Pożegnanie z kolędami

„Ło! Tu Jan Chrzciciel już dorosłego Pana Jezusa w Jordanie zanurza, już Pan Jezus apostołów zwołuje, już ornat nie biały, a zielony, a tu jeszcze chcą kolędy śpiewać! A nie wolno!”

Wkładał nam do głów uczony kapłan podczas długich wykładów, a gdy ósmy raz powtórzył to samo, postanowiłem, że na złość samemu sobie to zapamiętam. Zapamiętałem, nawet dziś pamiętam, siedem lat po seminarium. Różne rzeczy mogą ci się zdarzyć w życiu, o kapłanie, ale poważnie się zastanów, gdyby zachciałoby ci się choinki w kościele po Chrzcie Pańskim, jeśli chciałoby ci się śpiewać Dzisiaj w Betlejem aż do drugiego lutego!

Mąż Boży od liturgii mówił nam to z takim przekonaniem i częstotliwością, że do dziś jestem pod wrażeniem.

Po prostu po dzisiejszej niedzieli nie wolno. Może nie wprost mówiły o tym sobory powszechne, ale ich autorytet to popiera. Oraz Pismo. Oraz powaga wydawcy książek z czerwonym drukiem – Kościoła Rzymskiego. 

Do tego stopnia to we mnie siedzi, że dziś około piątej czułem silną pokusę, by iść rozbierać w kościele świąteczne dekoracje. 

Cóż, kiedy ją zwalczyłem. Cóż, gdy zaśpiewam Bóg się rodzi, gdy mi zagrają w poniedziałek, a nawet w następną niedzielę. Bo zanim mi wbilali w głowę prawo liturgiczne, dostałem od rodziców dwa zestawy genów, polskich niczym rynsztunek husarski, od orlich piór po skórę lamparta. A wszyscy wiemy, co w takich polskich genach jest o śpiewaniu kolęd.

Nie pomógł nawet tak silny u mnie kult władzy.

Wobec kolęd blakną liturgiczne rubryki. Stąd, chwała Bogu, w większości parafii pośpiewamy, jak co roku, aż do Gromnicznej. 

Kantyczki, pastorałki, piosnki, rotuły, kolędy to żywioł. To potęga. 

Raz w życiu zostałem sam z całą klasą dzieciaków, w obcej krainie o obcym języku, tak, że rozumieliśmy tylko uśmiechy. Miałem ich nauczyć dowolnej polskiej piosenki. Było to w dalekich górach, przy czterdziestu stopniach lata. Zastanowienie trwało sekund dwie. Gdy do tamtej szkoły przybył jakiś czas potem polski ambasador, chór dzieci wybuchł mocarnym, góralskim Dzisiaj w Betlejem. Był sam środek skwaru, ale jasne, że ambasador był zachwycony. Kupili go na wejście. 

Pisać, że kolędy to eksplozja polskości, to zacząć encyklopedię mórz i oceanów od słowa „mokre”. 

Kolędy to prasłowiańskie pieśni rewolucyjne w chrześcijańskim wydaniu. 

Nigdy nie było Wielkiej Lechii, ale dałbyś tym Prapolakom punkt podparcia, a rzeczywiście poruszyliby Ziemię tak, żeby nie było u nas więcej ani zimy, ani ciemna. Widać to po tym, jak śpiewali, my jeszcze dziś się karmimy tym echem. 

Kolędy to żywy bunt przeciw temu, co w świecie antyżywe. Kopernik mógł po środku swojego układu postawić słońce, ale to o wiele za mało dla polskiej duszy. W środku kosmosu powinno być coś bliższego, piękniejszego, jak Boskie Dzieciątko. Coś ludzkiego i Bożego zarazem. Stąd Pan Jezus zawsze znajdował w naszym narodzie wielu chętnych konspiratorów przeciw ciemnościom, złu i beznadziei. 

Kolędowanie to coroczne powstanie przeciw temu, jak zbudowany jest świat, a raczej, jak włada nim jego „władca”, ten przetrącony, anielski książę. 

Myślę, że to niejeden raz nas ocaliło, to coroczne hałasowanie o miłości, dobru i nadziei, o Dziecku, co świat zbawi i nas poprawi. To dlatego nawet bezbożny komunizm miał u nas ludzki odcień, wyraźniejszy niż na wschodzie, w Rosji. Można nad tym płakać, można się z tego śmiać, bo też był on u nas tragikomedią, ale to prawda, PRL był znośniejszy niż Sowiety. 

Nie bronili śpiewać kolęd. Pozwolili ludziom zobaczyć Misia, ponad pół miliona zdążyło zobaczyć do Stanu Wojennego. Każdy powinien pamiętać końcowy dialog, spleciony z Lulajże Jezuniu, zderzony ze spadającą, słomianą kukłą:

Ona nie może się tak nazywać: Tradycja!

– Dlaczego niby?

– Pytasz, dlaczego? No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.

W ponurą bestię komuny węglarz Toczyński uderza tu supermocą plemienia Polaków, świątecznym śpiewaniem ludu. Parafrazując inny nieśmiertelny film z tamtych czasów, u nas każdy ma swój Chiński Mur, swoje zabezpieczenie przed barbarią, we własnym domu!

Na razie piszę, co wszyscy wiedzą. Teraz jeszcze o tym, co może mniej znane. 

Są dwa źródła, z których bije dla nas żywy zdrój kolęd. 

Jedno niemal odwieczne, wypływające z serca matki ziemi, z praczasu, z pogańskiej przeszłości, którą ludzie chcieli rozświetlić w namrocziejszy moment roku przez zwykłą dobroć odwiedzin i śpiewu. Śpiewu wabiącego słońce. 

Drugie, naprawdę odwieczne, wypływa z głębin Boga, który zdecydował się na ryzyko pójścia do ludzi w gościnę i przyniósł nam światło przebaczenia, Swoje ukochane Słońce, Słoneczko Panajezusowe.

Dwa te źródła łączą się w wielką rzekę, szerszą niż Wisła, barwniejszą niż polarna zorza, weselszą niż wiosenny poranek. Rzeka ta niesie w sobie słowa wielkie, godne proroków, ale też kpiarskie, kulawe, małe i przedrzeźne, godne ludzi strzygących owce i śpiących w oborze. To sprawiało, że czasem kolędy i pastorałki wykrzywiały poważne oblicza wielbicieli porządku.

Bo jak tu śpiewać Temu, przed którym drżą serafiny, o śliczny Jezuleńku, wdzięczny luby puzieńku, albo, że niesiem serki i gomułeczki dla młodej panieneczki, albo, pomnij Jezu żem ja twój jest dudka, Dusza moja twoja jest chałupka? Takie harce, że jedna litera się przekręci i zbluźnić można! Ale ta ludowa poufałość, ze szczyptą zadziorności, z żartem i puszczeniem oka wydaje się nie przeszkadzać Ojcu z Nieba, przeciwnie, potwierdza, że Jego Syn stał się człowiekiem wcale nie na żarty! 

A jest i nurt drugi, poważny jak złoto, pachnący kadzidłem i lśniący od mirr, gdzie cuda ujrzymy: Dziecię, Boga świata w żłobie zobaczymy, gdzie anieli w locie stanęli, gdzie Pan Wielkiego Majestatu, niesie dziś całemu światu, odkupienie win, a moc truchleje, a Dziecię Boże podnosi dłoń, nad wszystkie wioski z miastami i ojczyznę miłą. 

A czy potrzeba właśnie obu rzek, poważnej jak złoto i jak Złotuchna wesołej? Tak, bo także na tym polega Tajemnica Wcielenia.

Tajemnica tego, że Bóg nie pogardził.

Początkowo kolęda oznaczała upominek darowany na Nowy Rok, a biorąc to pod uwagę, trzeba podziękować Bogu, że pozwolił nam ofiarować Sobie takie śpiewy, wszystkie te piosnki, pieśni, rotuły, pastorałki, kantyczki, w końcu: kolędy, tak polskie, jak i obce, choć obce to może nieodpowiedni wyraz.

