kalendarz adwentowy

Rorate

Najsensowniejszy czas w seminarium, to było śpiewanie.

Refektarz (tam się jadało), wykłady, konferencje, spacery, jeśli dziś mi się czasem śnią, to jako koszmar. Ale co innego, gdy w śnie śpiewam w seminaryjnym kościele, najlepiej chorał. Po takim śnie, jak smaczne jest wstanie!

To były właśnie ciemne grudniowe świty, gdy pokochałem Rorate. Kościół seminaryjny budził się nad otwartym, najwyraźniej odmówionym brewiarzem i zaczynaliśmy śpiew. Ksiądz od scholi wchodził z siebie, by nas obudzić, machał bordowym śpiewnikiem, rzucał w nas anegdotami, a nawet podsunął się do cytowania dokumentów soborowych. Wprowadzał nas, niemal lunatyków, na ścieżkę rorat.

Gdy ryczałem razem z innymi to, co skomponowano dla aniołów, przypominałem sobie jednego anioła. Jasną siostrę od śpiewu, o oczach jak Rorate coeli, co z tłumaczyła nam, że chorał trzeba śpiewać nie tylko powietrzem, ale ciałem, twarzą, oczami.

Jeśli kiedyś w styczniu na stacji benzynowej, lub w lipcu w supermarkecie spotkałeś gościa nucącego adwentowe Rorate coeli desuper, to mogłem być ja.

Naturalnym środowiskiem Rorate, czyli najwspanialszego refrenu i sześciu zwrotek, jakie zna chorał, jest adwent i adwentowe msze poranne, ale taka muzyka obroni się zawsze i wszędzie. Należy ona do gatunku melodii ożywiających niczym promienie słoneczne pukające w zamknięte powieki. Warto je nosić przy sobie na wszelki wypadek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.