rozważania

Niezwykła ewangelia o tym, co nas naprawdę boli (z nutą września)

Lato było piękne tego roku. Wrzesień, jeden z wielu spokojnych po tamtym z trzydziestego dziewiątego, co błyszczał jak złamana ułańska lanca. Szkoła się zaczyna, dzieci siedzą na polskim, obserwują palec przesuwający się po liście nazwisk.

Pani wyczytuje, patrzy na dziewczynkę, która wstaje i idzie do tablicy. Nie stanęła jak trzeba, więc pani ją prostuje, wiersz Gałczyńskiego o Westerplatte trzeba recytować dzielnie, jakby się maszerowało do nieba.

Dziewczynka zaczyna, dwie zwrotki kroczą pewnie, ale potkną się na tym niespodziewanym zdaniu w drugim nawiasie. Nic to, że dziewczynka zerwała tyle wrzosu na bukiety. Dziś już nic już więcej nie powie.

Do domu wraca sama i jeśli krąży w jej duszy smutek, to jest ukryty. Wrzesień, jak każdy kolejny, będzie toczył się nadal. W kraju panuje od lat pokój i śmierci są ukryte, nie ujęte w kampanię. Zapisuje się po prostu statystykę nowotworów, wypadków, samobójstw.

Dziewczynkę złamaną na duchu zobaczyłem dziś, gdy odczytywałem Ewangelię, tę o uczcie. Jest niepozorna, wydaje się oczywista, a przecież traktuje o ludzkim piekle. O źródle największego cierpienia.

O tym, jak oceniamy.

Gdy cię ktoś zaprosi na ucztę, mówi Pan Jezus, nie wybieraj zaszczytnego miejsca, pozwól raczej, by przesadzili Cię wyżej.

Ta przypowieść Jezusa opiera się na dwu ocenach. Najpierw na tym, jak człowiek sam siebie ocenia, potem, jak jest oceniany przez innych. Obie oceny ze sobą splątane. Zajmują cały czas tej wewnętrznej rozmowy, jaką prowadzimy ze sobą. Im też są poddane nasze rozmowy z ludźmi. Często na ich temat rozmawiamy z Bogiem.

Obie te oceny są źródłem cierpienia. Cierpienie takie, jak zbrodnia niemiecka we wrześniu 1939 roku, jest namacalne. Płonie Pałac Królewski w Warszawie, walą się kamienice w Lublinie. Ale nawet ono najstraszniejsze jest w tym, czego na pierwszy rzut oka nie widać.

Nie ma bez tych ocen ludzkiego świata. Nie ma nie tylko sądów, ale i szkół, ba, ojczyzny nie ma, dającej ludziom dom. Dlatego zawsze zdanie Chrystusa, nie sądźcie, byście nie byli sądzeni, bierze nas w iście krzyżowy ogień pytań.

Co zrobić, by innym i sobie oszczędzić cierpienia w ten piękny wrzesień? Skoro nadal, wiemy to niestety, będą wojny, obozy, brak wody, spustoszenie Bożego Ogrodu przez człowieka, a także, nie mniejsze, choć ukryte, cierpienie dziewczynki, która musi przy całej klasie dzielnie zjeść swój kawałek wstydu.

Każdy z nas zaznał, w ten czy inny sposób, tego uczucia przy innych biesiadnikach, o którym mówi Jezus, gdy dają do zrozumienia, że siadłeś za wysoko, że nie jesteś wart aż tyle, że są lepi, tacy, których wita się szerszym uśmiechem i droższymi kwiatami.

Ta właśnie świadomość, którą daje nam Jezus, ocala – każdy z tych współbiesiadników tego zaznał. Wszyscy oceniają i podlegają ocenie, z jej powodu tak czy inaczej cierpią. Dlatego warto współczuć, gdy ktoś pcha się za wysoko, albo, gdy z innymi wytyka to palcem i komentuje. Jeszcze nie wie, że znów w myśl Ewangelii, sam siebie ocenia i punktuje.

Jeszcze i to się przydaje, że tak naprawdę Panem uczty tego życia nie jest żaden człowiek. Człowiek to w tej przypowieści ten, co się pomyli, bo nie zna serc, nie potrafi dobrze ocenić. Temu, kto ma Cię za głupca też na pewno wiele umyka. Gdyby nawet dziś miał rację, nie wiadomo, czy będzie miał ją jutro.

Taka wewnętrzną wolność w bólach się rodzi, okupiona nieraz walkami niczym nasza wolność polityczna. Lecz jest bardzo piękna i bardzo radosna, bo pozwala ludziom i sobie być, jakimi ich Pan Bóg ma, a nie, jakimi chciałaby ich mieć ludzka przewrotność.

Co jest na jej końcu? No, Jezus pokazuje to po mistrzowsku. To stan świętości, gdy z zupełnym luzem dzwonisz do szefa, przyjaciela, cioci, żeby w tym roku nie przynosili ci prezentów na imieniny, żeby nie czuli się głupio bezdomni z okolicy, których też zaprosisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.