Wśród zmierzających do Betlejemu – a któż z nas tam nie zmierza? – nigdy nie ma obcych, a tylko bracia i siostry.

Bumerang zwany sądem, czyli jak dać sobie spokój z sądzeniem

Nie ma lepszego kazania, niż Kazanie na Górze. Nie wiem, czy potrafiłem już pisać, gdy usłyszałem Osiem Błogosławieństw, ale pamiętam, że od razu całym sercem byłem za. Innym fragmentem, który zachowuje dla mnie pełen blask, jest niemożliwe do spełnienia polecenie Pana Jezusa, aby nikogo nie sądzić.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Ależ kusząca obietnica! Widać w tym zdaniu, że zna nas Pan Jezus, wie, czego się boimy (sądu), wie też, czym się paramy (sądzeniem).  Boimy się też sądu i to nie tyle sądu Boga, ile sądów ludzkich, i to najmocniej tych niewypowiedzianych. Jednocześnie, o paradoksie, sami osądzamy innych.

Można też przestraszyć się tego niemożliwego do spełnienia polecenia, i sądu Bożego za jego niespełnienie, ale to nic by nie dało. Lepiej potraktować to jako zalecenie lekarskie. Pan Jezus powiedział to z dobrego Serca, aby dać nam Życie, ale też, by dać nam żyć. Żeby utrudzonym i obciążonym żyło się lżej i lepiej.

Stąd, jak uważam, z tego niebiańsko trudnego zdania o sądach wypływają nastepujące wnioski:

1. To zdanie to celowa przesada. Sądzić będziesz, inaczej się zabijesz. Sąd to użycie rozumu wobec świata, zwłaszcza wobec ludzi. Jeśli wstrzymasz sąd nad ludzkością i przestaniesz zamykać mieszkanie, ludzie szybko przypomną Ci, po co Pan Bóg umieścił tę władzę w twojej głowie.

2. Jeśli jednak to zdanie hiperbola, to po co nam je Pan Jezus mówi? Otóż sądy to rzecz naturalna, jak spanie, jedzenie, jak rozmowy i kilka innych rzeczy. Są częścią nas, ale mogą też stać się kłopotliwe. Chodzi więc o umiar, jak prawie ze wszystkim.

3. Kiedy więc sądy stają się kłopotliwe? Gdy zbytnio zajmują i niepokoją. A dlaczego niepokoją i zajmują? Bo zbytnia ufność we własne zdanie na temat ludzi to po prostu pycha, choroba duszy. Co więcej, nawet, gdyby człowiek najmocniej wierzył, że ma rację, to w głębi duszy czuje, że jednak może się mylić. Im większy dystans między stanowczością sądu, a wątpliwością, tym mocniejszy niepokój, bo im mocniejszy sąd, tym pewniej, że się człowiek myli. Ale nie ma na to recepty. Na dobre i złe, jest w nas to ziarenko podważenia własnego zdania i zdania gromady.

4. To cenne ziarenko. Gdyby ludzie zawsze byli wszystkowiedzący, to nie byłoby szans nie tylko na takie cuda, jak mój laptop lub portal deon.pl, ale nawet na kamień, by rozbić orzech i oszczędzić zęby. Dwa zdania: może się mylę i ciekawe, jak to tak naprawdę jest to powiedziana innymi słowami ta prawda wiary katolickiej, że człowiek jest rozumny i to na obraz i podobieństwo Boże.

5. To, że możesz sądzić ludzi, to podobieństwo do Pana Boga. Inaczej jednak niż Pan Bóg, nie masz wszystkich informacji, by sądzić ich bezbłędnie i tak już pozostanie. Co wobec tego?

6. Sądź, ale tak, jakbyś nie sądził. Sądź, ale nie do końca. Bardziej stwierdaj fakty, niż wyrokuj. Nie przyklejaj ludziom etykietek. Pamiętaj, pierszym głupkiem, którego one zmylą, będziesz ty sam. Wiem to z doświadczenia.

7. Pamiętając, jak ważne jest pierwsze wrażenie, tym uważniej popatrz na wrażenie drugie i czwarte. Ludzie się zmieniają, wbrew obiegowej mądrości, czasem wręcz gwałtownie. Miewają dni gorsze i lepsze, zupełnie jak ty.

8. Co do sądów wydawanych przez zbiorowiska i gromady, Pismo Święte kilka razy wydaje o nich opinię, której nawet bez zaglądania możesz się domyśleć, i nabrać dystansu.

9. Sądy oswoisz, gdy je odróżnisz od saego siebie, gdy zobaczysz, że przychodzą do głowy, że odchodzą i że się zmieniają, że dojrzewają w tobie, że takie czy inne, mogą być przyjęte ze spokojem i puszczone, by zrobić miejsce dla nowych. To tylko myśli i Pan Bóg nie rzuci w ciebie za nie kamieniem, w nikogo nie rzuca, ale też nie przywiązuj się do nich nadmiernie.

10. Jeśli myślisz, że twoi bliźni skorzystają na tym, że nabierzesz dystansu do sądów, jakie masz na ich temat, to masz rację. Ale jest ktoś, kto skorzysta bardziej.

Tylko wyobraź sobie własny wewnętrzny pokój, gdy ktoś ci mówi, że jesteś zły, głupi lub podły, a Ty już się zorientowałeś, jak śmieszną sprawą są ludzkie sądy.

Albo ten błogi, wewnętrzny pokój, gdy, jak św. Paweł, nawet sam siebie nie sądzisz, bo już wiesz, że na sądzie Pana Jezusa wyjdziesz dużo lepiej.

Doceń trud złodziei, doceń trud wielbłąda

Są takie miejsca w Nowym Testamencie, które wydają się przesadzone. To znaczy, zgadzamy się na nie, bo to Nowy Testament, bo Pan Jezus i Jego Przyjaciele, ale te rady są jakby nie dla nas.

Weźmy List do Hebajczyków, dziesiąty rozdział, wers szesnasty.

Autor natchniony wzywa swych słuchaczy, bliżej nieznaną nam grupę pierwszych chrześcijan, by wytrwali. Przypomina im, że mają doświadczenie w wytrwaniu, bo po nawróceniu przeżyli wielką nawałę cierpień, publiczne szyderstwa i prześladowania. Czyli krew, plwociny i kamienie.

Ale to jeszcze nic. Autor natchniony przypomina im, jak z radością przyjęli rabunek własnego mienia. Innymi słowy, że mówili do siebie: Ale nam dobrze, że nas ograbili! Jak to się fajnie złożyło, że nam ukradli, itd

Autor, co prawda, zaraz wspomina o Bogu i Jego Domu jako majętności lepszej i trwalszej, tłumacząc jakby, skąd ta radość. Ale! Gdyby nie doszło do rabunku, to jego słuchacze dalej mieliby tę lepszą i trwalszą majętność!

Specjalnego powodu do radości w rabunku nie widać.

Podobną myśl można znaleźć także u Ojców Pustyni:

Abba o wesołym imieniu, jak Pambo lub Makary, lub Orr, nie pamiętam dokładnie, poszedł kiedyś na spacer po górach. Gdy wracał, dostrzegł, jak złodzieje ładują na wielbłąda całą zawartość jego ascetycznej jaskini. Rzucił się w ich kierunku. Złodzieje, widząc go, zaczęli się śpieszyć. Ale po paru krokach bagażnik wielbłąda, widocznie niedomknięty, otworzył się i wszystko się wysypało. Wielbłąd stał spokojnie, co notuję, jakby było istotne, a nie jest, ale złodzieje nie byli spokojni, jak i nie był spokojny abba -oni błyskawicznie pakowali, a on gonił ich z krzykiem i machał koszami. Gdy ich w końcu dopadł, jeden ze złodziei rozważał zmianę kwalifikacji czynu na rozbój i sięgał już po pałkę, ale niepotrzebie, jak się okazało. Zapomnieliście, zacni panowie, jeszcze tych dwu koszy! Abba z usmiechem wręczył kosze, pomógł im wszystko związać, pobłogosławił i odesłał z Bogiem.

