felietony

Olga Tokarczuk jako prorokini 

Olga Tokarczuk, nasza noblistka, mówiła w Sztokholmie jak prorokini. Kobiet, które prorokują, nie ma w Biblii wiele. Jest Debora, co siedzi pod palmą, jest Hulda, co ma gorzkie pocieszenie dla króla, jest Anna, która cieszy się z małego Jezusa i jest Mama tego Jezusa, która śpiewa z radości Magnifikat. Są jeszcze cztery córki diakona Filipa, ale o ich proroctwach nic nie wiemy. Otóż te prorokinie tym się różnią od biblijnych proroków, że częściej niż o klęsce, mówią o zbawieniu. Debora, Anna i Maryja tak własnie prorokują. Wyjątkiem jest Hulda, która wróży upadek Królestwa na skutek grzechu. O Huldzie przypomniałem sobie, gdy słuchałem wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. 

Wyjaśnię. Nie dlatego noblistka jest prorokinią, że przepowiada przyszłość. Ani dlatego, że jest powołana przez Boga, bo noblistka nie jest katoliczką, ale jest prorokinią dlatego, że jak Hulda, widzi w świecie kryzys i to kryzys głęboki.

Kryzys ten odbija się na rzeczach dużych i małych. Z małych Olga wymieniła, na przykład, serial w którym postaci wykonują akrobacje przeczące prawom psychiki. Myślę, że mówiła o „Grze o Tron” i trafiła w sedno. Tak samo trafiała przy innych małych rzeczach, jak na przykład, naiwna fascynacja literaturą non-fiction. Mniej jednak trafne było to, gdy od małych problemów przeszła od dużych i zaczęła snuć wizję zepsutego świata.

Jak ludzie psują świat? Na przykład wysysając planetę z zasobów, niszcząc jej atmosferę, albo rozbijając ustroje swoich państw – noblistka wspominała o niszczeniu demokracji. Ale prorokini tym się różni od zwykłego narzekającego człowieka, którego spotykamy w autobusie, lub którego komentarz czytam w Internecie, że prorokini powie, dlaczego tak się dzieje. Powie, bo widzi więcej. Nic dziwnego, trzeba inteligencji i gospodarki czasem, by żyć z pisania powieści! Może właśnie przez swój trudny i niedoceniany fach, tam, gdzie Hulda widziała wojnę wynikłą z opuszczenia Boga, Olga widzi upadek spowodowany kryzysem opowieści. 

Opowieść łączy ludzi ze światem, a gdy opowieść od świata i człowieka się odkleja, to zaczyna się tarcie i kryzys. Kryzys ten, zdaniem noblistki, rośnie i jest dziś wyjątkowy. Ani wczoraj, ani w dwudziestym wieku, ani w dziesiątym wieku, ani, gdy Chrystus Pan się rodził, nie było takiego kryzysu, a teraz jest. Uwiąd demokracji, ocieplenie klimatu, ludzie uzależnieni od mediów i nie czytający książek, oraz inne rzeczy, zwykle wymieniane razem w długiej litanii, dowodzą tego, jak poważny to kryzys.

Wielu krytyków Olgi, czy czytało ją, czy jej nie czytało, powie: nie, szanowna noblistko! Nie to, raczej kryzysem świata jest zanik tożsamości. Raczej rozkład rodziny, uwiąd moralny, unikanie Kościoła. Niejeden doda jeszcze, że kryzysem jest też dziwny papież. To pozycja konserwatywna, z pozoru odmienna od pozycji Olgi, a tak naprawdę bliźniacza. 

W obu bowiem słyszymy, że świat jest rozbity na kawałki, inne bywają tylko pomysły na sklejenie.

Prorokuje się u nas z pozycji liberalnej i świeckiej, albo z pozycji bardziej narodowej i katolickiej. Obie strony polskiego sporu mają swych proroków. Ich diagnozy są, jak mawiają dzieci o czapkach, takie same, tylko inne. Mają inne barwy, ale podobne tonacje. Idą w innych kierunkach, ale o tyle samo kroków za daleko. 

Czy niszczymy przyrodę? Tak, Majowie, Rzymianie, a nawet jaskiniowcy wiele wycierpieli przez to, że niszczyli przyrodę. Czy oddajemy nasze dusze grom komputerowym? Tak, jak już Egipcjanie robili to, nie mając nawet wężyka na starej nokii, tylko kamyki i sznurek. Nie czytamy książek? Mój prapradziadek też nie czytał i to nie dlatego, że żal mu było dwudziestu pięciu złotych, ale dlatego, że nigdy nie był w szkole. Na pewno wiele go przez to ominęło.

