felietony

Ludzie, których zwiodła religia

W 1960 roku było Wielkie Chilijskie Trzęsienie Ziemi. Jeśli kiedyś ziemia trzęsła się mocniej, to nikt tego nie zmierzył. Dziś to Trzęsienie jest spokojne, grzecznie zajmuje miejsce u szczytu estetycznej tabelki na Wikipedii, z wynikiem 9,6 w skali Richtera. Sześćdziesiąt lat temu w Chile był to koniec świata. 

Koniec ziemi i morza, ich konanie w konwulsjach. Próbowałem sobie wyobrazić fale, które uderzyły w wybrzeże Chile, tak wysokie, jak dziesięciopiętrowy blok. Tu, gdzie mieszkam, trzeba by pójść pod nowy gmach Katolickiego UNiwersytetu Lubelskiego, zadrzeć głowę i wysilić wyobraźnię. Zanim te fale się spiętrzyły i uderzyły w ludzi, ocean się cofnął. Ci, co przeżyli opowiadali, że aż po horyzont. Jakiś chilijski ksiądz, wspinając się w pocie czoła na najwyższą górę w okolicy musiał wyszeptać do siebie werset z Apokalipsy, i morza już więcej nie ma. Scenariusz był jak u Hitchcocka, główne uderzenie w kwadrans, a potem napięcie rośnie, bo kto ocalał, drżał z każdym z kolejnych, licznych wstrząsów wtórnych. Po drugiej stronie oceanu, w Japonii i na Hawajach zginęły setki ludzi, ale najwięcej w Chile. Wśród półtora tysiąca zabitych był pięcioletni José Luis Painecur. Został złożony w ofierze. 

Dowiedziałem się o nim na moim ulubionym kanale podróżniczym Rare Earth. Jak nazwa sugeruje, w filmikach opisywane są rzadkie ziemie, kawałki planety z niebanalną historią. Na przykład taką, jak z tej nadmorskiej osady Collileufu.

Sposób, w jaki prowadzący opowiedział o wydarzeniu, spowodowało jednak małe trzęsienie ziemi u mnie.

Żeby pokazać, co mnie oburzyło, opowiem mniej więcej tak, jak on opowiedział.

Kanadyjczyk zaczyna od wspinaczki na wysoką górę nad oceanem, mówi o tym, jak było tam sześćdziesiąt lat temu. Horyzont jest dziesiątki kilometrów w morze, a on twierdzi, że to wszystko wyschło, woda się cofnęła, a potem uderzyła. Zapomnijcie o nowym gmachu KUL, ćwiczenia wyobraźni niewiele dadzą. Trudno pojąć, że woda mogła dotrzeć tak wysoko. Na szczycie pagórka pośród podnoszących się ciągle fal ludzie z tej wioski, zapewne wszyscy ochrzczeni, zdecydowali się zrobić to, co sugerowała ich poprzednia religia, a w zasadzie nie taka poprzednia, skoro był na miejscu jej szaman. Zdecydowali, że czas na ofiarę i to nie z prosiaka, bo gniew ziemi i morza był zbyt wielki. Mniejsza o sposób przeprowadzenia tej ofiary, ręczę, że nikt nie chce wiedzieć, jak to zrobili. Tradycyjnie wybierało się sierotę, tu musiało wystarczyć  to, że matka Jose Luisa była w mieście i starała się cokolwiek zarobić. Do jej ojca podszedł szaman i oznajmił, że jego wnuk jest wyjątkowy. Gdy kończyli, wody zaczęły opadać. Strach też. Zgodnie z tradycją upiekli dwa konie, mięso rozdzielono między wioskę kulącą się na szczycie. 

Te dwa konie ich zdradziły. Ktoś oskarżył przed państwowym sądem o ich kradzież. Podczas dochodzenia wyszła na jaw ofiara. Stary profesor Girard, co badał takie sprawy, pokiwałby głową ze zrozumieniem. Wspólna ofiara połączyła wieś i narzuciła milczenie, gdyby nie konie, nikt by się nie dowiedział.