Człowiek czyta to i myśli, że wariant z przenoszeniem gór przy pomocy wiary jest jakby bardziej dla ludzi. Abba był widocznie Panajezusowym hardkorem, w stu procentach świętym.

A jednak nie trzeba wiele, by zrozumieć tego Abbę. Tak samo, życie potwierdziło mi co do joty ten szesnasty werset ze środka Hebrajczyków.

Wystarczy wystarczająco nagromadzić rzeczy.

Rzeczy potrzebnych, czasem potrzebnych, tak jakby potrzebnych, półpotrzebnych i tych, co do których, nawet w momencie kupna nie było w nas szczerej wiary, że okażą się kiedykolwiek potrzebne.

Jedyny, który ich naprawdę używa, to żywioł chaosu, bałagan, czy wręcz bagałan, to przekleństwo, którego imię brzmi jak imię złośliwego, kananejskiego bożka.

Bagałan to nie tylko kwestia złych nawyków, ale też natury. W komórkach naszych ciał, o pochodzeniu chłopskim, a też małomiasteczkowym lub zaściankowym, wypisane jest twardą genetyczną literą: Nie. Porzuć. Nawet. Słoika. Bo. Może. Się. Przydać. 

Gromadź.

Tylko weź potem zdzierż pasterzowanie takiej nawale bytu!

Tym gratom, meblom, pudłom, kablom, komórkom, płytom, opakowaniom, puszkom, poduszkom, sprzętom, garnkom, szklankom, ciuchom, sutannom, monstrancjom, kielichom (tak, to też można chomikować), kieliszkom, olejom, maściom, zabawkom, książkom, tym gratom.

Zwłaszcza ciężkim, nieczytanym książkom. Z rodu pamiątkowych i dzieł zebranych. Ciężkim, księżowskim książkom.

Wiem, co mówię.

Wsadzić to w końcu na tego czy innego wielbłąda nie jest źle. Aż lżej oddychać. A co dopiero, gdy daje się żyć dalej w takim duchu! Z umiarem w gromadzeniu! Ze zmniejszeniem czy racjonalizacją konsumpcji, z kontrolowaniem zakupów!

Inni aniołowie stróżowie zazdroślili by, gdyby mogli, aniołowi stróżowi takiego człowieka!

Człowieka, co ceni wolność od gratów wyżej, niż graty.

Co z uśmiechem rozpoznaje w popularnym minimaliźmie stare, dobre ubóstwo.

Ten tekst jest oczywiście trochę przesadzony, nie pokrywa się całkowicie z współczesnym stanem nauk biblijnych czy patrystycznych, np. w kwesti wielbłądów. Może też drażnić ludzi, których okradziono, do których sam należę i którym współczuję. Dobrze rozumiem, że złodziej nie zaczyna od pustych słoików.

Ale, przy tych zastrzeżeniach, czuję, że jest jakaś radość na wzór tej radości Hebrajczyków, że ma swoją rację ten abba, co biegnie z koszem przez pustynię za złodziejami. Że ściga coś konkretnego, ważniejszego od ich grzesznego rzemiosła – swój wewnętrzny pokój.

Bo jego jaskinia zarosła, wbrew postanowieniom, tak, że niemiło mu było w niej siedzieć, a potem, gdy wielbłąd odpłynął w pustynię, mógł się abba znów nasycać jej .

I opowiadać potem innym pustelnikom, jak mu się teraz w niej fajnie modlić.

Brat Piotr Hejno. Wspomnienie.

Brat Piotr Hejno zginął podczas wędrówki górskiej, gdzieś na ścieżce pomiędzy dwoma klasztorami zakonu kartuzów we francuskich Alpach. Miał udać się do Afryki i wyobrażam sobie, jak się uśmiecha na wiadomość, że może przygotować się do tego w miejscu, gdzie  nic nie ma między ludźmi, a Bogiem, tylko modlitwa i góry.

Z istnienia Wielkiej Kartuzji, którą Piotr zdążył odwiedzić przed śmiercią, zdaliśmy sobie obaj sprawę w tym samym momecie. Trwał jeszcze chyba kurs filozofii, pierwsze dwa lata studiów teologicznych, a premierę miała Wielka Cisza. Ktoś w lubelskim seminarium zaproponował wspólne oglądanie. Film ten zamienił salę z projektorem w klepsydrę, co chwila z sali wychodził kleryk. Trudno się dziwić, był to film o kartuzach, czyli o milczeniu i modlitwie.

Dobrze pamiętam następny dzień. Widzę Piotra, jak siedzi u mnie w pokoju (kapucyni codziennie przychodzili do seminarium słuchać razem z nami wykładów), jak śmieje się do swoich braci, bierze do ręki okładkę „Wielkiej Ciszy”, ogląda ją i popija kawę. Wszyscy byliśmy zgodni, że to dobry film. Już zwiastun obiecywał piękne światło i poruszające kadry gwiazd wirujących nad szczytami Alp, ale chodziło o coś jeszcze.

O nasze życie i śmierć.

To wczesne wstawanie, wykłady, kawa pita w pośpiechu, msze i modlitwy, guziki u sutann i grube sznury przy habitach – wszystko to wynikało z naszej decyzji. Decyzji, zrobić ze sobą coś innego, niż robi się to zwykle. Coś, co nadałoby narodzinom i śmierci wagę.

Dlatego ten film podobał się Piotrowi. Wielka Cisza mówiła o duchowej odwadze.

Było w Nim widać to rozumienie sprawy, tę odwagę wielkich pragnień. Gdyby ktoś w tamtych dniach choćby zasugerował przy Piotrze, że Franciszek to wesołek, co gadał z kwiatkami, usłyszałby przyjacielską, ale stanowczą korektę. Franciszek to nagi chłopak pośrodku miasteczka, oddający ubranie, to człowiek, który zrezygnował z pieśni, z romansu i z rycerstwa, i to nie dlatego, że tym wszystkim gardził. Franciszek to kościół podnoszony z ruin, Franciszek to krzyż, to stygmat, przez który widać wieczność.

Patrząc na Piotra i jego braci trudno było w to nie wierzyć. Po prostu, muszę sięgnąć po zbyt często używane słowo, dawali świadectwo.

To, że lubiłem siedzieć przy kawie z radykalnymi brodaczami do świętego Franciszka brało się z podziwu. Podziwiałem ich decyzję o przyjęciu zakonnego posłuszeństwa, ich decyzję o wyborze ubóstwa, ich oddanie Bogu. Ja ze swoją sutanną, ubraną na początku w XXI wieku  mogłem zdawać się lekko ekscentryczny, ale oni z ich habitami wyglądali już na szalonych.

Była powaga i radość w tym szaleństwie, i głebszy sens. Zwłaszcza u Piotra, z jego miłością konkretnych działań i ufnością, że z pomocą Boga może wszystko. Przygotowywał się na wykladach i w domu zakonnym na Poczekajce do służby ludziom, ale, jak przystało na dobrego syna św. Franciszka, nie zapominał, że przygotowuje także na śmierć.

Pamietam z tamtych czasów, jak nieraz żartowaliśmy, że jak Pan Bóg pozwoli, a żyć będziemy, to zdamy egzaminy, wypijemy kawę, przejdziemy się po ogrodzie. Żartowaliśmy, bo przecież wiadomo, że pójdziemy, że wypijemy, że i dziś i jutro będziemy żyć, bo jesteśmy młodzi, mamy konkretne plany i co się może stać?

Wiedzieliśmy już wtedy, że to nie do końca są żarty, że św. Jakub mówi po prostu najzwyczajniejszą rzecz na świecie, że pewnego dnia serce ustanie i nie uniosą się żebra.