Ale ludzie nie czytają książek także dlatego, że pani na polskim mówi o nich jako o obowiązku i ratunku dla ludzkości, co brzmi męcząco. Tokarczuk w Sztokholmie miała coś z takiej pani. Te jednak dzieci, które czytają, nie robią tego z obowiązku. Książki ich nie uratują, choć mogą im pomóc. Literatura nie ma mocy zbawczych, jak i nie ma ich nauka czy polityka, ba, nawet religia ma je w mniej bezpośredni sposób, niż to czasem mówimy. Tak samo, jak wszyscy ludzie, potrzebujemy zbawienia i słusznie intryguje nas Jezus, Syn prorokini Maryi. 

Więcej, nie tylko, że nie jest gorzej. Dziś jest lepiej! Wbrew pozorom, dzieci są grzeczniejsze, a wojen jest mniej. Politycy są mniej dzicy, niż za Asurbanipala, czy Jaruzelskiego. Po czystszych lasach biega więcej zwierzyny. Na dyskotekach sztachety są już tylko anegdotą. Nawet kontakt z urzędnikiem czy policjantem, ba! Nawet wizyta kolędowa potrafi dziś tak zaskoczyć. Ludzie kupują Rymkiewicza, Herberta, Tokarczuk. Czasem nawet czytają!

Nie znaczy to, że problemów nie ma. Jest ich wiele, niektóre podłe jak sama śmierć. Wobec tych problemów, jeśli cokolwiek się zmieniło, to chyba to, że, by użyć słowa ukochanego przez Olgę, ludzie są dziś bardziej czuli.

Mimo to, nawet ludzie noblowskiej miary będą bić w dzwony na trwogę. Mamy po prostu, jako ludzie, słabość do prorockich ostrzeżeń. Na złość anegdocie, minusy zawsze zauważamy przed plusami. Tacy jesteśmy i nie jest to niezwykły kryzys współczesności. Ale warto to rozumieć, by nie przejmować się nadmiernie biadaniami. 

Nasza noblistka, opowiadająca o kryzysie opowieści, była więc bardzo prorocka i bardzo polska, i aż za bardzo poważna. Myślę, że jej książki wielu ludzi czyta nie dlatego, że chce naprawiać świat, ale dlatego, że dają im rozrywkę. To nic złego! To sama radość, dać emocje, myśli, wytchnienie! To właśnie ograniczone, a święte zadanie literatury! Za rzadko dziękujemy Maryi za to, że dała nam piękny wiersz, modlitwę, którą co wieczór odmawiają w nieszporach księża i zakonnice, sycąc się pięknie dobranymi słowami zdania „strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogaczy z niczym odprawił, i tak dalej. Nie dała recepty na zmiany klimatu, ani nawet recepty na laicyzację. Dała wiersz, modlitwę, wytchnienie.

Magnifikat, proroctwo Maryi polega na włożenie w życie kończącego dzień człowieka chwili oddechu. Magnifikat nie ma ambicji zbawienia świata. Dziękuje on za piękno i dobro, i przez to jakoś się do zbawienia przyczynia. 

Prorokini Debora tak samo, odbierająca literackiego Nobla, zaśpiewałaby chyba pieśń zwycięstwa literatury. Maryja nuciłaby z radością Swój wiersz. Olga mówiła zaś długo i bardzo poważnie, jak pewnie wymagali od niej zebrani na sali krytycy i intelektualiści. Szkoda, że zamiast tego wykładu, nie posłuchaliśmy kobiet i mężczyzn, którym dała nadzieję i trochę blasku w życiu swoimi książkami.

Myślę, że sporo by się znalazło takich osób i byłoby to prawdziwsze od proroctw o rozpadzie świata.

6 Replies to “Olga Tokarczuk jako prorokini ”

  1. W poprzednim wpisie w komentarzu miałem prosić o coś nt. Tokarczuk i moje niewypowiedziane słowo „stało się ciałem”. Esej Noblistki jest bardzo dobrze napisany!

    1. Tak, to prawda. Choć ja wolałbym, żeby zamiast eseju, opowiedziała bajkę. Mógłby to być pierwszy przypadek w dziejach, że większa część ludzkości usłyszała tę samą bajkę! No i mogłaby mieć mniej, niż 80 minut 😉 jak widzisz, trudno mnie zadowolić

      1. Fakt, esej był długi. Większa część ludzkości usłyszałaby bajkę, ale mimo uniwersalności tego gatunku, dzisiaj każdy usłyszałby pewnie co innego.

  2. Złowił mnie w swe sidła Houellebecq, co to snuje swoją ciemną nić lekko i z wdziękiem. Mało tekstu a doczytać trudno bo wwierca się w pamięć i serce. Jak się wyleczyć by sięgnąć po Noblistkę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.