Dziadek i szaman siedzieli dwa lata w więzieniu, a potem sąd oświadczył, że nie sposób ich karać, bo „działali bez wolnej woli, popychani przez niedającą się powstrzymać naturalny żywioł tradycji”. 

Wróćmy do Kanadyjczyka. Otóż podpisuje się on pod tym wyrokiem. Uważa, że ludzi z tego wzgórza, Indian z plemienia Mapuczy trzeba zrozumieć, bo mieli zawsze ciężkie życie, a ich tradycje spajały naród. Prowadzący mój ulubiony kanał na YouTubie podpisuje się pod wyrokiem uniewinniającym. To było ekstremalne. Nie dziwne, że ludzie zachowali się w ten, a nie inny sposób. Niewiele też miejsca poświęca chłopcu. W sumie, gdy kilka minut filmiku minęło, byłem oburzony. Potem zaś zacząłem się zastanawiać, co mnie właściwie oburzyło. 

Nie chodzi o zemstę czy sąd, to możemy, czy raczej musimy, zostawić Bogu. Sprawcy już nie żyją, ich sędzia też. Chłopczyk zajada się lodami w Niebie, może i matkę jego już Pan ukoił.

To, co mnie w tym nie daje spokoju, to religia. Pewien pogląd religijny.

Nie religia Mapuczy, gdzie są do pomyślenia takie rytuały, lecz religia, czy może światopogląd sędziego z lat sześćdziesiątych i współczesnego Kanadyjczyka. 

Obu ich cechuje wiara, że kultura i jej uwarunkowania w całości tłumaczą człowieka. Człowiek jest białą kartką, na której inni ludzie, przodkowie, religijni nauczyciele, państwowa edukacja i co tam jeszcze piszą, co chcą. Człowiek też może zresztą pisać i dowolnie się wymyślać.

Przykład, jaki przychodzi mi do głowy jest z trans-płciowymi sportowcami. Człowiek o biologii mężczyzny uważa się za kobietę, bierze udział w zawodach i pokonuje dzięki temu żeńskie zawodniczki. Czasem sytuacja jest skomplikowana od urodzenia i nie jest konsekwencją manipulacji, ale problem pozostaje. Czy między kobietami, a mężczyznami jest różnica jedynie kulturowa, czy bardziej podstawowa, biologiczna?

Oczywiście, kultura ma wielki wpływ. Wielki wpływ ma to, co człowiek o sobie myśli. Jak wybiera. Ale ani tożsamość, ani zwyczaje nie są wcale nieodpartą mocą natury. Przeciwnie, natura ludzka jest wspólna dla Mapuczy, Polaków i Kanadyjczyków. Ona też potrafi wpływać na zwyczaje.

By to zademonstrować, wróćmy na chilijskie wybrzeże, do tamtej apokalipsy.

Tsunami uderzyło w setki wiosek. W wielu mieszkali Mapucze, w wielu z nich nie było kościoła, w wielu był aktywny szaman. Zdaje się jednak, że ofiarę złożono tylko w jednej. Nawet zakładając, że którejś wiosce udało się utrzymać sekret, bo nikt tam nie doniósł na kradzież koni, na pewno nie było to zasadą. Nie jest wykluczone, że w niektórych wioskach ludzie ostrzyli już noże, ale jakaś starsza kobieta odezwała się z krzykiem, że Bóg was dranie wtrąci na dno piekła, jak dotkniecie tę sierotę! Albo sam szaman opuścił nóż, jak Abraham,  bo woda zaczęła opadać nieco wcześniej. Albo nikomu to nie przyszło na myśl i skończyło się na prosiaku. 