To właśnie nas napędzało, nie strach nawet, ale pragnienie rzucenia wyzwania śmierci i temu światu, który nie chce o niej pamiętać. Takie wyzwanie proponował nam Chrystus i to nazywa się powołaniem. Dlatego tak podobała nam się Wielka Cisza, choćby komuś zdarzyło się na niej zachrapać. Pokazywała ludzi radykalnych i szukających chrześcijaństwa jako swojego wyboru, jako lekarstwa na śmierć. Chrześcijaństwa głeboko przeżytego.

Dlatego było nie do pomyślenia, by Piotr nie poszedł na górską wyprawę do tamtego klasztoru. Wielka Kartuzja była dla niego symbolem tego, w co wierzył. Symbolem Światła, którym modlitwa jest dla człowieka. Według świadectwa siostry zakonnej, która rozmawiała z nim przed jego odejściem, był pełen pokoju i pocieszony na modlitwie.

Niektórym dane jeszcze za życia przekroczyć tę cieńką linię i dotknąć Ciszy po drugiej stronie.

Chcę napisać jeszcze o jego cnotach, ale czuję na sobie jego wzrok i wiem, że się krzywi. Przychylę się do jego osądu, niech ostatnie słowo ma jego pokora. Ale to napiszę:  gdybym Go spotkał gdzieś w Afryce, nawet po długich latach niewidzenia, to bym się uśmiechnął z zadowolenia, że oto znów dane mi jest spotkać tego dobrego i uczciwego człowieka.

Oby Mu była dana Nagroda. Miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą, w zanadrza habitu i w całą duszę.

Ten tragiczny wypadek w górach sugeruje, że jego plany zostały pokrzyżowane, bo nie pojedzie na misje do Gabonu.

To jedynie część prawdy. Piotr bowiem zginął przygotowując się na śmierć, co czynił w zakonie przez całe swe dorosłe życie.

Przypowieść o spostrzegawczym pustelniku

Z kolędą poszedł w parafię stary pustelnik, w zastępstwie za proboszcza, co już drugiego dnia złamał na śliskim nogę. Ludzie różnie mówili o tej zamianie. Bo pustelnik trochę dziki, bo ich nie zna, bo dlaczego mu biskup zezwolił mieszkać w lesie?, bo jest małomówny, bo tajemniczo się uśmiecha, bo nie ma telewizji, bo czyta, a nawet, bo zna dwanaście języków i jest bardzo bogaty. Ale takie pogłoski nie płoszyły, tylko wzmagały ciekawość i rozpalały gościnność. Dzieci wzięły się za kolędowanie, dorośli za sprzątanie i smażenie pączków.

W pewnym domu, już po pokropieniu, Marysia wyśpiewała Dzisiaj w Betlejem z całym potężnym przekonaniem, jakie dają ukończone cztery lata. Pustelnik ryczał razem z małą, tak, że na koniec szeroko się do siebie uśmiechnęli.

Rozochocona sukcesem babcia podsunęła Marysi obrazek z szopką: Pokaż księdzu, gdzie tu jest Bozia? Marysia bez wachania pokazała brodatego Józefa. No gdzie Bozia leży, jak cię uczyłam? Pokaż jeszcze raz. Paluszek wylądował na gwieździe, a potem przesunął się na owce i pasterzy. No, Marysiu, babcia naciskała, nie wiesz, gdzie jest Bozia? Marysia błądziła przez chwilę po osiołku i Maryi, i otrała się o nawet Centrum szopki, ale tylko przelotem. O, to ci musi starsza siostra pomóc, stwierdzili dorośli, a dumna trzecioklasistka bez problemu wykonała zadanie. Stary pustelnik pokiwał głową i dał jej za to obrazek, a do zasmuconej Marysi puścił tajemnicze oko. Wizyta duszpasterska udała się śpiewająco, jak kolęda, aż po herbatę i  pączki z różą, słodkie jak Dzieciątko.

Gdy trzeba było wrócić na zabłocone ścieżki i gospodarz ubierał już gumowce, by odprowadzić do sąsiadów, Pustelnik nachylił się nagle do Marysi i nasypał jej pełną garść słodyczy, tak, że wysypywały się przez jej małe rączki na dywan. To w nagrodę, przemówił na koniec, bo jesteś tu Marysiu największym teologiem. W minutę mi nakresliłaś cały Boży Plan! 

Ikony Maryi i Dzieciątka oczami siostry Wendy Beckett

Wstęp

S. Wendy Beckett odeszła po swoją Nagrodę w zeszłym roku, w Świętego Szczepana, zaledwie kilka dni temu. Każdy, kto w ostatnim ćwierćwieczu oglądał choć trochę telewizji musi ją kojarzyć – zakonnica o niezwykłym uśmiechu i imponujących okularach stoi obok obrazu czy rzeźby, i opowiada. I to jak opowiada! Z pasją! Jej bowiem była sztuka patrzenia na sztukę i sztuka chwytania naszej uwagi.

zdjęcie ze strony BBC

Nie ma ani jednego ważnego anglojęzycznego portalu z informacjami, który nie oddałby jej chwały w ostatnich dniach. Ale wrażenie robią dopiero komentarze, setki komentarzy internautów. Ludzie opłakują siostrę Wendy jako anioła kultury z czasów, gdy trzy litery: BBC ważyły nieco więcej, niż teraz. Ta autorka niezywkłych programów o sztuce odeszła zresztą, co warto zauważyć, właśnie teraz, gdy sama telewizja w swej obecnej formie szykuje się do odejścia.

Ale Wendy Beccket, ta roześmiana pustelnica, która stała się poważną gwiazdą, podbiła nie tylko telewizję, ale też starsze i dostojniejsze od telewizji królestwo liter. Pisała w sposób wspaniały, ze smakiem i stylem, pisała komentarze najczęściej godne dzieł, które przedstawiała, a przecież nigdy nie zadowalała się niczym małym, swą uwagę zachowywała dla arcydzieł. Do tych arcydzieł należą ikony Matki Bożej, ikony najstarsze i według niej szczególnie ciekawe, ikony, które u schyłku życia skradły jej serce.

Poniżej można je zobaczyć, niestety, w marnych internetowych reprodukcjach. Ale od czego mamy siostrę Wendy! Jej komentarze, pochodzące z niewydanej u nas książki o ikonach zadośćuczynią za niedostatki naszych plików i wyświetlaczy. Te kilka przetłumaczonych  fragmentów potwierdzaja jednak, że tłumacz to zdrajca. Ewidentnie nie sprostałem lekkości i rytmowi orginału. Znów nadzieja w dobrej siostrze, że wspomoże  modlitwą, razem z Tą, którą te ikony przedstawiają, i królestwo Bożego piękna otworzy się przed wami:

Prawdziwa obecność – w poszukiwaniu najwcześniejszych ikon.
(fragmenty książki)

„Największą grupę ikon tworzy oczywiście osiem podobizn Maryi, pięć w Rzymie, jedna na górze Synaj, jedna pochodząca z góry Synaj, a posłana do Kijowa, i jedna wyjątkowa, odnaleziona ostatnio w Londynie. Wybrałam się na pielgrzymkę, by zobaczyć te ikony, choć jednocześnie cały czas miałam świadomość, że to ikony Jezusa leżą w sercu chrześcijaństwa. Przy całej głębi naszej miłości do Dziewicy, nie jest Ona w centrum naszego zainteresowania. Zbyt późno zdałam sobie sprawę, że mogłam błędnie odczytać te ikony. Czy wcześni chrześcijanie, z szóstego, siódmego i ósmego wieku widzieli w nich  obraz Madonny z Dzieciątkiem, czy raczej obraz Dziecięcia, trzymanego przez swą Matkę? Czy nie są te ikony w pierwszym rzędzie obrazami Jezusa, w Jego najbardziej uroczej formie? Z jednym wyjątkiem, wszystkie te ikony pokazują nam Dzieciątko Jezus w sposób nadzwyczajny. 

Dziewica i Dziecko

Cały wszechświat ikon sprzed obrazoburstwa otworzył się dla mnie, kiedy Dick Temple pokazał mi ikonę, którą odkrył. Została zlicytowana na aukcji we Francji, w Awinionie, jako poważnie przebarwiona i trzeba było oczu kogoś od lat zakochanego w ikonach, by dostrzec jej potencjał.

