, te duchowe śmieci, co trafiają pod dywan. To najgrubszy przewód łączący śmierć Jana z nami.

Poruszające jest, jak łatwo zło biegnie po tym przewodzie, jak jest szybkie. No i nie jest poza nami. Bo zawsze łatwo zobaczyć je u kogoś, a niestety jest tak, że umaczamy.

Przykład na to dam w miarę lekki. Pamiętam, jak z jakiejś okazji w sali widowiskowej pewnej parafii tańczyły gimnazjalistki, były skąpo ubrane, a taniec obfitował w wyuzdane ruchy, był niesmaczny. Mnóstwo ludzi, księża, nauczyciele, nikomu to nie przeszkadzało. Ja też dałem plamę, bo wstałem i wyszedłem, a trzeba było zgonić dzieci ze sceny. Przesadzam? Pewnie tak. Po co przyglądać się, jak my sami funkcjonujemy, skoro świat obfituje we wrogów?

Skąpo ubrana dziewczynka trzyma tacę z ludzką głową. Świat się toczy po swych koleinach. Czy jest nadzieja? Oczywiście. Jan Chrzciciel modli się z nieba za tą głowę, co jeszcze nie na tacy. Najwięcej bowiem pomożemy sami sobie, za dobrym natchnieniem.

2 Replies to “Opowieść o królu naprawdę złym”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.