Nie chcę powiedzieć, że w innych wioskach dobrzy katolicy zapobiegli ofierze, choć to możliwe. Chcę powiedzieć, że na każdej takiej wyobrażonej górce, gdzie ludzie chronią się przed gniewem morza, rozgrywał się dramat. Jedną z sił, jakie działały w ludziach, było współczucie dla dziecka. Na pewno było ono obecne także na tamtej nieszczęśliwej, choć przegrało. Wydaje mi się, że gdy odbieramy temu szamanowi i dziadkowi głos sumienia, który musieli w sobie stłumić i zostawiamy im jedynie strach i tradycję, to czynimy z nich karykaturę.

To, że dziś nie składa się ofiar z dzieci zawdzięczamy również temu, co dobre w ludzkiej naturze. Sumieniu, współczuciu, pragnieniu sprawiedliwości. Człowiek to nie pusta kartka. Dlatego rozumiejąc ludzi w skrajnych sytuacjach, możemy docenić bohaterów, a zbrodnię nazywać zbrodnią. Między rodziną Ulmów, a szmalcownikiem jest największa na świecie różnica pomimo, że mówili jednym językiem.

Gdy w Chile było Wielkie Trzęsienie Ziemi, w Europie, zwłaszcza na Zachodzie, zaczęto pierwszy raz w dziejach zamykać niepotrzebne kościoły. Wielu zostawiło tam nie tylko wiarę, ale również katolicką filozofię, przekonanie, że istnieje jedna i wspólna ludzka natura. Stąd mój ulubiony internetowy opowiadacz pobudza mnie do polemiki tym, jak opowiada o ofierze z człowieka. Oczywiście, nie znaczy to, że wypowiadam mu wojnę, przeciwnie, warto go śledzić, daje do myślenia. 

Na koniec jeszcze jedno.  

Po tym, jak zabili dziecko, woda zaczęła opadać.

Jest to dobry przykład na to, że czasem pobożnie jest powiedzieć sobie, że coś nie jest znakiem, a jedynie przypadkiem. 

2 Replies to “Ludzie, których zwiodła religia”

  1. „Wydaje mi się, że gdy odbieramy temu szamanowi i dziadkowi głos sumienia, który musieli w sobie stłumić i zostawiamy im jedynie strach i tradycję, to czynimy z nich karykaturę.”
    Zapewne sprowadzanie religii do strachu i tradycji jest karykaturą. No i… z okrutnej religii ludzie się nawracali do miłosiernej religii – więc jest wolność.
    Ale pytanie o sumienie jest bardziej skomplikowane – tu nie chodzi o sumienie chrześcijanina, tylko sumienie poganina, który akceptuje to, że w szczególnych sytuacjach jego bóg może żądać ofiary z człowieka. Inaczej trudno jest czytać o Abrahamie… To nie jest opowieść wyłącznie o kulturze jakichś ludów.
    Bardzo ciekawe jest spojrzenie C. S. Lewisa (tego od Narni) w jego powieści „Dopóki mamy twarze”. W pogańskim królestwie, na które spada szereg klęsk, najwyższy kapłan mówi królowi (narażając zresztą swoje życie), że ukochana córka królewska powinna być złożona w ofierze bogu. Za królewną ujmuje się jej nauczyciel i doradca króla, niewolnik, Grek-poganin. A król tłumaczy mu, jak na tępemu uczniowi, że rolą doradcy króla jest doradzanie, co jest najlepsze w królowaniu, a nie jak ratować członków rodziny…

    1. Dzięki za Lewisa. Tak, trudno nazwać to, co wydarzyło się tam, na górze, religią. Celowo napisałem o strachu i tradycji, bo tytuł mówi bardziej o współczesnych post-chrześcijanach z Zachodu. Mają często uproszczoną wizję człowieka, wprost rażącą dla katolika. Nazwałbym ich nowymi poganami, ale przypominają bardziej protestantów, którzy zamiast sola scriptura (tylko Pismo) mają sola cultura.
      No, a Abraham – to jest temat dopiero!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.