Starożytna ikona Matki Bożej i Dzieciątka, obecnie przechowywana w Londynie

Poważna i dyskretna dziewica, z jej łabędzią szyją i odwróconym spojrzeniem, jest istotnie piękna, lecz tym, co przeszywa każdego, kto spojrzy na tę ikonę, jest wizerunek jej Syna. Matka trzyma go w przeźroczystej Mandorli [aureola o kształcie migdału otaczająca postać świętego, przyp. tłum.], z której spogląda On wzrokiem tak intensywnym i zapraszającym nas, jakiego nie znalazłam na innych portretach Chrystusa. On nie wyglada tu na upiększone Dzieciątko. Ma niesforne rude loki, wielkie, ciemne oczy, bladą twarz i silne usta dorosłego. Wydaje się wręcz spięty, pełen wewnętrznej energii, pragnący współdziałania z nami. 

Raz ujrzawszy, nie da się zapomnieć tego obrazu. W świecie ikon po ikonoklaźmie nie będzie już miejsca na takie przynaglenie. Od dziewiątego wieku, i coraz mocniej w kolejnych, chrześcijaństwoustatkowało się, co oczywiście niosło ze sobą ryzyko popadnięcia w samozadowolenie. Tego zagrożenia nie znały wczesne wieki, choć niewątpliwie nie wszystkie ikony niosą w sobie przynaglenie tak mocne, jak ta, którą podziwiać możemy w Londynie. 

Najbliższa temu wydaje się ikona przechowywana w Kijowie, przywieziona tam z Góry Synaj przez arcybiskupa Uspieńskiego, wysokiego rangą prawosławnego duchownego. Na tej ikonie z kolei to nie tyle Dziecko, ile Matka nas przynagla. Dziecko jest promienne i piękne, złoty Chłopiec, pełen miłości dla każdego, kto się do Niego zbliża. Daje siebie z nieustraszonością dziecka, które nie wie, ani co znaczy niebezpieczeństwo, ani co znaczy grubiaństwo. Lecz Jego Matka wie, co znaczy niebezpieczeństwo i wie, co znaczy grubiaństwo. Dlatego przyciska swe Dziecko do piersi i patrzy w tym samym kierunku, co Ono, ale z obawą i błaganiem w oczach. 

Ikona przechowywana w Kijowie

Ona wie, że w Jego naturze leży kochanie, jednak jako matka drży przed konsekwencjami tego słodkiego braku pohamowania. Czujemy, że gdyby mogła mówić, błagała by nas, byśmy nie krzywdzili jej Dziecka, byśmy nie wciągali Go w nierozwiązane problemy naszego pełnego przemocy świata. Wiemy, jak skończy sie ta historia i, sądząc po tym, jak zaciska swe piękne usta, Ona także to wie. […]

Tronująca dziewica z opactwa św. Katarzyny na Synaju. 

Aniołowie spoglądają na Boga, podczas gdy święci, którzy namalowani zostali nierealistycznie – raczej podobizny świętych niż konkretni ludzie – patrzą przed siebie beznamiętnie. To mały Jezus i Jego Matka są tymi, którzy spotykają się z nami, którzy są nas świadomi bardziej, niż dowolny anioł czy święty mógłby kiedykolwiek być świadomy. Maryja spogląda w bok, nieco lękliwie. Ma takie samo pełne i różane usta, jak Madonna z Kijowa, ale bez tak widocznej intensywności. Mały Jezus, jak Dzieciątko z Kijowa, jest całkowicie nieulękły, mały, kochający i uroczy, a przecież jest Królem i to w każdym calu.

Ikona z opactwa św. Katarzyny

Dzieciątko na każdej z tych ikon tak mocno działa na serce, że możemy pojąć, dlaczego takie właśnie przedstawienie Pana pozwalało wiernym uwierzyć, że są kochani. 

Wszystkie dzieci są z definicji bezradne. Nie mogą przeżyć bez swych rodziców. Ilekroć celebrujemy Boże Narodzenie, celebrujemy ten aspekt człowieczeństwa Chrystusa, celebrujemy Jego pragnienie życia naszym życiem aż do granic, włączając w to fizyczną bezradność w jego początkach. […].

Niewidzialna rzeczywistość

Jakiś czas temu, ku mojemu zdumieniu, odkryłam osiem ikon Dziewicy z szóstego stulecia, które przetrwały do naszych czasów. Są jedynymi ocalałymi. W ósmym i dziewiątym wieku cesarze Bizancjum prowadzili nieubłaganą wojnę przeciw ikonom, i te osiem Dziewic przetrwało jedynie dlatego, że były poza cesarską władzą. Tym, co mnie w nich zadziwiło była ich indywidualność, ich niepodobieństwo do tego, co znamy jako „ikonę”. Linię podziału wyznacza data: rok 726. Gdy ikony wróciły w łask w 843, były inne i dużo bardziej poddane regułom. Wcześniejsze ikony natomiast mają w sobie emocje i dramat wczesnego chrześcijaństwa. Stały się dla mnie objawieniem. Wyruszyłam na pielgrzymkę, by zobaczyć je wszystkie, a napisaną o tym książkę zatytułowałam Spotkania z Bogiem, przez co starałam się uchwycić wpływ, jaki wywierają przez swe głębokie, duchowe piękno. 

Poszukując ośmiu dziewic okryłam jednak, że nie są one jedynymi wczesnymi ikonami. Inne również, w większym lub mniejszym stopniu wywołują Obecność, której nie sposób nazwać inaczej, niż Świętą. […] Jest tu prawdziwe podobieństwo. Jezus jest obecny, z ciałem i duszą, pod postacią chleba i wina, i jest obecny w tym, co pokazuje ikona. W żadnej z ikon nie jest obecny tak, jak w Eucharystii: jednak jest tam naprawdę obecny, choć w inny sposób. Kontemplacja ikony z wiara i miłością wyciąga nas z naszego materialnego świata i wprowadza do świata Bożego, do którego w pełni dostęp otrzymamy dopiero po śmierci. Na tej ziemi żyjemy w Jego Królestwie, lecz przez nadzieję i wiarę, a nie doświadczenie. Te wczesne ikony, ożywione czystym pragnieniem chwały Boga, bardzo mocno pociągają nas ku tej niewidzialnej rzeczywistości. 

Osiem dziewic tak mnie pochłonęło, że dopóki ich nie obejrzałam, nie brałam do końca pod uwagę innych ikon, równie wczesnych, jak one i przejmująco pięknych. Wielkim skarbcem ikon sprzed obrazoburstwa jest klasztor św. Katarzyny na górze Synaj; jest to po prostu skarbiec wszelkich ikon, mają ich tam ponad tysiąc. Ale ikony z czasów po obrazoburstwie, zwłaszcza poczynając od trzynastego stulecia, można łatwo znaleźć na całym świecie. Stanowią one integralną część liturgii Prawosławia. Jednak klasztor na górze Synaj wyróżnia się jako miejsce ochrony i czci wyjątkowych ikon sprzed obrazoburstwa. Imperator Leon III i jego bezpośredni następcy wykonali wielką niszczycielską pracę. Niemal nic nie ocalało, z wyjątkiem właśnie ikon z góry Synaj i garstki innych w Rzymie. Być może jeszcze inne ciągle czekają na odkrycie, a skoro nie tak dawno pewien niezwykły wizerunek ujawnił się w domu aukcyjnym w Awinionie, to kto wie, co jeszcze odnajdziemy?”

tłum. xPN, fragmenty są dostępne po angielsku w google books.

W Polsce siostrę Wendy wydawały Arkady:

  • 1000 arcydzieł, 2001r.
  • Historia malarstwa. Wędrówki po historii sztuki zachodu, 1999r.

Poradnik przyjmowania kolędy, cz. 2

Dalsza część nieautoryzowanych porad.

