Archiwa tagu: Apokalipsa

Morze z ogniem

Za nazwą tego bloga nie kryje się żadna filozofia.

Akurat tego dnia, gdy postanowiłem go założyć, usłyszałem:

 I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże. 

Po mszy sprawdziłem: piętnasty rozdział Apokalipsy, wers drugi. Było to w okresie tych dziwnych czytań, jakie kończą stary rok liturgiczny i poprzedzają adwent. Spodobał mi się ten fragment. Z jakiegoś jednak powodu nie wybrałem „Bożej harfy”, co kojarzyło mi się ze Świadkami Jehowy, ani „liczby jej imienia”, bo na pewno jakiś polski literat pisze aktualnie kryminał pod tak wdzięcznym tytułem. Ale morze z ogniem kojarzyło mi się dobrze, z nowoczesnym wyświetlaczem i technologią. Z jakiegoś niepojętego dziś dla mnie powodu uznałem ten właśnie obraz za doskonały tytuł i to właśnie napisałem w mailu do pomocnych webmasterów Deona o tym, że chcę założyć blog.

Mniejsza o moje pojęcie o abecadle marketingu w internetach.

Zajmijmy się lepiej podstawowym pytniem:

co to jest to morze szklane pomieszane z ogniem? 

Wyobraź sobie, że jesteś ministrantem (na potrzeby tego eksperymentu myślowego pozwólmy sobie na liberalizm) lub ministrantką.  Trwa ofiara, więc stoisz  czujnie przy ołtarzu, w czerownej sutnannie i pięknej białej komży. Ksiądz odwraca się od ofiary i wyciąga ręce, byś polała je wodą. Lejesz tylko kilka kropel, ale on niecierpliwi się na to i mówi, więcej dziecko, więcej, aż będą czyste. Wtedy dopiero zauważasz, że te ręce są czerwone, tak, jak ornat i nie chodzi tu o wspomnienie Męczenników Koreańskich, ani św. Wojciecha, ale o martwe zwierzę na ołtarzu.  Krew jest wszedzie, jej kropelki właśnie wsiąkają w twoją komżę, jej zapach miesza się z kadzidłem, przy akompaniamencie organ i brzeczenia milionów much.

a teraz możesz już obudzić się z krzykiem.

I przeprosić, że nie chciało ci się czasem iść na bezkrwawą ofiarę do czystej świątyni. 

Takie byłoby składanie ofiar, gdyby Pan Jezus nie przyszedł. Taka była stara, dobra Świątynia Jerozolimska. Nic dziwnego, że na dziedzińcu przed nią stał wielki zbiornik wody na potrzeby kultu, zrobiony z brązu, stojący na dwunastu wołach i jakby dla osłody brudów, jakie w sobie przyjmowało, otoczone wianuszkiem metalowych lilii.

Tam kapłan Starego Przymierza, zgładziwszy baranki, omywał swe spracowane dłonie.

Ale w Apokalipsie morze jest szklane i w dodatku z ogniem, trochę jak na Hawajach, gdy pomarańczowa magma łączy się z błękitem największego z oceanów planety.

Dlaczego więc szklane?

Po pierwsze, gdy spisano Apokalipsę, kapłani już nie obmywali już dłoni w Świątyni. W jakiejś jaskini, być może, właśnie dogorywał ostatni z nich. W karczamch i szynkach Imperium Romanum mogłeś, za kubek wina, wyciągnąć od starego wariusa z V legii macedońskiej opowieść o tym straszliwym dniu, dniu upadku Świątyni, gdy obmywał swój miecz z krwi powstańców pośrodku splugawionego dziedzińca, na który opadały popioły Zasłony i Przybytku.

Powstała próżnia, której religia nie znosi, jak wszystko, co żyje. Dlatego po upadku Jerozolimy upowszechniła się i umocniła teologia, że prawdziwy przybytek jest w Niebie i ma innego Kapłana, a zarazem jedynego Baranka, którego krew może zrobić dla ludzi prawdziwą różnicę. To po pierwsze.