Rada dla kierowcy:

Jeśli wozisz duszpasterza po błotnistych lub śnieżnych dróżkach to wiedz, że Pan Jezus Ci tego nie zapomni.

Rada dla chłopa jadąceg z furmanką za księdzem, by zbierać płody rolne:

Uważaj. Najprawdopodobniej przez jakąś dziurę w czasoprzestrzeni dostałeś się tu z lat sześćdziesiątych. Znaczy, trzeba zawrócić, inaczej ludzie dadzą ci gotowe sałatki z biedronki, paszę dla papug lub bataty.

No, chyba, że jesteś ze świętego Podlasia.

A poważnie: czy gdzieś jeszcze zbiera się tak zboże i kartofle? Ciekawe…

Dla mnistrantów:

Przeprowadź eksperyment na żywym człowieku. Na sobie.

Nie bierz telefonu.

Jeśli przez kilka godzin przeżyjesz bez niego, oznaczać to będzie, że możliwe jest, przynajmniej na krótką metę, by serce człowieka biło a mózg działał bez kontaktu z ekranem dotykowym. Inna rzecz, że koledzy Ci w to nie uwierzą, ale ty za to poznasz wielką, prastarą tajemnicę wszechświata.

Ilekroć, gdy brak dostępu do internetu będzie cię palił żywym ogniem, a odwiedziny mieszkań będą nieskończenie nudne, popatrz na księdza. Oto człowiek, który przez całą swoją dorosłość co roku przeznacza na Kolędę pełen miesiąc. Kolęda to jedna dwunasta jego życia.

Dla księdza

Szczypta historii: orginalnie kolęda była grekim obyczajem pogańskim polegającym na radosnych śpiewach i harcach młodzieży, która zabierała drobne podarki z jednego domu i przeniosiła je do nastepnego.

Kościół w swej mądrości uszalchetnił ten zwyczaj.

Jeśli nie pojmujesz, czym jest Czyściec lub zwyczajnie nie potrafisz sobie go wyobrazić, to przejście koło dwudziestej w sobotę przez zabłocone pola z chaty do chaty, lub z dwunastopiętrowego wieżowca do dwunastopiętrowego wieżowca rozwiąże ten problem i ożywi Twoją wyobraźnię.

Ludzie, których odbierzesz jako złych, mogą okazać się dobrzy.

Ludzie, którzy Cię źle odbiorą, bardzo często w innej sytuacji łatwo by się zaprzyjaźnili.

Dobor i zło, wiara i niewiara są w nas wszystkich, w różnych proporcjach, wymieszane.

Nawet po latach Bóg daje łaskę i czasm potrafimy sami siebie mile zaskoczyć. Czy to twardością, czy miękkością, odpowiednio do chwili.

Kohelet pisząc o tym, że jest czas na każdą rzecz, myślał także o Kolędzie.

Pokój jest wielką wartością, brak wojny dużym sukcesem. Nie ma zaś wojen krwawszych, niż religijne.

Te ostatnie rady sprawiły, że poczułem się jak teologiczny wujek dobra rada. Na koniec spróbuję bez moralizowania:

Co do zwierząt.

Rozważ, czy nie otworzyć serca dla kotów mniejszych od lwa i psów mniejszych od polarnego niedźwiedzia, zwłaszcza, jeśli już coś dziś jadły.

Wiele badań dowodzi, że pogłaskanie psa lub kota wyzwala w człowieku substancje odpowiedzialne za przyjemne doznania i rozluźnienie.

Nie dziw się zainteresowaniu kotów.

Twoja uboga sutanna jest bowiem dla każdego futrzaka najciekawszym obiektem, z jakim spotka się w ciągu roku. Niesie na sobie zapachy okolicznych domów, ich dwunożnych i czworonożnych mieszkańców. Krótko, jest odpowiednikiem sieci społecznościowej, przeciętny kot wącha ją z pasją, z jaką czternastolatka przegląda instagrama i sprawdza facebook.

Co do lodu.

Pod pewnym względem to najbardziej perfidny wróg na Kolędzie. Warto zakładać, że ludzie wykładają podejścia do swoich domów substancjami śliskimi z natury, które lekki przymrozek upodabnia do toru bobslejowego po czterdziestym przejeździe.

Najczęsciej tak oczywiście nie jest, ale to ten wyjątek robi różnicę.

Warto też zakładać, że buty nie zawsze zachowają się jak trzeba, oraz rozumieć, że, o ile nie jesteś Wolverinem, kość może się złamać.

Co do nagrody.

Prawdziwą nagrodę otrzymasz przy zmartwychwstaniu umarłych, w myśl św. Piotra: błogosławcie, abyście odziedziczyli błogosławieństwo.

Bo o to przecież chodzi, o przemodlenie, o pokropienie, o wyegzorcyzmowanie, o pobłogosławienie i o uświęcenie, o uproszenie łask, o wniesienie pokoju Boga w progi Jego ukochanych dzieci!

 

Poradnik przyjmowania Kolędy, cz. 1

Uwaga! Poniższe rady nie zostały zaaprobowane przez jakikolwiek autorytet.

Potraktujmy je zatem jako swobodną inspirację.

  1. Rady dla świeckich

Jeśli pozwalasz strudzonemu księdzu zdrzemnąć się na stole, czuwaj, by nie zajął się od świeczek.

Jeśli od dziesięciu lat co rok pytasz o to samo, to jest o toalety przy świątyni, albo o Mszę Trydencką, albo o nową tablicę, sprawdź, czy przypadkiem właśnie nie zostało to wprowadzone.

Nie pytaj o film.

Jeśli już musisz, to dowcipkuj pośrednio, np. mówiąc: cenimy pracujący w naszej parafii KLER. Jeśli ksiądz ma poczucie humoru, być może nie wykreśli Cię z kartoteki.

Inne rozwiązanie: nie wspominaj nic o filmie, lecz na koniec poproś o dodatkowy obrazek w nagrodę za to, że nie wspomniałaś nic o filmie.

Jeśli intrygują cię klimaty grozy i horroru, to zapytana o zatrudnienie powiedz, że pracujesz dla RODO i kontrolujesz kartoteki parafialne.

Jeśli kusi Cię robić księdzu próbę z wykorzystaniem wyrobów ziołowych lub owocowych, to prawdopodobnie powinieneś zachować je dla szwagra. Pamiętaj, grzesznik to ten, co ulega, ale ten co kusi, to diabeł!

Jeśli jesteś psychiatrą lub psychologiem, intensywność kolędy może spotęgować rzucona mimochodem uwaga, że tak, owszem, jesteśmy w stanie zdiagnozować człowieka po trzyminutowej rozmowie.

Jeśli chcesz pozdrowić kapłana katolickim pozdrowieniem Niech będzie pochwalony! nie dodając Jezus Chrystus to ryzykujesz, że usłyszysz pytanie: a kto, Kaczor Donald?

Ja pamiętam ten swój błąd do dziś, po dwudziestu kilku latach.

Jeśli trafisz na młodego chłopaka z powołaniem, zmęczonego po czterdziestu mieszkaniach w wysokim bloku, to pamiętaj: powiedzieć mu, że nie wlał ksiądz nadziei w me serce podczas tej wizyty, lub nie byłeś, kapłanie, radosnym świadkiem Ewangelii podpada pod łamanie Konwencji Genewskiej.

Numery, takie jak te:
z kopertą leżącą pod szybą na stole,
z kopertą przyklejoną do stołu,
z kopertą zawierającą portret króla w innej formie, niż na banknocie,
z kopertą zawierającą obrazki obrażające moralność,
z kopertą zawierającą zeszłoroczne obrazki,
z kopertą zawierającą list pełen braterskich napomnień,
– wszyskie one miały już bujny zarost, gdy Melchizedek prasował komżę na swoją pierwszą Kolędę.

Natomiast nigdy nie traci uroku piekna polska tradycja z drugą kopertą wręczoną wikaremu obok właściwego datku na malowaie kościoła, nowe ogodzenie czy kostkę.

Jeśli jesteś niepraktykujący i trudno-wyraźić-jak-wierzący, a przez dobre wrażenie, miłą gadkę i hojny datek pragniesz stworzyć w głowie księdza swój obraz idealnego katolika, to jeszcze raz przemyśl, kto w ten sposób zostaje zrobiony w jajko.

Pamiętaj, ksiądz, który Cię odwiedzi nie jest Konferencją Episkopatu Polski, choćby bardzo dostojnie i poważnie wyglądał.

Nie prowadzi polityki personalnej w swojej diecezji.

Najczęściej myśli o brudach i zbrodniach to samo, co ty.

Ma ograniczone pole manewru w sprawie zniesienia celibatu.

Nie ustalał kanonu Pisma Świętego, a także dobrze wie, że Boże Narodzenie obchodzone jest w staropogańskie święto słońca.

Słyszał już o tym, że Kowalscy nie mają piwnicy i stąd Bóg nie jest wszechobecny (to rada dla nastawionych na dialog filozoficzny).

No i może się obawiać wielkiego, wściekłego psa, kota, lub bojowego chomika, jeśli takim dysponujesz.

No i najważniejsze:

Pamiętaj! Poczucie humoru od zawsze jest tajnym znakiem rozpoznawczym ludzi inteligentnych:)

Dalsza część porad pojutrze.

Przypowieść o Wyrozumiałej Łagodności

Do napisania tego tekstu skłonili mnie ludzie z konfesjonału, tekst kapał wraz z ich spowiedziami w kapłańskie me serce i w ten adwent się przelało. Zobaczyłem, że cieknie, gdy w nowennie do Narodzenia usłyszałem o wyrozumiałej łagodności, co powinna być znana wszystkim ludziom.

Wyrozumiała łagodność to najmniej znane prawo modlitwy.
To prawo najczęściej łamane.
To prawo najważniejsze.

Wyobraź sobie, że jesteś na niedzielnej mszy. Po ucałowaniu ołtarza ksiądz rusza między ławki i patrzy na ludzi, sprawdza, czy ich wzrok spoczywa gdzie trzeba, czyli na ołtarzu. Gdzieś z boku w wózku odzywa się dziecko, na co kapłan chwyta za wózek i ze straszną miną wywleka go na zewnątrz. Odtąd zaczyna się szaleństwo, ksiądz wygania rodziców, resztę dzieci, wygraża bierzmowanym. Ludzie zszokowai, ktoś w końcu dzwoni po karetkę. Gdy do świątyni dociera lekarz i ratownicy, zastają księdza na knblowaniu stułą chronicznie ziewającego rolnika w średnim wieku. Chwilę wcześniej rozbił trzy komórki babć, co nigdy nie umiały ich wyciszyć, a tej, co zawsze przysypiała, wstawił po dwie zapałki w oczy.

Koniec bajki o wyrozumiałej łagodności.

Ten człowiek jej nie miał.

Ale mam wielką ochotę po prorockiemu wyciągnąć oskarżycielski palec i powiedzieć: ty jesteś tym człowiekiem! Przynajmniej jest na to dobra szansa.
Ale nie będę nikogo wskazywał, bo słaby ze mnie prorok, a też nie chodzi o grzechy.

Stoję przed subtelnym zdaniem: wzywać do poprawy tych, których nieszczęściem jest zbytnie pragnienie poprawności.

Zbytnie pragnienie poprawności na modlitwie. By nie było rozproszeń, by myśli nie odfruwały!

W ten adwent polskie konfesjonały usłyszą to, jak co roku, sto milionów razy.

Otóż nie ma sposobu, by wzbudzaniem w sobie wyrzutów sumienia, osiągnąć skupienie na modlitwie. Nie sposób osiągnąć skupienie na modlitwie denerwując się na myśli, wspomnienia, uczucia, że przychodzą. Nie sposób zacisnąć mózg tak, jak się czasem zaciska zęby. Nie sądzę też, by wszystkie rozproszenia najbardziej rozproszonych ludzi świata mogły na Pana Boga rzucić choćby cień zmęczenia czy niecierpliwości

Ta śmieszna przypowieść o mszy na ostro, która pewnie nigdy się nie wydarzyła, wzięła się ze szczerej odpowiedzi na następujące pytanie:

Co jest kościołem bardziej, niż sam kościół?
Co Świątynią cenniejszą niż Jerozolimska, a nawet Opatrzności Bożej?

Tak, dobrze przypuszczasz. Około dwu nóg ma ta świątynia i najczęściej głowę na karku, a teraz czyta ten blog i myśli.

Co, jeśli ta msza to czas Twojej modlitwy?

Co, jeśli ci wszyscy ludzie na kościele, co ich pleban gonił, to twoje myśli?

Co, jeśli to Twoje wspomnienia? woje uczucia, emocje, życie duchowe?

Denerwując się na to, jak działa umysł, można zepsuć sobie modlitwę bardziej, niż rozproszeniem. Denerwując się na to codziennie przez lata gorliwej modlitwy, można mieć serdecznie dość samego siebie,

„Miałem rozproszenia na modlitwie”, „miałam rozproszenia na modlitwie”, mówią ludzie skruszeni i zawiedzeni sobą, że po tylu latach wciąż i na nowo…

Zapytajcie mądrego księdza, czy warto denerwować się na swoją parafię. Jaka by nie była, zawsze lżej na sercu będzie ją pokochać, albo nawet uciec.

Tu sytuacja jest prostrza, od siebie nie uciekniemy, nikt nie dostanie od Boga innej duszy, innego życia, innego, niż jest, człowieka.

A wielu, wielu jest głęboko niezadowolonych z parafii, jaką nosimy w duszy.

Boleją

Boleją zaś bez sensu, bo całe twoje życie wewnętrzne zachowuje się po prostu tak, jak potrafi i nie ma w tym niczyjej winy.
Zwykle nasz wewnętrzny ląduje na skali doskonałości gdzieś pomiędzy chórem serafinów a stadem drobiu.Często od głupiej pogody zależy, bliżej czego lądujemy.

Jeszcze raz: wszystkie te spowiedzi z rozproszeń na modlitwie są niemal tak rozsądne jak wyznawanie tego, że się pocę lub że mi zimno. Myśli bowiem równie naturalnie przychodzą do głowy, takie już są.

Sporo ulgi daje pogodzenie się z tym faktem i realistyczna troska o skupienie.

Realistyczna troska o skupienie. Wyrozumiała łagodność. Ta z przypowieści, tej, którą lubisz. O dobrym Pasterzu, co szuka zagubionej owcy i cieszy się, że ją znalazł.

Oto ikona radzenia sobie z rozproszeniami. Gdy zdajesz sobie z nich sprawę, to znaczy, że znalazłeś myśl jak owcę. Teraz trzeba tylko wrócić delikatnie do modlitwy. Być może za chwilę wszystko się powtórzy, ale zapewniam, Pan Jezus się na to nie denerwuje i ty też się nie denerwuj.

Każdy taki delikatny powrót umacnia skupienie.

Jesteś myślami w pracy, zamiast w tajemnicy radosnej?
Albo dyskutujesz z kimś zawzięcie w środku wyznania wiary?
Spokojnie, to, że złapałeś się na tym, to już dowód skupienia. Delikatnie, bez karcenia wróć do modlitwy. I tak razy siedem, i siedemdziesiąt siedem razy, a nawet siedemset, jak trzeba.

Najwyższym stopniem rozproszenia jest bowiem go w ogóle nie dostrzegać.

W powracaniu z rozproszeń nie ma cienia winy, nawet zastęp surowych moralistów nie wyciśnie z tego kropli grzechu.

Spowiedzi z rozproszeń zarezerwuj dla tych momentów, w których próbujesz jednocześnie grać na komórce i odmawiać różaniec. Wówczas istotnie, nie pomagasz sobie w skupieniu. Oczywiście, są też takie czynności, których sam rytm pomaga w skupieniu, jak prowadzenie czy łuskanie fasoli.