Po drugie, stara żydwoska tradycja przekazuje, że proporcje zbiornika, jak wysokość czy budowa, czynią zeń symbol świata. Dziesięć jednostek miary jak dziesięć słów, którymi Bóg stworzył świat. Autor Apokalipsy przecież w każdym momencie sugeruje nadejście nowego świata.

Stąd też szkło, być może. Stąd materiał przeźroczysty. Nowy świat będzie przeźroczysty dla Bożego Światła, zupełnie inaczej niż nasz, gdzie kaszlemy w półmrokach od szarego smogu przemocy.

Ale skąd tam ogień?

Wszysycy wiemy dzięki Mistrzowi Sienkiewiczowi, że za Nerona uznano chrześcijan za winnych podpalenia Rzymu. Krwawy pieśniarz uczynił z nich kozły ofiarne, krwawą ofiarę dla tłumów. Nie każdy kojarzy jednak, że nie było to oskarżenie przypadkowe. Chrześcijanie bowiem wierzyli, że ówczesny zepsuty świat czeka ogień.

W kamiennej świątyni oczyszczano wodą. Ostatecznie jednak Bóg oczyści świat przez ogień. Skoro za pierwszym razem wybrał wodę, pasuje, by ostateczna przemiana dokonała się przez inny żywioł, żywioł symbolizujący od zarania to, co duchowe.

Jest taki list w Nowym Testamencie, jeden z dwu przypisanych Piotrowi. Z pierwszego pochodzi wezwanie trzeźwymi bądźcie, z jakiegoś powodu szczególnie często ubogacające  listy pasterskie polskich biskupów.

Z drugiego zaś to:

Słowo zabezpieczyło obecnie niebo i ziemię jako zachowane dla ognia na dzień sądu i zguby bezbożnych ludzi. […] Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo ze świstem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną znalezione.

W przypisie Biblii Tysiąclecia, z której wziąłem ten cytat, napisano krótko: ogień kary eschtologicznej, po czym mamy szereg cytatów ze Starego Testamentu. Na wszystkie trzeba by kilku stron. Ogień jest w Biblii szczególnie popularnym żywiołem.

Pan Jezus przyszedł rzucić na ziemię ogień oczyszczenia. Z tej biblijnej koncepcji wzięła się też idea Czyśćca. Zwyciężający Bestię, z harfami w dłoniach to Ci, którzy przez sakramenty święte zbliżają się do tego Ognia już tutaj. Nie darmo Ogień ten nosi imię Pocieszyciela.

Tu wtręt:

Gdy o tym pomyśleć, to adwent jest nawet bardziej czasem dla dusz czyśćcowych, niż listopad. W końcu adwent to czekanie na światło, ciepło, wypalenie zła, przetopienie złota, jakie Bóg ukrył w ludziach.

Słowem, na Ogień Ducha.

Na koniec jeszcze ciekawoska, powiedzmy, okołoekumeniczna. Mormoni zbudowali takie morze ze spiżu, przy którym można by kręcić biblijną superprodukcję. Używają go, z jakiegoś powodu, zapewne oczywistego dla każdego mormońskiego dziecka, do chrztu zmarłych.

Myślę teraz o tym, co tu wyżej wystukałem, że wystarczy tego, by obalić taką nazwę dla bloga. Skoro chodzi o tak poważne symbole, to trochę tak, jakby nazwać swój blog „wirtualna monstrancja”. Nawet jak na mnie niewiele w tym pokory, w takiej nazwie, morze z ogniem.

Lecz niech już zostanie. Bo połączenie mojej osoby i regularnej pracy nad tekstami to właśnie tak, jaby ożenić ogień z wodą. Bo moje pisanie takie właśnie niestety jest. Roztrzepane, jak jego próbka, jak ten wyżej tekst. Za każdym, dosłownie za każdym razem, myśl moja lata jak pleban po zakrystii w wizytację.

Tego też możesz się spodziewać, ilekroć twoje szklane morze wyświetli mój blog. Mały, teologiczny szczegół, który nie chciał umknąć, goniony tak długo, aż wystrzeli po siódme niebo, z przesiadką na Hawajach.