Ktoś powie: a jak Pan Jezus ze Świątyni gonił? Ja powiem: Sprawdź, jak czytasz. Kogo i za co gonił? Czy człowieka, który  klęknął przed Stwórcą i modli się jak umie, i w prostocie przyznaje, że nie umie się modlić?

A może pogonił raczej wygonił zgraję oszustów, bandę kombinatorów, którzy pieniężyli Pana Boga.

Natomiast jest inne zdarzenie, które warto w tym kontekście wyrozumiałej łagodności dla siebie dobrze przemedytować:

W doskonałym zasłuchaniu, w niematerialnym świetle, ktoś usłyszał, że na uroczyste zgromadzenie wpuści się dwunogów, z ich chrząkaniem, brudem, głupotą, głośnym oddechem, a jeden z nich będzie nawet przewodniczył. Decyzja była zrozumiała dla każdego stawiającego doskonałość ponad wszystkim.

Wtedy po raz pierwszy i ostatni ubyło nam aniołów.

Bez naszej zasługi i pomimo grzechów

Dał Bóg nam dzieci, bez zasług i pomimo wielu rzeczy. Jak pisałem ostatnio, są w zauważalny sposób grzeczniejsze, niż kiedyś.

Co zrobić, by im się odwdzięczyć?

Poza oczywistymi odpowiedziami punktującymi to, czego robić nie należy, poszukajmy czegoś konkretnego.

Spójrzmy na książki do religii i pomoce katechetyczne.

Na miejscu Episkopatu zacząłbym od funduszy, które, jeśli ujawnione, spowodowałyby ogólnonarodową histerię pod tytułem skąd oni mają tyle pieniędzy? Fundusze te, w kilku wywrotkach, skierowałbym do najlepszych autorów książek dla dzieci w naszym kraju. Wybrałbym tych, którzy sprzedali naprawdę dużo i otrzymali za swą pracę krajowe i zagraniczne nagrody.

Po wysypaniu tej góry pieniędzy (po cichu, bo bez monet), elegancki przedstawiciel Kościoła powinien klęknąć i poprosić – zróbcie nam podręczniki, najpierw dla najmłodszych dzieci. Podręczniki piękne. Godne tysiąca lat chrześcijańskiej Polski. Godne stulecia Niepodległości (może nawet bardziej, niż poświęcony temu list). Napiszcie sensownie, narysujcie ślicznie. Niech nadejdzie nowe plęmię podręczników oraz plansz, obrazków i innych pomocy katchetycznych. 

Nie myślę zresztą, by nic się w tym temacie nie działo, albo, by podręczniki były zupełnie mierne. Korzystałem z pracy ich autorów i jestem wdzięczny. Z każdym rokiem jest zresztą coraz lepiej, na wiele książek i pomocy daje się patrzeć.

Ale podręczniki to nie wszystko.

Kilka innych ciężarówek winno w tym samym czasie jechać do programistów, autorów gier i tych wszystkich mistrzów animacji i filmu, którymi Polska obrodziła ponaddobrze, jak polna mirabelka. Tysiąc filmów, gier, programów najwyższej jakości, by nasz purpurat podczas wizyty ad limina Apostolorum mógł poklepać po ramieniu francuskiego czy amerykańskiego kolegę, mówiąc nie martw się, wy  też kiedyś coś takiego wypracujecie. 

Poza tym co najmniej jedna taczka do teologów. Sam się zgłaszam na eksperta, starczy mi jedna szufla.

Ten temat powinien być arypriorytetem. Jak swego czasu program kosmiczny dla ZSRR, albo dla Amerykanów.

Chodzi o to, by przeciętny nauczyciel religii wylądawał na księżycu, jak Twardowski, po zapoznaniu się z tym, jakie ma do dyspozycji pomoce. Może nawet pomoce bardziej, niż podręczniki. Myślę tu o pomocach w sposób szeroki.

Weźmy filmy. Polskie religijne filmy dla dzieci. Z naszą tradycją animacji, powinniśmy zalać nimi świat. Przyszli kardynałowie i papieże, gdziekolwiek im teraz wykładają pacież, powinni patrzeć na polskie filmy. A jest tak, że gdy już zdecydujesz się wziąć jakąś płytę do ręki, bo film ma miłą dla oka kreskę, to z tyłu okładki każdy jeden raz pisze: polski lektor.

Prawda jest taka, że nie mamy obecnie nic w Kościele na miarę choćby Świnki Peppy.

Łatwo sobie wyobrazić, co zdziałałaby piękna bajka, jakości takiej, jak właśnie Peppa the Pig czy jak Misza i Niedźwiedź, gdzie pomiędzy przygodami byłoby coś o modlitwie, lub o świętych, lub gdzie po prostu raz na kilka odcinków  bohater odwiedzałby kościół. Dopóki tego nie będzie, Markiewicz, Kłopotowski, Wyszyński, Popiełuszko, (by nie przywoływać zastępów świętych katechetek), mają prawo wstać z grobów i kopnąć nas, bynajmniej nie w ramię. Dziś bowiem możliwości, inaczej niż w ich czasach, są nieograniczone. Jeśli ktoś coś robi, jak robią to na przykład dominikanie, od razu rozbija bank. Widzieliście filmiki promujące krakowską Beczkę? No właśnie. 

Tu dygresja.

Tak, jak w kinie dla dorosłych należałoby przełamać sposób, w jaki sprzedajemy hagiografię.

Co to by był za serial, dziejący się w Rzymie w latach siedemdziesiątych! Z polskim księdzem w sieci spisków, inteligentnym, wiernym, ogarniętym, a niechby i przystojnym. Mógłby nawet czasem pić wino i bić sowieckich agentów po mordach, a raz na sezon pocałować Włoszkę w rękę. Niechby nawet Watykan był pokazany tam z pewną skazą, ale bez beznadziei.

Oglądaliby to ludzie, którym, jak i mi, nie idzie seans z pełnoziarnistym plebanem z Rancza czy świętszym od papieża detektywem znad Wisły.

Teraz zaś pokazanie, jak mielą kościelne młyny przypada komu innemu.

Koniec dygresji.

Wróćmy do dzieciaków.

Pamiętam, jak w podręczniku, z którego uczyłem w przedszkolu, była lekcja o tolerancji. Trójka dzieci, murzynka, blondynek i azjatka, a ty musisz dopasować im czapki. Trafiła mi się grupa z rzeczywistą Chinką. Dzieci rozpoznały jej podobieństwo do dziecka z obrazka, więc zapytały, jakie w Chinach nosi się nakrycia, ale zainteresowana nie umiała wybrać. Wskazałem na naklejkę ze stereotypowym słomianym stożkiem. Na to przejęta dziewczynka zaczęła protestować – nikt w Chinach w czymś takim nie chodzi.  Głupi ksiądz i głupia książka, pomyślałem sobie, a głośno przyznałem jej rację i powiedziałem, że kapelusze można dopasować dowolnie. Nie poszliśmy drogą ilustracji z lat siedemdziesiątych.

Swoją drogą, europejski chłopiec miał tam, o ile pamiętam, bejsbolówkę, a nie czapkę z piórkiem, czy rogatywkę, czy koronę królów, czy co tam ostatecznie za czapkę naszego piastowskiego rodu.

Błąd to byłw sumie wybaczalny, mam też za co chwalić ten podręcznik, bo były w nim pokazane np. dzieci na wózku. 

Z drugiej strony, dlaczego jestem tak wspamiałomyślny i ogłaszam to jako wybaczalne? Przecież wiem, że to znak głębszego problemu, że nie liczymy się z dziećmi. Gdybyśmy się liczyli, inaczej wyglądało by wiele rzeczy. 

Czy wolno pozwalać sobie na jakiekolwiek błędy w materii przyszłości Polski i Kościoła? Dawać dzieciom to, co tylko niezłe, lub co tylko trochę dobre?

Czy tym Skarbom, którym bez naszych zasług i pomimo naszych ciężkich grzechów Bóg pozwolił się tu urodzić, możemy dawać cokolwiek, co nie jest najlepsze?